“Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Pewnego wieczora, podczas gdy siedzicie ze swoją hiszpańską dziewczyną na kanapie i oglądacie Netflixa, dzwoni wasz telefon. To rodzina twojej wybranki serca, wpraszająca się na długi weekend do waszego małego mieszkanka. Rodzina, za którą nie przepadasz – religijne świry i generalnie wrzód na dupie. I choć kochasz swoją dziewczynę, z którą jesteście już trzeci rok razem, to nie masz zamiaru przechodzić przez to piekło. Nazywasz się Tyrel, jesteś czarnym obywatelem USA i właśnie decydujesz się dołączyć do swojego białego przyjaciela w wypadzie w Appalachy, gdzie ma się odbyć impreza urodzinowa jednego z jego przyjaciół. 

Zobacz również: “Monsters and Men” – Errata nie przyjdzie łatwo [RECENZJA]

Choć taka scena nie ma miejsca – bo film zaczyna się w momencie jak Tyrel ze swoim przyjacielem, Johnem, szukają domu, w którym ma się odbyć impreza urodzinowa – to jednak reżyser, Sebastián Silva, zostawia w swoim dziele masę cennych wskazówek, które działają jak odkrywana powoli ekspozycja. No ale uporządkujmy – w momencie, w którym nasz czarny protagonista decyduje się na weekendową ucieczkę z domu, jeszcze nie podejrzewa jak bardzo niezręcznie będzie się czuł w towarzystwie zupełnie mu obcych ludzi z paczki Johna.

Tyrel
Tyrel

Ta niezręczność nie ma jednak nic wspólnego z wrogim nastawieniem przyjmującej ich ekipy. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że Tyrel powinien czuć się tutaj komfortowo, chwycić rozlewany cały czas w tle podejrzany alkohol, zapalić jointa, rozluźnic się. Uprzedzeń rasowych wobec niego też praktycznie nie ma, są tylko niewinne żarty – z jego akcentu, przyzwyczajeń żywieniowych itd. Ale spokojnie – jako, że impreza odbywa się jakoś krótko po elekcji Donalda Trumpa na Prezydenta, cała ekipa będzie miała całkiem sporo okazji udowodnić jak bardzo nienawidzą rasisotwskich świń – nie przebierając w słowach i czynach. I może właśnie tu leży klucz, dlaczego tytułowy bohater czuje się tak nieswojo? Bo ekipa tego urodzinowego wypadu traktuje swojego czarnoskórego gościa dość protekcjonalnie, cały czas gdzieś między słowami podkreślając dzielące ich minimalne różnice.

Zobacz również: Mastercard OFF Camera 2019 – TOP 5 Konkursu Głównego

W tworzeniu tej gęstej atmosfery reżyser wspiera się jednak przede wszystkim stylistyką – (bardzo) roztrzęsiona, szerokokątna kamera przez cały czas trzyma się blisko Tyrela. Bardzo świadomie rezygnuje jednak z dynamiki i staje w miejscu, kiedy jest potrzeba ukazać chociazby najmniejszą zmianę w mimice postaci. I tutaj aktorzy wykonują bardzo dobrą robotę – bo przecież wypowiadane przez nich dialogi naprawdę nie wyróżniają się niczym szczególnym, każdy podtekst, nawet taki niezamierzony, wybrzmiewa tutaj z ogromną siłą. I choć wiadomo, że pierwsze skrzypce gra tutaj pierwszoplanowy Jason Mitchell (wybitny początek kariery, kiedy błyszczał jako Eazy-E w filmie o NWA) bo zagubienie, tęsknote za bezpiecznym miejscem ma wypisaną na twarzy. Ale wyróżnia się tu naprawdę każdy z obsady. Mało wymienić Michaela Cere, którego postać mogłaby w normalnych warunkach być jedynie comic reliefem, a tu reprezentuje tego kogoś, kogo dopiero co poznaliście na tej imprezie i zaczynacie się dość dobrze dogadywać, więc trzymacie się razem do końca.

Bo nie ma co ukrywać – ten film na pewnej płaszczyźnie służy temu, żeby się z głównym bohaterem jakoś utożsamić. Nawet żarty o podłożu rasistowskim można poczuć – wystarczy, że choć raz trafiliście na imprezę, gdzie nie było zbyt wielu Polaków i ktoś poruszył kwestię waszego pochodzenia, żeby zagadać. Wiadomo, reżyser nie ukrywa, że w tych dialogach próbuje umieścić cały społeczny dyskurs współczesnych Stanów Zjednoczonych, ale na pewnym poziomie ta opowieść działa bardzo uniwersalnie. Bo tę niezręczność i zagubienie można bardzo mocno poczuć – tutaj warto jeszcze podkreślić wybitnie zagranego Johna, który jako osoba, z którą tu przyjechaliśmy, którą znamy, powinna dawać nam jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. I choć jesteśmy dorośli, to jednak każdy potrzebuje takiego Johna, który ogarnie nas, kiedy wypijemy za dużo i postanowimy wyjść w mroźną noc na spacer.

Tyrel
Tyrel
Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Cała ta impreza zaczyna się w pewnym momencie przeradzać w prawdziwy koszmar na jawie. Zaciera się czas i przestrzeń – w pewnym momencie nie wiemy już, ile dni nasi bohaterowie tam spędzili. Reżyser wrzuca nas w chaotyczny ciąg zdarzeń – z każdą minutą rośnie napięcie, z każdą sekundą oczekujemy jakiegoś spisku, jakiejś fabularnej bomby, która wisi w powietrzu. Nawet ci traktujący nas dotychczas protekcjonalnie ziomkowie, zaczynają być bardzo bezpośredni, nachalni, nieprzyjmujący odmowy i wywierający dziwną presję. Inspiracji można szukać nie tylko w Get Out Peele’a, ale też widać w pewnym stopniu inspirację Tajemnicami Silver Lake, w szczególności sceną z muzykiem.

Nie chcąc zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły, podpowiem tylko, aby dobrze się zastanowić nad końcówką filmu. Bo choć pozornie może się wydawać bez wydźwięku, to jednak kryje się w niej moim zdaniem swoiste katharsis. Tyrel to bowiem gość, który trafił na sytuację, w której musi wybrać mniejsze zło. Tęskni za domem i swoją ukochaną, ale nie może tam póki co wrócić. Pozostaje mu więc przeczekać i podjąć dialog z ludźmi, którzy go przyjęli do siebie. I może to odrobinę za daleko idące wnioski – ale być może to ta potrzeba dialogu jest dziś bardziej aktualna niż kiedykolwiek.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.