FelietonyPublicystykaTEMAT MIESIĄCA 05/20

Wielki post. Rozmowy o POSTHORRORZE

Maciek Grzenkowicz
Ghost Story
Casey Affleck w filmie "Ghost Story"

Czym się różni posthorror od zwykłego horroru? Nazwą, to na pewno. Czy jest jednak coś jeszcze, czy może to tylko i wyłącznie marketingowa zagrywka? O naturze posthorroru i jego najważniejszych twórcach rozmawiają Maciek Grzenkowicz i Maria Szatkowska.

Maciek: Co myślisz o posthorrorze?

Maria: Uwielbiam! A przynajmniej, te posthorrory, które widziałam, Podoba mi się to, że w odróżnieniu od „standardowych” horrorów ich twórcy starają się bardziej niepokoić, a nie straszyć. W sumie mogę powiedzieć, że jest to jeden z moich ulubionych (pod)gatunków w ostatnim czasie i śledzę go od kilku lat, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że posthorrorem się nazywa. A jakie jest Twoje doświadczenie z tym terminem?

Maciek: Ja lubię posthorrory, nie oglądam ich bardzo dużo, ale kiedy to się już zdarza, to z przyjemnością. Mam pewien problem z samym terminem. “Posthorror”, i w ogóle – tak jak wszystko “post” – chce się od czegoś odciąć. Pytanie: po co?

Maria: Myślę, że ten termin jest bardzo umowny. Ale nie jestem pewna czy akurat w tym wypadku chodzi o odcinanie się od głównego nurtu horrorów, czy może bardziej o wyodrębnienie pewnej grupy filmów, która, co by nie mówić, ma wiele powtarzających się cech wspólnych. Słyszałam też kilka innych propozycji określający ten, no właśnie, nurt? gatunek? podgatunek? to znaczy „art horror” i „elevated horror”. Czy te określenia wydają Ci się trafniejsze?

Maciek: “Art”, “elevated” i “post” wskazują, jak dla mnie, na jedną rzecz: ci twórcy nie chcą robić filmów dla głównonurtowego widza. Chociaż może nie do końca, bo twórcy często odcinają się od tych terminów. Kowale tych słów chcą jednak zaznaczyć – “my nie jesteśmy tymi, co oglądają zwykłe horrory. My jesteśmy art, post, elevated”. Nie do końca wierzę, że posthorrory są jakimś wyższym poziomem horroru, a raczej wariacją na temat.

Maria: Zgoda, wszystkie wymienione określenia są gdzieś tam snobistyczne. Ale wydaje mi się też, że mają taki charakter tylko wtedy kiedy używamy ich wychodząc z założenia, że posthorrory miałyby być niby tymi „lepszymi” propozycjami dla widza łaknącego intelektualno-artystycznej uczty na ekranie. Niestety trochę z takiego założenia wychodzi Steve Rose.

Nazwijmy go „post-horrorem”

Maciek: Bo gdzie właściwie mamy szukać początku „posthorroru”? W Wielkiej Brytanii. To właśnie w brytyjskiej gazecie „The Guardian” ukazał się artykuł, od którego wszystko się zaczęło. Steve Rose ukuł ten termin w swoim tekście „How post-horror movies are taking over cinema” w lipcu 2017 roku. Jak o posthorrorach pisał Rose? »Co się stanie, kiedy odrzucisz żelazne konwencje horroru i odejdziesz w stronę ciemności? Możesz znaleźć coś jeszcze straszniejszego. Możesz znaleźć coś, co w ogóle nie jest straszne. To, z czym mamy teraz do czynienia, to może być nowy podgatunek. Nazwijmy go „post-horrorem”.«

Uciekaj!
Kadr z filmu “Uciekaj!” Jordana Peele’a

Bardzo natchniony tekst. Jak mielibyśmy jednak zdefiniować ten gatunek? Trudno powiedzieć. Rose wspomina, że to jest nurt, który zastępuje jump-scare’y egzystencjalną trwogą. Ponownie – wysoki rejestr, pojęcie staje się jednak trochę jaśniejsze, kiedy przejrzymy jakie filmy są uznawane przez Rose’a za posthorrorowe. Autor wymienia Ghost Story, Uciekaj!, To przychodzi po zmroku, czy Czarownicę. W tym momencie jaśniejsze staje się już, z czego składa się gatunek: to miks kina art-house’owego z horrorem. W takiej kombinacji upatruje też Rose protoplastów gatunku, czyli takie filmy jak Dziecko Rosemary czy Lśnienie, na długo jeszcze zanim ktokolwiek pomyślał, że horror może być post. Jakkolwiek kontrowersyjne i enigmatyczne by to pojęcie nie było, zrobiło karierę, z gościnnym występem nawet na gruncie polskim, gdzie pisał o nim choćby Marcin Stachowicz w felietonie “(Post)horror nasz powszedni” w Magazynie Filmwebu.

