KinoRecenzje

„Priscilla” – Z perspektywy… kobiecej? [RECENZJA]

Jakub Nowociński
fot. "Priscilla" / mat. prasowe Best Film

Recenzja zawiera spoilery dla osób, niezaznajomionych z historią Priscilli i Elvisa Presleyów. Będą one wyraźnie oznaczone, a pominięcie ich nie wpływa na odbiór pozostałego tekstu.

Produkcji na temat Elvisa Presleya powstało już wiele. Choćby dwa lata temu ogromnym hitem okazał się biopic Baza Luhrmanna, jednak postać Priscilli została w nim potraktowana marginalnie, pojawiając się zaledwie w kilku scenach. Nic dziwnego, że wywołało to oburzenie części publiczności. Para była ze sobą czternaście lat, a ich burzliwy związek był wielokrotnie mitologizowany przez media. Nie czekaliśmy długo, aż Sofia Coppola skieruje światło reflektorów na żonę króla rock’n’rolla i podzieli się ze światem jej historią. I to w sposób bezprecedensowy – z zupełnym wykluczeniem perspektywy Elvisa, zepchniętego tym razem na drugi plan.

Historia rozwija się linearnie, od pierwszego spotkania pary, aż do opuszczenia Graceland przez Priscillę. Tytułową bohaterkę poznajemy jako czternastolatkę, która zostaje zaproszona na przyjęcie organizowane przez dziesięć lat starszego Presleya. Między nieśmiałą nastolatką i gwiazdorem z zawadiackim uśmiechem przylepionym do twarzy rodzi się wzajemna fascynacja, a niedługo później – zauroczenie, być może nawet miłość, choć trudno to ocenić. Nie dowiadujemy się, dlaczego akurat ona przykuła jego oko. Film jedynie sugeruje, że przebywający w Niemczech mężczyzna tęsknił za ojczyzną, której słodkim wspomnieniem okazała się młoda Amerykanka – ale czy rzeczywiście nie było tam więcej takich, jak ona, i czy to wystarczy, żeby narodziło się uczucie?

Wkrótce Priscilla zostaje zaproszona do Graceland, które staje się jej nowym domem. Gdy Elvis jest przy niej, posiadłość w Memphis tętni życiem, pokoje wypełniają tłumy ludzi, odbywają się przyjęcia, a gospodarz wymyśla ekstrawaganckie sposoby na zabawianie swoich gości. Gdy wyjeżdża do Hollywood, życie wyparowuje z willi jak powietrze z przebitego balonu. Priscilla stoi na środku olbrzymiego salonu niczym nieporadne dziecko. Staje się mała, niczym kolejny element wyposażenia, niemal jednolita z dekoracją. Nie potrafi wypełnić przestrzeni swoją obecnością. Luksusowa posiadłość staje się nagle klaustrofobiczna, a bohaterka zagubiona, gdy nikt nie prowadzi jej za rękę. W szkole rysuje w zeszycie serduszka, a po zajęciach bawi się z psem i uczy się do egzaminów końcowych. Na paznokcie nakłada różowy lakier, na stopy lakierki, a na oczy skrzydlate rzęsy, jak gdyby Elvis w każdym momencie mógł wcześniej wrócić z pracy lub mimochodem zajrzeć do środka przez okno sypialni.

fot. „Priscilla” / mat. prasowe Best Film

Mężczyzna nie tylko sprawił, że poczuła motylki w brzuchu, lecz nadał jej nowy sens istnienia. Stało się nim służenie. „Muszę wiedzieć, że zawsze będziesz dostępna, gdy zadzwonię do ciebie z planu” – mówi jej przez telefon. Przemocowość tego układu błyskawicznie staje się eksplicytna: albo będzie grzeczna, albo wróci na garnuszek rodziców. Ostatecznie, w nagrodę za „dobre sprawowanie” bohaterka doczekała się zaręczyn. Elvis nie uklęknął, lecz w odpowiednim dla siebie momencie oświadczył: „będziemy małżeństwem”. Na fotografiach ślubnych stoi nieco znużony, z papierosem wystającym z ust. Po ślubie naszła pora na ciążę oraz opiekę nad dzieckiem – często samotną, kiedy mąż znów wyjeżdżał. Priscilla stała się tym samym kobietą spełnioną, przynajmniej w patriarchalnym obiektywie – uwięzioną na amerykańskich przedmieściach, z dzieckiem na jednej ręce i szczotką do kurzu w drugiej (choć nie dosłownie, bo żona Presleya rzecz jasna nie zajmowała się sprzątaniem).

Przeczytaj również:  W mroku antologii – Detektyw: Kraina nocy [RECENZJA]

Widz, który zna choć ułamek historii słynnego związku, ani na moment nie daje się zwieść wyidealizowanej wizji Elvisa, kreowanej przez bohaterkę, której oczami śledzimy fabułę. Nawet najsłodsze słowa mają gorzki wydźwięk, a scenariusz z każdą sceną przemyca coraz więcej przebłysków jego narcystycznej osobowości. Gdy muzyk owija dziewczynę pajęczą siecią i zamyka w złotej klatce (choć zwrot to wyświechtany, w tym przypadku ciśnie się na usta), narasta w nas coraz większy sprzeciw wobec tego, co widzi na ekranie. Zostajemy uwikłani w emocjonalną szaradę, w której od samego początku pozbawieni jesteśmy nadziei na happy ending. Mamy wrażenie, że pod tym gładkim obrazkiem kryją się znacznie mroczniejsze prawdy, których nie poznamy jeszcze w tym momencie.

