Recenzje

“Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – Recenzja

Andrzej Badek

Postawię śmiałą tezę, że najwspanialszym, co przytrafiło się amerykańskiej kinematografii było wynalezienie westernu. Wielkie przestrzenie gór i pustyń z silnie zarysowanymi postaciami; zazwyczaj wolnymi i niezależnymi, stanowiły idealny obraz amerykańskiego ducha. Ducha pierwszej konstytucji. To właśnie te historie, których akcja dzieje się zwykle w małych miasteczkach położonych w głębi kontynentu, tłumaczą USA wiele razy lepiej niż filmy sensacyjne, akcji czy wszelkie komedie romantyczne Allena, których akcja dzieje się w Nowym Jorku czy Los Angeles. I choć wiele osób uważa dziś western za gatunek niemalże wymarły, to moim zdaniem, ma się on świetnie. Wyewoluował, stał się dojrzalszy, bardziej złożony, ale nadal zagląda do tych małych miasteczek i ich mieszkańców, dokonując precyzyjnej wiwisekcji ich serc oraz umysłów. Tak zrobił niedawno Martin McDonagh opowiadając historię pewnych trzech Billboardów stojących przy drodze niedaleko Ebbing w stanie Missouri.

Fabuła filmu obraca się wokół małej miejskiej społeczności. Ot, mały policyjny posterunek, dentysta, kilka firm przy głównej ulicy, bar. Niecały rok wcześniej w miasteczku doszło do brutalnego morderstwa poprzedzonego gwałtem. Ofiarą zbrodni padła nastoletnia córka głównej bohaterki, która nie może się pogodzić z tym, że nie ujęto osoby odpowiedzialnej za śmierć dziewczyny. Postanawia zatem wykupić trzy billboardy za miastem, na których wzywa szeryfa z miasteczka do rozwiązania sprawy.

Niech powyższy zarys fabuły Was nie zmyli; nie jest to obraz biednej kobiety walczącej z systemem a bardzo złożona opowieść o ludziach, z których nikt nie jest idealny i każdy ma swoje za uszami. Już wkrótce poznacie, jak ciężki charakter ma nasza bohaterka i jak wiele do życzenia pozostawia lokalna policja. Cały film w bardzo zgrabny sposób lawiruje między czarnym humorem a scenami pełnymi dramaturgii. Dużą rolę odgrywa w tym wszystkim znakomity scenariusz, który kreśli nam postaci z krwi i kości, którym dobrano prawdziwie rewelacyjnych aktorów. Frances McDormand gra tu silną kobietę, która zrobi wszystko by postawić na swoim, niezależnie od kosztów tego przedsięwzięcia. Woody Harrelson jako szeryf jest jednocześnie twardy i ciepły. Jego postaci ciężko nie lubić a jednocześnie łatwo się z nią nie zgadzać. Natomiast prawdziwą petardą jest tutaj Sam Rockwell; policjant-rasista, mieszkający z matką, nieradzący sobie z własnymi emocjami. Jego rola stanowi prawdziwy motor napędowy dla akcji. Za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie obok McDormand, aż iskry lecą.

Przeczytaj również:  "Tommaso" – Odkupienie reżysera przez męczenie widza [RECENZJA]

Wielką zaletą produkcji jest to, że poruszając tak poważne tematy jak żałoba, choroby, śmierć, dyskryminacja czy zemsta, nadal jest w stanie znaleźć cząstkę dobra w prawie każdej postaci na ekranie. Bardzo cieszy też fakt, że Hollywood dorosło wreszcie do tego, żeby powierzyć główną rolę w filmie komuś, kto jest jednocześnie kobietą po 50 roku życia i nie nazywa się Meryl Streep. Jeśli miałbym się czegoś czepiać to tego, że postać, którą grał Lucas Hedges nie dostała więcej szansy na rozwój. Po zeszłorocznym wspaniałym występie w „Manchester by the Sea” miałem ochotę na kolejny popis aktorski tego zdolnego młodego człowieka. Wszystkiego jednak mieć nie można a „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” dają nam już i tak tyle wyrazistych postaci, że nieprzyzwoitym jest narzekać.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.