To, co robią krytycy, to jedno. Przyjrzyjmy się teraz temu, co robią twórcy. Mieliśmy już na tapecie Uciekaj!, więc zacznijmy od Jordana Peele’a.

Remake, rasizm, klisze i klasowość

Maria: Uciekaj! to jego najbardziej znany film. Jest to głośny remake produkcji Zgadnij, kto przyjdzie na obiad z końca lat 60., opowiadającego historię czarnoskórego chłopaka, którego partnerka przedstawia swoim białym rodzicom. Choć główny konflikt w obu filmach jest zbieżny, to trzeba przyznać, że kończą się na nim wszelkie podobieństwa. I tak w przeciwieństwie do pierwowzoru, który horrorem nie był, w Uciekaj! od razu czuć napięcie związane z gatunkiem, w ramach którego reżyser opowie nam tę historię. Mieszana rasowo para – Chris (Daniel Kaluuya) i Rose (Allison Williams, która do tej roli przemyca cechy Marnie z serialu HBO Dziewczyny) jedzie odwiedzić białych, ponoć tolerancyjnych rodziców dziewczyny. Okazuje się, że wyobrażenie chłopaka na temat jej domu rodzinnego mija się z rzeczywistością.

Przeczytaj również:  CD PROJEKT RED i Netflix pracują nad animowanym serialem w uniwersum „Cyberpunk 2077”

Uciekaj! realizuje założenia klasycznego horroru, bo mamy tu do czynienia za równo z poczuciem zagrożenia, kilkoma jump scare’ami i koniec końców krwawą masakrą, jednak reżyser posługuje się tymi mechanizmami nie tylko po to, by widza po prostu przestraszyć lecz także dlatego, by uwidocznić – oczywiście w przejaskrawiony sposób – wrogość, której doświadczają czarnoskórzy. W związku z tym Uciekaj! nie jest filmem, w którym problem rasizmu pojawia się na drugim czy trzecim planie. To film, w którego rasizm wylewa się z każdego ujęcia.

Najnowszy film Jordana Peele’a pt. To my miał premierę w zeszłym roku, jednak nie zrobił aż tak piorunującej kariery, jak jego poprzednik. Chłodniej przyjęli go widzowie, cieplej krytycy. Jeszcze wyraźniej widać w nim ścieżkę, którą idzie reżyser – strasząc, opowiada o problemach współczesnego świata. Szczególny nacisk kładzie na rasizm. W To my kwestie rasowe są jednak równie ważne, co nierówności klasowe. Sama metafora dwóch światów – tego gorszego i lepszego; podziemnego i ziemskiego – wydaje się dość oczywistą figurą, mającą za zadanie krytykę żerująceej na pracy innych wyższej klasy średniej. Głównym zarzutem wobec Peela, oprócz użycia mało wyszukanych przenośni, było to, że reżyser nie pozostawia widzowi przestrzeni do interpretacji – wyjaśnia z góry na dół wszystkie nabudowane przez siebie wcześniej wątpliwości i odpowiada na pytania, które sam zadaje.

To my
Kadr z filmu “To my” Jordana Peele’a

To my jest zdecydowanie bardziej konwencjonalny, a co za tym idzie bardziej horrorowy niż Uciekaj!, chociażby z tego względu, że łączy w sobie dodatkowo cechy podgatunków takich jak zombie czy home-invasion. Korzysta też z pozornie oklepanych, kliszowych motywów takich jak bliźniacy/klony, park rozrywki, czy sala luster. Mam jednak wrażenie, że w połączeniu z autorskim sznytem Peela, a także jego konkretną wizją całości podszytą krytyką nierówności ekonomicznych w Stanach Zjednoczonych, mamy do czynienia z bardzo świeżym i niewątpliwie ciekawym przetworzeniem gatunku, jakim jest horror.

