CampingPublicystyka

“Tumbbad” – Horror w deszczach Monsunu [CAMPING #49]

Andrzej Badek

Kiedy byłem małym dzieckiem, uwielbiałem szczególnie kilka z opowiadanych mi do poduszki historii. Wielokrotnie prosiłem mamę o ich powtarzanie; czasem w formie niezmienionej, a czasem z lekko zmodyfikowanymi detalami. Podobnie, gdy byłem nieco starszy, miałem odłożoną kupkę kaset VHS, które odtwarzałem dziesiątki razy. Dziś rzadko oglądam jedną pozycję więcej niż raz. A jednak, choć dbam o różnorodność, zdaję sobie sprawę, że gusta moje i większości widzów z szeroko pojętej “zachodniej cywilizacji” wcale nie różnią się w tak dużym stopniu od mojego dziecięcego zapotrzebowania.

Lubimy bowiem słuchać powtarzanych historii. Z zainteresowaniem idziemy do kin na przystosowanego do współczesnej technologii Króla Lwa, śledzimy adaptacje kolejnych komiksów, uwielbiamy baśnie, opowieści o rycerzach, piratach, czarodziejach… Niczym nasi przodkowie sprzed tysięcy lat, którzy przekazywali swoją historię ustnymi podaniami, za każdym razem, zależnie od narratora, zmieniając nieznacznie jej treść i znaczenie, delektujemy się opowieściami, w które są na tyle nowatorskie, że przyciągają naszą rozproszoną uwagę i na tyle tradycyjne, że z łatwością odnajdujemy się w świecie przedstawionym.

Rahi Anil Barve nie jest gawędziarzem, jakiego znamy. To przybysz z daleka, niezaznajomiony z naszymi obyczajami i historiami. Nie słuchał od kołyski podań o greckich herosach, olimpijskich bogach ani chrześcijańskich przypowieści. Przybywa do nas z tajemniczym Tumbbadem, osadzonym głęboko w sercu hinduskich wierzeń. Dalekowschodni politeizm to dla debiutującego reżysera punkt wyjścia, żeby wprowadzić nas w parabolę na temat chciwości, ale także silnego ojcowskiego uczucia.

Gdy tylko zasiądziemy do seansu, Hindus wprowadzi nas w legendę o pradawnej Bogini Dobrobytu, która zrodziła ponad 160 milionów różnych bóstw; w tym swojego pierworodnego syna, Hastara. Syn ów, łakomy na jedzenie i chciwy wszystkich bogactw świata, został zaatakowany przez inne bóstwa, ale bogini uratowała go i skryła na wieki w swoim łonie.

Barve snuje swoją opowieść na przestrzeni wielu lat. Najpierw wprowadza nas w historię rodziny; matki dwóch synów i jednocześnie nałożnicy lokalnego możnowładcy, Sarkara. Po śmierci właściciela i dramatycznej serii wydarzeń, przenosimy się w czasie, żeby obserwować dorosłe życie Vinayaka, jednego ze wspomnianych synów i spadkobiercy przeklętej fortuny Sarkara. Całość akcji rozgrywa się w Indiach lat 40. i tłem dla fantazyjnej opowieści jest zmierzch brytyjskiego panowania nad krajem oraz początki jego samostanowienia po uzyskaniu niepodległości.

Przeczytaj również:  Hideo Kojima: Jedyna gwiazda w świecie gier wideo

Morał płynący Tumbbada jest co prawda zbliżony do europejskich bajek i baśni przestrzegających przed chciwością, ale oryginalny i orientalny styl opowieści sprawia, że do wniosków dochodzimy zupełnie inną drogą. Cała produkcja urzeka przepięknymi zdjęciami, zrealizowanymi głównie w trakcie monsunowych deszczów. Ekipa zdjęciowa specjalnie czekała na tę część roku, żeby nadać opowieści mrocznego charakteru. Niekończące się strugi deszczu spadające z nieba oraz liczne, skąpo oświetlone korytarze posiadłości Sarkara są jednocześnie przerażające i hipnotyzujące. W tym samym momencie odstraszają i kuszą, żeby zagłębić się w kolejną ich odnogę, pomimo wszechogarniającej nas i bohaterów klaustrofobii. Z drugiej strony otrzymujemy także epizody rozgrywane w przestrzeni miejskiej, w których urodzajna hinduska kolorystyka aż wylewa się z kadru i pozwala niemalże poczuć tysiące zapachów i smaków Indii.

Bollywood kojarzy się nam często z muzyką i tańcem – ich również nie brakuje w Tumbbadzie. Niech nie obawia się jednak ten, kto takiej musicalowej formy w kinie nie lubi, bowiem dłuższe sceny muzyczne pojawiają się właściwie jedynie dwukrotnie i w obu przypadkach stanowią pewien świadomy komentarz do wydarzeń na ekranie, a jednocześnie wprowadzają widza w trans zwiększający immersję.

Jeśli dzieło reżysera w jakimś stopniu odstaje od hollywoodzkich produkcji, to tylko w kwestii CGI. Przyzwyczajeni do perfekcyjnego poziomu efektów specjalnych z Avengers i podobnych blockbusterów, możecie zazgrzytać zębami w kilku momentach finału. Jeśli jednak wybaczycie tę niedoskonałość, czeka Was jedno z najciekawszych i najświeższych doświadczeń audiowizualnych. I to niezależnie od tego, czy produkcję zakwalifikujecie do gatunku horroru, fantasy, czy baśni.

Przed projekcją filmu, w trakcie Festiwalu Pięć Smaków, jedna z organizatorek wydarzenia, Jagoda Murczyńska przyznała, że hinduskie, żeby je uczciwie pokazać, zasługiwałoby na oddzielny festiwal. Przyznaję jej w tej kwestii całkowitą rację. Choć festiwal skupiał się głównie na filmach z bardzo dalekiego wschodu azjatyckiego kontynentu, ja najwięcej radości znalazłem w tych kilku produkcjach osadzonych w realiach Orientu. I szczerze zachęcam do eksploracji kinematografii tego regionu i poznania zupełnie innej formy narracji niż ta, do której jesteśmy tak przyzwyczajeni.

Przeczytaj również:  Pięć etapów żałoby po finale "Good Place", czyli ostatnie pożegnanie

***

„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżamy czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.