“Władcy przygód. Stąd do Oblivio”, CZYLI POLSKIE KINO NA KOLANACH [RECENZJA]

Odkąd pamiętam, polskie filmy przygodowe były skierowane do młodszej publiczności a przy tym ciężkostrawne dla dorosłego widza. Jako pierwszy przykład nasuwa mi się oczywiście ekranizacja powieści Jana Brzechwy z Panem Kleksem w roli głównej. I od razu umówmy się – nie są to nawet  produkcje średnie, a tym bardziej dobre. Jeśli miałbym przywołać jakikolwiek przystępniejszy produkt filmowy z tego gatunku, który powstał pod skrzydłami naszych rodzimych twórców, to mógłbym jedynie przywołać serial pt. Magiczne drzewo, ale i tak uważam, że byłoby to i tak bardzo na siłę.

Władcy przygód, mat. prasowe

Jakiś czas temu moją uwagę przykuła zapowiedź nowej produkcji przygodowej, która właśnie weszła na ekrany kin. Mowa tu oczywiście o Władcach przygód. Stąd do Oblivio w reżyserii Tomasz Szafrańskiego, który miał już styczność z tym gatunkiem w filmie pt. Klub Włóczykijów, ale niechaj ten twór zniknie z naszej pamięci jak najprędzej. Ponadto pan ten znany jest z bardzo popularnego serialu BrzydUla. Powyższe informacje powinny nam wystarczyć, żeby wiedzieć, z jakim kinem będziemy mieli za chwilę do czynienia. Zacznijmy jednak od początku. Chciałbym zaznaczyć, że niniejsza recenzja zawiera spoilery. Zawarłem je w tekście, żeby nie przyszło wam do głowy iść na to “górnolotne” dzieło do kin.

Na początek chciałbym się pochylić nad scenariuszem, a właściwie nad jego brakiem. Fabuła tego produktu (nie chcę nazywać tego filmem) wygląda na całkowicie improwizowaną i nie będzie w tym ani słowa przesady jeśli powiem, że lepszy scenariusz napisałoby dziecko w wieku wczesnoszkolnym. Sceny, które możemy ujrzeć na ekranie bardziej przypominają zlepek pomysłów, które w żaden sposób się nie łączą. Mamy dwójkę głównych bohaterów: dziewczynkę Izkę, która na każdym kroku zaznacza jak ma na imię oraz chłopca, którego imię poznajemy mniej więcej w połowie seansu. Jedyne co wiemy na jego temat to to, że jest młodym naukowcem, co zresztą twórcy akcentują mniej więcej co 5 minut. Natomiast sposób, w jaki razem zaczynają przeżywać przygodę nie jest pokazany nawet przez ułamek sekundy. Po prostu są rzucani w wir akcji. W ten sposób przechodzimy do głównej osi fabularnej tej zbitki scen. Trafiają oni do opuszczonego domu gdzie znajdują stary gramofon, z którego wyskakuje ich nowy przyjaciel z Krainy Oblivio – Eddie (który według mnie cierpi na rozdwojenie jaźni). Następnie bez słowa wyjaśnienia rozpoczynają akcję kradzieży ostatniego gramofonu, który pomoże wrócić Eddiemu do jego krainy. To tyle jeśli chodzi o fabułę tego wyrobu, który musiał zostać oczywiście okraszony gagami rodem z Benny Hilla i nadal twierdzę, że to dosyć spora nobilitacja. Ponadto film kończy się cliffhangerem, ale miejmy nadzieję, że kontynuacja nie powstanie. 

Władcy przygód, mat. prasowe

Przyjrzyjmy się jeszcze aspektom technicznym Władców przygód, bo jest o czym mówić. Praca kamery jest jako taka, jednak poprzez montaż może się ona wydawać fatalna. Jestem zdania, że przeciętny uczeń liceum lepiej montuje filmy w Windows Movie Maker na lekcjach informatyki. Tak, montaż jest tak samo horrendalny jak wyżej wspomniany scenariusz. Mam na myśli głównie ucinanie scen w ich “najlepszych’ momentach oraz wstawienie potencjalnie zabawnej wstawki z przybyszem innej krainy, który nie może się odnaleźć w naszym świecie. Kolejnym wartym uwagi elementem jest muzyka autorstwa Freda Emory’ego Smitha, który podobno jest uczniem samego Hansa Zimmera. I o ile nie przyczepiłbym się do samej muzyki, to moje obiekcje budzi fakt, że została ona wpleciona dosłownie w każdą scenę, co zakrawa o komizm rodem z polskich kabaretów. 

Przejdźmy do mojego ulubionego elementu czyli aktorstwa. Nie będę się tutaj pastwił nad młodą częścią obsady, ponieważ oni mają jeszcze długą drogę przed sobą. Największe zdegustowanie budzą postacie grane przez dorosłych. Każda, ale to dosłownie każda, dorosła postać jest zagrana w sposób tragiczny. Niech nie zwiedzie was fakt, że aktorzy dostali słaby scenariusz. Wzdrygam się na samą myśl o rolach Alicji Dąbrowskiej oraz Kamili Bujalskiej; nie chcę mówić, że są to słabe aktorki, ale tych ról te panie powinny się po prostu wstydzić. 

Władcy przygód, mat. prasowe

Chciałbym jeszcze poruszyć jeszcze temat dwóch konkretnych scen, które możemy zobaczyć w tej produkcji. Mam na myśli zastosowanie najbardziej znanego z serii Star Wars Krzyku Wilhelma – jest to po prostu nietrafiony zabieg, którego użycia nie jestem w stanie zrozumieć. Kolejnym aspektem, na który chciałbym zwrócić waszą uwagę jest przekopiowanie 1:1 jednej z najpopularniejszych scen w historii kina. Mam na myśli słynną scenę z  Garym Oldmanem z Leona zawodowca, w której aktor wykrzykuje “EVERYONE”. Jest to według mnie genialna scena i mam wrażenie, że tak samo uważa pan Szafrański, z tą różnicą, że umieścił on tę scenę we własnej produkcji; przekonwertowaną na polskie realia. W rezultacie otrzymaliśmy jedną z najbardziej żenujących scen w historii polskiej kinematografii.

Na koniec chciałbym dodać to, że ten obraz uwłacza inteligencji widza, nawet jeśli ma on około 7 lat. Niech najlepszym podsumowaniem produkcji będą słowa młodego mężczyzny, który znajdował się na sali: “Mamo, ale ten film jest głupi”

0.5/5

 


2 thoughts on ““Władcy przygód. Stąd do Oblivio”, CZYLI POLSKIE KINO NA KOLANACH [RECENZJA]

  1. Omamiona wizja pięknego i nowoczesnego familijnego kina wybrałam się na premierę… I żałuję. Tak jak żałuję moje dziecko, które ze sobą zabrałam. Zmanierowana gra aktorska szczegolnie Pań. Wszystko tak jak opisuje recenzent… Sztampowy wybór aktorów z którego reżyser już chyba słynie… Dodatkowo zachowanie na premierze – totalnie niedostosowane stroje Pań do wydarzenia… Czyli premiery dla dzieci i mlodzierzy! Conajmniej jak gwiazdy hollywood szkoda że z marnym uzdolnieniem scenicznym.

    1. Zgadzam się z przedmowczynią. Dałem namówić się na ten film podczas festiwalu “kino w trampkach”. Wcale mnie nie dziwi że dzieci go nie wybrały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.