Ari, co nie jest straszny

Maciek: Zdecydowanie mniej wrażliwy społecznie – za to bardziej wrażliwy kulturowo – jest Ari Aster. To reżyser niewąptliwie znany czytelnikom Filmawki. Ile powstało memów z Midsommar, to wie chyba tylko sam Bóg; ile powstanie kolejnych, nie wie jeszcze nikt. Midsommar, sukces Astera i, zgodnie z przewidywaniami Łukasza Muszyńskiego, film, który osiąga status kultowego, zdobył bardzo mieszane opinie krytyków. Wiele osób krytykowało jego przeciągnięcie, typową dla posthorrorów kwestię, że właściwie to nie był straszny, płytkość bohaterów. Mi się podobał. Banalność historii wyprawy Dani (Florence Pugh) i grupy doktorantów na antropologii do Szwecji celem zaobserwowania tradycyjnych świąt majowych zwraca uwagę na to, że nie ma potrzeby na nią zwracać uwagi. Tak, jest tutaj jakaś historia, tak, ale to tylko pretekst dla wizualnych popisów Astera i Pawła Pogorzelskiego. Historia może sobie być, ale to wizualność jest tutaj najbardziej przerażająca, i to nie ta wizualność w postaci strasznych stworów, tylko pozornego ładu, zwodniczej symetrii. Niepokoi piękno emblematycznego ostatniego ujęcia Dani w kwiatach, niepokoi subtelna estetyka miejscowej świątyni. Wszystko to wygląda trochę jak model, sterylna, pastelowa makieta.

Dziedzictwo. Hereditary
Kadr z filmu “Dziedzictwo. Hereditary” Ariego Astera

To nie musi być przypadek. W poprzednim filmie Astera, Hereditary. Dziedzictwo, główna bohaterka jest właśnie artystką, która tworzy estetyczne makiety. Hereditary działa na widza w inny sposób niż Midsommar: mimo że wizualia są tu istotne, niepokój tworzy tutaj napięcie między widzem a bohaterką. Annie (Toni Collette) straciła córkę w wypadku samochodowym, kiedy to wychylona przez okno Charlie (Milly Shapiro) zostaje zdekapitowana poprzez uderzenie w słup. Od tej pory wchodzimy w grę z samą opowieścią: czy to, co widzimy, to filmowa rzeczywistość, czy mary straumatyzowanej Annie? Ten strach jest motorem filmu, i to dlatego – mimo występowania tradycyjnych dla horroru demonów – możemy o nim myśleć jako o posthorrorze.

Przeczytaj również:  Uroki i mroki dojrzewania – 5 filmów coming-of-age od A24

Strach niewidocznego

Maria: Trzecim jeźdzcem posthorroru jest Robert Eggers. W swoim debiutanckim filmie Czarownica: Bajka Ludowa z Nowej Anglii Eggers przedstawia nam historię purytańskiej rodziny zamieszkującej tereny Nowej Anglii. Rzecz dzieje się w XVII wieku. Bohaterka, młoda kobieta o imieniu Thomasin (Anya Taylor-Joy), której losy kamera śledzi najdokładniej, jest najstarszą spośród rodzeństwa. Pewnego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach znika najmłodsze dziecko, które wówczas znajdowało się pod opieką Thomasin. Co stało się z niemowlęciem? Opcji jest co najmniej kilka. Począwszy od „bardziej przyziemnych” możliwości: mógł to być wilk porywający dziecko, mogła to być też czarownica, która uprowadziła Bogu ducha winnego chłopca i zamknęła w swojej pieczarze w lesie. Nie otrzymując potwierdzenia żadnej z powyższych hipotez bogobojna rodzina szuka dalej i zaczyna podejrzewać, że być może jest to skutek działania ciemnej, szatańskiej siły, lub kara wymierzona w ich rodzinę przez samego Stwórcę.

U Eggersa przeraża to, co niewidoczne. Z jednej strony strach przejmujemy od bohaterów, z drugiej jednak chwilami boimy się ich samych. Moment, w którym rodzice podejrzewają swojego kozła o bycie zwierzęcą reprezentacja Szatana jest przerażający dlatego, że wierzymy w zasadność ich intuicji. Tak głęboko zakorzeniona religijność połączona z pewnego rodzaju przesądnością poddaje w wątpliwość moralność bohaterów, ostatecznie doprowadzając ich do histerii.