Wydobywająca się zewsząd pastelowa słodycz, tak typowa dla filmów reżyserki, próbuje zamaskować ślady przemocy, zarówno emocjonalnej, której doświadcza Priscilla, jak i fizycznej. Symbolem tej drugiej jest chociażby maleńki rewolwer, czyli pierwszy prezent, którym Elvis obdarowuje swoją kobietę. Codziennością bohaterów jest również autoagresja. Łykają końskie dawki tabletek nasennych, które, jak wiemy, stały się później jedną z przyczyn śmierci gwiazdora. Leki sprawiają, że dni mijają szybko, na granicy jawy i snu, w apatycznej atmosferze oraz wiecznym, słodkim odrętwieniu. Prawdziwe szczęście między parą widzimy dopiero, gdy biorą LSD,  jednak jest ono ulokowane wyłącznie w halucynogennym szaleństwie, nie w sobie nawzajem.

Priscilla przechodzi na naszych oczach ciągłe przemiany, wyeksponowane dzięki pracy charakteryzatorów i kostiumografów. Bohaterkę poznajemy jako czternastolatkę, gdy delikatny makijaż komplementuje jej nieśmiały uśmiech, niepewny głosik i malinowe policzki. Z czasem porzuca „dziewczęcość”, zaczyna nakładać na siebie więcej kosmetyków i przefarbowuje włosy na czarno. Zmiany w jej wyglądzie, zarówno te nagłe, jak i następujące stopniowo, sygnalizują kolejne etapy związku z Elvisem. Na początku relacji dziewczyna najbardziej podoba mu się w błękitnych odcieniach, więc sukienki właśnie w tym kolorze wybiera, gdy jest w nim zakochana. Nie może natomiast nosić brązowego, kojarzącego się mężczyźnie z poligonem. spoiler Założona w jednej z ostatnich scen filmu brązowo-złota sukienka staje się symbolem uzyskanej autonomii. Chwilę wcześniej Priscilla rezygnuje z wysokiego upięcia włosów i powraca do swojego naturalnego odcienia. Jej twarz nabiera dojrzałych rysów, a my wiemy, że w głowie kiełkują jej pierwsze myśli o odejściu od męża.

Przeczytaj również:  To nawet nie jest guilty pleasure. Recenzja filmu „Madame Web”
fot. „Priscilla”  / mat. prasowe Best Film

Ekranowa metamorfoza Cailee Speany jest jej największym osiągnięciem – ani na moment nie wątpimy w to, że dziewczyna na początku filmu jest zaledwie czternastolatką, a z jego końcem staje się dojrzałą kobietą. Jednak, pomijając charakteryzację, aktorka przez cały film pozostaje niemalże taka sama. Stała jest jej natura porcelanowej lalki, grymas na twarzy, chwiejny krok, jak gdyby na paluszkach, a także sposób, w jaki intonuje słowa, nigdy nie wiedząc, co tak naprawdę myśli. Choć głównym celem filmu było oddanie głosu Priscilli, nie jesteśmy świadkami jej wewnętrznych rozterek czy dylematów. Wiemy, że takie istnieją, bo obserwujemy ich konsekwencje, brakuje jednak psychologicznego spektrum, na którym można byłoby rozciągnąć postać. spoiler Skoro postawiono wyłącznie na perspektywę żony Elvisa, szkoda, że zdecydowano się na zakończenie filmu w momencie jej odejścia z Graceland. Być może ciekawiej byłoby przyjrzeć się jej w dalszym etapie życia; tym, w którym nareszcie zaczęła funkcjonować autonomicznie.

Słabością filmu jest to, co miało stanowić jego siłę – pozbawienie Elvisa prawa głosu i skupieniu się jedynie na wizji Priscilli. Choć ograniczenie perspektywy do tej kobiecej na papierze brzmiało jak wyborny pomysł, w rzeczywistości pozbawiło film szerszego kontekstu. Coppola nie postawiła bowiem znaków zapytania w momentach, które aż się o to prosiły. Nie przyjrzała się związkowi i rządzącymi nim zależnościom z różnych stron. W efekcie postać Elvisa stała się płaska, co nie powinno dziwić, skoro niezbyt interesująca jest nawet tytułowa bohaterka. Motywów jego zachowania możemy szukać gdzieś poza kadrem lub zbierając szczątki informacji o apodyktycznym ojcu czy bolesnej śmierci matki. Są to zbyt małe elementy, aby uporządkować je w pełny kolaż postaci. Nawet z tak ograniczonymi możliwościami, Jacob Elordi, który zasłynął z roli czarującego antagonisty w Euforii, fenomenalnie sprawdza się w swojej kreacji. Być może Australijczykowi brakuje fizycznego podobieństwa, które pod toną charakteryzacji osiągnął Austin Butler, jednak w odróżnieniu od amerykańskiego aktora nie stał się niewolnikiem swojej roli.

Coppola próbuje oczarować widza pastelowym, słodkim obrazkiem, zawiązując na głowie Priscilli kolorowe kokardki i podchodząc do jej postaci jak do świętego obrazka. Reżyserka stawia bezpieczne kroki i zadaje wiele pytań, nie siłując się na odpowiedzi – być może przez wpływ samej Priscilli, jednej z producentek filmu, czy w obawie o procesy sądowe. W końcu Elvis Presley Enterprises broni zachwianego wizerunku muzyka, co objawia się chociaż w braku jego piosenek w ścieżce dźwiękowej filmu. Powściągliwe podejście do tematu sprawiło, że relacja Priscilli z królem rock’n’rolla pozostaje taka sama, jak wcześniej: wypchana półprawdami i nieodkrytymi motywami.

Korekta: Łukasz Al-Darawsheh

Ocena

5.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.