Recenzje

“Wilkołak”, czyli psy szczekają… i nic z tego nie wynika [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Wilkołak
Kadr z filmu "Wilkołak"

Podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni miałem nierzadko okazję usłyszeć, że jakaś produkcja jest „dobra, jak na polską”. Wilkołak Adriana Panka miał w tej kwestii jeszcze łatwiej – nie kręci się w Polsce horrorów zbyt często, a jeszcze rzadziej którykolwiek z nich wywołuje tak szerokie zainteresowanie już przed swoją premierą.

W tym wypadku wystarczył wrzucony w social media wyróżniający się plakat i intrygujący zarys fabuły, żeby filmowi blogerzy podchwycili temat i zaczęli dmuchać ten balonik. Sytuacja wydaje się być niemal identyczna, jak ta podczas premiery Cichego miejsca, efekt w obu przypadkach nie powala, a żeby to pięknie podsumować posłużę się słowami redakcyjnego kolegi Walczaka: “nic szczególnie nowego w świecie, gdzie strach wchodzi na n-te gęstości, a tutaj dalej nas straszą wyskakiwaniem brzydkich rzeczy zza rogu.”

Za brzydkie rzeczy w przypadku Wilkołaka służą – a jakżeby inaczej – szczekające, głodne wilki. Ten oczywisty jumpscare twórcy postanowili wyzyskać do granic możliwości, w taki sposób, że w szczytowym momencie otrzymujemy scenę, w której bohaterowie filmu podbiegają do każdego otwartego w domu okna i przy każdym z osobna ma nas przestraszyć dosłownie ten sam zabieg. Ciężko powiedzieć, czy świadczy to o słabości scenariusza, czy najzwyczajniej w świecie montażyście filmu brak wyobraźni – choć w tym wypadku stawiałbym na oba.

Wilkołak
fot. kadr z filmu “Wilkołak”/Balapolis

Boli to tym bardziej, bo film posiada naprawdę solidne fundamenty – świat przedstawiony pozwala z łatwością wciągnąć się w powojenną traumę, gdzie brak zaufania i strach wypełniają ludzkie relacje na tyle skutecznie, że nawet milczące wilki wywoływałyby srogi lęk. Niestety, z każdym kolejnym wydobytym dźwiękiem, film tylko traci na wartości artystycznej. Nie pomagają nawet immersyjne kadry, łączące w sobie enigmatyczność i niepokój Twin Peaks, z surowością i naturalnością Syna Szawła. Dominik Danilczyk skomponował tutaj bezsprzecznie najciekawsze zdjęcia polskiego kina A.D. 2018.

Opowiadając o niewykorzystanym potencjale, trzeba powoli przejść do ukrytego wewnątrz ponurego lasu serca historii –  do gromadki dzieci, wyzwolonych z nazistowskiego obozu, nad którymi opiekę sprawuję zaledwie dwudziestoletnia dziewczyna. To wśród tych dzieci zdaje się czaić tytułowy wilkołak – ktoś bowiem musi zapanować nad wygłodniałym stadem, zagrażającym bezpiecznemu azylowi w opuszczonym pałacu. Ciekawy wątek, w którym można zadać wiele pytań o moralność, pozycję siły i przeprowadzić parę ciekawych eksperymentów nad swoimi postaciami sprowadzony zostaje do schematycznej gierki jednego z bohaterów, który choć na początku zdawał się skrywać psychotyczny potencjał, tak na końcu niezamierzenie irytuje.

Nie należy za to oczywiście winić aktorów, wręcz przeciwnie – dla dzieciaków wyłącznie czapki z głów, bo grając charaktery wyzute z ludzkich odruchów i kierujące się prymitywnymi instynktami, ciężko nie popaść w patos, czy po prostu aktorsko przeszarżować. U nich wojenna trauma wypisana jest na twarzy tak wyraźnie, że aż zaskakujące jak łatwo twórcom udało się doprowadzić do sytuacji, w których, ponownie, niezamierzenie irytują. Popełnione błędy widz zauważy bez szczególnie wnikliwej wiwisekcji. Reżyser traktuje swoje postacie po macoszemu, wkładając w ich usta słowa działające niczym supermoce (i nie jest to żadne nawiązanie do klasyki, a zwyczajny kicz) lub tworząc w domyśle pełne napięcia relacje bohaterów poza scenami ukazanymi na ekranie. W efekcie Panka nie interesuje żaden psychologiczny suspens, a tylko to, żeby widz pamiętał, że wilki są szybkie, mogą ugryźć i przede wszystkim potrafią głośno szczekać.

Współczesne kino grozy po raz kolejny musi się bronić przed fałszywymi prorokami. Tak jak w przypadku horroru Krasinskiego – łatwo zbyt szybko zachwycić się awangardową formą o niewątpliwej jakości. Niestety, odwaga twórców kończy się w momencie, kiedy muszą wybrać pomiędzy widzem podskakującym w fotelu, a widzem którego lęk zżera od środka – bo ten drugi widz jest o wiele bardziej niekomfortowy i przede wszystkim niebezpiecznie błyskotliwy. Wilkołak to żadna rewolucja, a pasmo zmarnowanych okazji. Niesmak pozostał, ale wciąż jest nadzieja – środki bowiem są na miejscu, teraz tylko potrzeba polskiego Mitchella lub Astera kogoś, kto będzie gotów wziąć polskiego widza na jazdę i zaryzykować, że ten sam widz tej jazdy nie zrozumie, ale polubi.

Ocena

2 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.