“Truposze nie umierają”, czyli Selena Gomez chwaląca twoją imponującą wiedzę filmowa [RECENZJA]

W swoim najnowszym filmie, Jim Jarmusch nie bierze jeńców – Truposze nie umierają to apokalipsa tytułowych trupów zbudzonych z wiecznego snu przez zmieniającą się oś naszej planety, którą spowodowały trwające na biegunach eksploatacje surowców naturalnych. Nie jest to jednak tytuł wpadający prosto do worka z gatunkiem filmów o zombie – bo jest to przede wszystkim film o Jimie Jarmuschu i o tobie samym drogi widzu, który (według reżysera) prawdopodobnie stałeś się  częścią bezmyślnego, nastawionego wyłącznie na konsumpcję społeczeństwa.

Zobacz również: “Make Me Up”, pytania bez przeintelektualizowania [FRONT WIZUALNY]

Oglądając film tego amerykańskiego reżysera, ma się wyraźne wrażenie, że postanowił on wyciągnąć sam siebie poza nawias. W filmie umieścił nawet specyficzną postać pustelnika – w tej roli Tom Waits – mieszkającego od paru lat w lesie, żywiącego się tym co da natura i opisywanego przez członków lokalnej społeczności jako człowieka nieszkodliwego. I trzeba podkreślić, że lokalna społeczność ma tu duże znaczenie – malutkie miasteczko, przypominające klimatem te znane już z Twin Peaks czy Fargo, pełne jest pustych przestrzeni, dużego porządku, spokoju i… zombie?

To właśnie na takich amerykańskich przedmieściach ulice patroluje dwóch flegmatycznych oficerów policji – Robertson (Bill Murray) i Peterson (Adam Driver). Z komisariatu koordynuje ich partnerka, Mindy. Ten podział między nimi będzie się przejawiał przez większość filmu – bo Jarmusch decydując się na sporo meta-zabiegów łamiących czwartą ścianę, nie pozostawia wątpliwości, którzy z jego bohaterów czytali scenariusz, a którzy nie – i ci, którzy tego nie zrobili, naturalnie będą o wiele bardziej przestraszeni dziejącymi się wokół dziwnymi zjawiskami.

Truposze nie umierają pokazując nieumarłych, proponuje bardzo proste podwójne kodowanie. Ci, którzy powstali z grobów, mają w sobie bardzo mocny pęd za rzeczami, od których “uzależnieni” byli za życia. Dostaje się jednak nie tylko ludziom zaginionym w pędzie za pieniędzmi (co byłoby w pewien sposób bardziej zrozumiałe, nawet jeśli wciąż bardzo banalne), ale Jarmusch decyduje się uderzyć przede wszystkim w ludzi z czysto hobbystycznymi zajawkami. I o ile można się (a może nawet powinno) nie zgadzać z wnioskami reżysera, to jednak na poziomie scenariusza i jego wewnętrznej logiki, postawione tezy się bronią. Amerykanin ubiera swoją krytykę w bardzo mocny humor, często sytuacyjny – a w mniej uważnych widzów uderza bardzo sprytny, lekko niewidoczny na pierwszy rzut oka sposób – poprzez grę odniesień.

Zobacz również:Recenzja „Antalogii duchów miasta”

Bo cały film próbuje co jakiś czas pokazać widzowi jakieś nawiązanie do innego dzieła. Raz będzie to próba nawiązania do klasyków gatunku, jak samochód, którym poruszają się przyjezdni z miasta hipsterzy z Seleną Gomez na czele, identyczny do tego z Nocy żywych trupów – a innym razem będzie to bezpośrednie nawiązanie do granej przez Drivera postaci w Gwiezdnych wojnach. I nie jest to forma, która miałaby pokazać elokwencję twórcy – tylko w pewien sposób wywołać u widza to uczucie, kiedy rzuca się do śmiechu na głos, żeby oznajmić, że zrozumiał ten reference. Dlaczego taka forma? A to właśnie po to, żeby w jednej ze scen Selena Gomez mogła pochwalić widza wprost za jego “imponującą wiedzę filmach”, dając bezpośrednie uczucie działającej tu ironii. Bowiem takie sytuacje, poza mokrymi snami hardych geeków, się nie zdarzają,.

W efekcie końcowym to jednak nie same nawiązania, czy wyłącznie gra aktorska — gdzie przede wszystkim pochwalić Tildę Swinton za jej niesamowicie ciekawą i intrygującą rolę, potrafiącą rozbawić nawet sposobem w jaki się porusza — bawią widza. Działa tutaj pewien reżyserski sznyt, umiejetność wyłączenia muzyki, rozładowania atmosfery, wybijania publiczności z rytmu historii. Nawet zabawa czasem — dniem i nocą konkretnie — ma w pewnym sensie sprawić dyskomfort i zwrócić uwagę na stronę formalną filmu.

Humorystycznie Jarmusch bawi się więc tak, żeby widz czasami śmiał się nawet sam z siebie. Nawet zapowiadając film, uczynił wokół niego otoczkę, przez którą myślałem, że wszystko pójdzie w kultową już komedię Edgara Wrighta, parodiującą wówczas formę produkcji o zombie. Tu jednak rozchodzi się o coś innego – reżyser w pewien przerysowany sposób faworyzuje osoby, które nie grają według zasad współczesnego społeczeństwa, i które dzięki temu będą w stanie przetrwać nadchodzącą apokalipsę.

Taki zabieg może się nie podobać, krytyka czytelników komiksów, graczy Nintendo, miłośników kawy, kinofilów – panie Jarmusch, dlaczego atakuje pan nasze pasje? Ale z drugiej strony, może reżyser nie próbuje zanegować naszego stylu życia w ogóle, ale jedynie podkreślić, że w tak katastroficznych czasach, gdy katastrofa klimatyczna czyha za rogiem, powinniśmy przewartościować swoje priorytety i zwrócić uwagę na naszą wspólną przyszłośc.

Zobacz również: Recenzja „Make Me Up”

Jest bowiem pewna nadzieja w Truposze nie umierają – jest nią trójka żyjących (przynajmniej kiedyś) na granicy prawa dzieciaków. Przedstawiciele następnego pokolenia spędzają dni na łamaniu zasad poprawczaka, w którym się znajdują i kwestionowaniu podawanych przez rząd zapewnień, że wszystko jest w porzadku. Dzieciaki widzą, że nadchodzi katastrofa, dostrzegają jej powody i być może będą w stanie stworzyć nowy świat, nową rzeczywistość. Ale tego już reżyser nam nie pokazał, to będziemy musieli odgadnąć sami.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.