Drugi film Eggersa, którego tytuł nie doczekał się tłumaczenia na nasz rodzimy język, to The Lighthouse. Formalnie oszczędna opowieść o dwójce latarników mieszkających w odosobnieniu sfilmowana została w czerni i bieli, a także w dosyć nietypowym formacie 1.19:1. Surową i trudną rzeczywistość poznajemy oczami Ephraima Winslow’a (Robert Pattinson), który trafia na wyspę, na której ma spędzić najbliższe miesiące u boku bardziej doświadczonego i o wiele starszego strażnika Thomasa Wake’a (Willem Dafoe). Nie sposób mówić o The Lighthouse i nie wspomnieć warstwy dźwiękowej. Już od pierwszych ujęć kamery słyszymy przeszywający sygnał mgłowy wydawany prawdopodobnie przez statek, którym Ephraim dopłynął w miejsce swojego pobytu. Dźwięki fal rozbijających się o brzegi wyspy, czy skrzeczące mewy zlewają się w jedną, niekończącą się, demoniczną pieśń, która z dnia na dzień przybliża bohaterów do szaleństwa. Latarnicy z początku starają się zachować zdrowy rozsądek, jednak z upływem czasu i przy pomocy alkoholu tracą, nomen omen, trzeźwość umysłu.

Lighthouse
Kadr z filmu “Lighthouse” Roberta Eggersa

The Lighthouse jest stylistycznym popisem nie tylko, jeśli chodzi o obraz czy dźwięk, ale także i o słowo. Eggers opowiada w wywiadach o godzinach w bibliotece, które spędził wraz ze swoim bratem, współscenarzystą filmu. Studiując godzinami marynarskie opowieści, bracia tworzyli werbalną rzeczywistość Thomasa i Ephraina.

Maria: To jest teraźniejszość. A co będzie z przyszłością posthorroru?

Maciek: Myślę, że posthorror niedługo stanie się po prostu zjawiskiem głównonurtowym. To zależność klasowa: trendy są w pewnym momencie podłapywane przez szerokie rzesze odbiorców, zaczynają oglądać, słychać i ubierać się w to, co kiedyś było tylko domeną tak zwanych elit. Będzie trzeba znaleźć nowy trend, z którym będzie mogła sie utożsamiać wyższa klasa średnia. I wtedy stanie się cud, bo zacznie się kolejny post. Post-posthorror, tryumfalny powrót do klasyki gatunku, zabiegów, które są teraz uważane za niewyszukane, sztampowe. A Ty co o tym myślisz?

Maria: Szalenie trafne. Już teraz obserwujemy coraz to większe zainteresowanie filmami posthorrorowymi, o czym mówią nam nie tylko rosnące liczby w boxoffice’ach, ale też twórcy i twórczynie, którzy chętnie wykorzystują motywy z klasycznych horrorów w swoich autorskich wizjach. Nawet w Polsce, gdzie horrorów powstaje bardzo mało, widzę powoli rodzące się zainteresowanie tematem. Podobno Córka boga, najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej, którego jeszcze nie zdążyłam zobaczyć, formalnie i inscenizacyjnie nawiązuje do Czarownicy. Myślę też, że nie będzie nadużyciem, jeśli zauważę, że kino Jagody Szelc czerpie z tego gatunku, jednak w dosyć subtelny sposób. Ma to miejsce przede wszystkim w Monumencie, który jest bardzo „niehorrorowy” w swoim byciu horrorem, natomiast już w Wieży. Jasnym Dniu dostrzegalne są zalążki „post”, „art” i „elevated”.

Maciek: Polacy nie gęsi. Skoro za posthorror bierze się Szumowska, której Twarz była odczytywana jako jeden wielki pastisz na wieś, to jasny znak: klasa średnia rzeczywiście bierze się za posthorror. A jeśli klasa średnia zaczyna dotykać jakiegoś nurtu, to wiedz, że coś się dzieje.

Jedna odpowiedź do ““Córka Draculi” – Chrońcie swoje niewiasty przed lesbijką o ostrych kłach [CAMPING #64]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.