Advertisement
AktualnościKlasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką: „Straż przyboczna” (1961)

Jakub Zawirski
Grafika autorstwa Jakuba Zawirskiego

Kino Akiry Kurosawy jest dziś powszechnie podziwiane – za rozmach, moralny pazur i humanistyczne podejście. Nie zawsze jednak tak było. Paradoksalnie, to kino – uważane dziś za kwintesencję japońskiej wrażliwości – długo budziło w Japonii ambiwalentne reakcje. Kurosawie zarzucano zbytnią „zachodniość” – jego inspiracje amerykańską X muzą były aż nadto widoczne, a dynamiczny styl odbiegał od tego, do czego przywykła narodowa publiczność.

Tym bardziej imponuje dziś, jak organicznie wpisał się on w pejzaż światowego kina. Kurosawa tworzył opowieści samurajskie porywające, naturalistyczne, a jednocześnie zaskakująco uniwersalne. Piaski czasu nie pozostawiły na nich żadnej oznaki rdzy, bo u ich fundamentu leży coś więcej niż historyczno-kulturowy kontekst. Bohaterów Kurosawy zżera psychomachia: moralny kręgosłup ugina się pod ciężarem cynizmu, a świat, w którym funkcjonują, tonie w szarościach etycznych.

Ten motyw reżyser eksplorował szczególnie w swoim złotym okresie, a nade wszystko Straży przybocznej – filmowym traktacie o tym, jak chciwość wypacza, a przemoc – także systemowa – jest w gruncie rzeczy nieskończona.

Samotny wędrowiec w zgniłym świecie

Reżyser nie zwleka z rozrysowywaniem obrazu protagonisty oraz świata przedstawionego. W tle napisów początkowych naszym oczom jawi się ubrany w kimono i snujący się bezwiednie mężczyzna,. Jego nonszalanckie ruchy świadczą o tym, że nie jest to samuraj z jasno określoną misją. Mamy do czynienia z roninem – samotnym wojownikiem bez pana. Nie jest pacynką systemu feudalnego, lecz niezależnym buntownikiem kroczącym po nieznanych terenach. Mężczyzna podnosi leżący na skrzyżowaniu dróg patyk, a następnie podrzuca go w powietrze. Dopiero po chwili odkrywamy, że traktuje go jak swoisty drogowskaz – podąża w stronę, którą wskazuje kij. Kurosawa pokazuje, jak bohater oddaje się w ręce przypadku, wierząc w potęgę przewrotnego losu.

Straż przyboczna
fot. kadr z filmu „Straż przyboczna”

Następnie ronin jest świadkiem kłótni ojca i syna. Starszy rolnik wyraźnie pragnie, by syn podążył jego śladami, prowadząc spokojne życie wśród pól uprawnych. Młodzieniec wybiera jednak drogę buntu – pragnie dobrze prosperować, nawet jeśli miałoby go to kosztować życie. Śmiertelne ryzyko nie powstrzymuje go od kroczenia niebezpieczną ścieżką hazardzisty. Jest naiwny i lekkomyślny, ale trudno dziwić się jego postawie. Od najmłodszych lat obserwuje upokorzony żywot ojca – człowieka, który haruje dzień w dzień tylko po to, by otrzymywać marne okruchy wynagrodzenia.

Chłopak nie chce podzielać jego losu, więc postanawia wyrwać się z objęć statusowego fatalizmu. Dostrzegając szansę na szybki zarobek, nie waha się ani chwili – pragnie porzucić biedę i jest gotów poświęcić wszystko, by tego dokonać. Przed naszymi oczami zarysowuje się okrutny świat, gdzie bycie „kimś” zależy wyłącznie od liczby dokonanych rabunków, przekrętów oraz popełnionych zabójstw, stanowiących najszybszy sposób na wspinanie się po drabinie społecznej. To zepsuta rzeczywistość, w której chciwość marginalizuje wszelkie cnoty i morale, a przemoc stanowi uniwersalny język.

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta

Los prowadzi bohatera do pewnej wioski. Krocząc po opuszczonej przestrzeni, która zdaje się być nienaznaczona jakąkolwiek obecnością ludzkiej duszy, w powietrzu unosi się nerwowa atmosfera niepewności. Panuje cisza – napięta, gęsta, duszna. Z domów na ronina spoglądają mężczyźni, mający twarze wykrzywione gniewem. Chwilę później pojawia się pies, trzymający w zębach ludzką rękę – przerażający symbol dekadencji, która już dawno odcisnęła piętno na tej wiosce. Takie okrucieństwa nie wywołują już szoku – stały się chlebem powszednim w tym miejscu, emanującym mroczną, nihilistyczną aurą.

Straż przyboczna
fot. kadr z filmu „Straż przyboczna”

Szybko okazuje się, że władza nad wioską leży w rękach dwóch, rywalizujących ze sobą klanów. Na czele jednego z nich stoi Seibei – właściciel domu publicznego, nieustannie manipulowany przez inteligentną i wyrachowaną żonę. Jego przeciwnikiem jest grupa Ushitory – posiadacza gospody, który wraz ze swoimi ludźmi sieje terror w okolicy. Rywalizacja o kontrolę nad władzą, sake czy jedwabiem potęguje napięcia między stronami konfliktu. W obliczu tej sytuacji protagonista decyduje się na oportunizm. Taki stan rzeczy sprzyja jego kieszeni – postanawia więc zostać w wiosce dla zarobku. Dając się wynajmować jako dodatkowy, ale jakże efektywny miecz, ronin rozpoczyna niebezpieczną grę. Manipuluje zbiorowościami, podsycając nienawistne nastroje, pulsujące w krwiobiegu mieszkańców.

Studium antybohatera

Przebiegły protagonista, wybornie zagrany przez samego Toshirô Mifune, grzeszy pychą na każdym kroku. Wydaje mu się, że karma nigdy go nie dosięgnie, a merkantylna karuzela będzie kręcić się w nieskończoność. Ronin traktuje lokalny konflikt ze sporą dozą ironicznej obojętności, nie angażując się emocjonalnie. Postrzega wszystko z chłodnym dystansem, żyjąc w przekonaniu, że jego spryt i umiejętności stawiają go ponad innymi. Jednak szybko dostrzega, że intryga, w którą się wplątał, wciąga go coraz bardziej. Jednostka, nieważne jak potężna, nie da rady przezwyciężyć wszechogarniającego systemu. Bohater przekonuje się, że też jest tylko człowiekiem, mających swoje lęki i słabości.

Przeczytaj również:  Najlepsze filmy 2025 roku | Ranking TOP 20 redakcji Filmawki
Straż przyboczna
fot. kadr z filmu „Straż przyboczna”

Jego wizerunek twardego, nieugiętego cynika zaczyna ulegać erozji, gdy staje się świadkiem niedoli pewnej rodziny. Bohater poznaje historię uciemiężonej kobiety, która jest więziona przez Ushitorę, nie mogąc się nawet widywać z kilkuletnim synkiem. Jej męża do bólu przeszywa beznadzieja oraz niemoc – nie ma szans w starciu z potężną organizacją. Słysząc tę opowieść, w sercu ronina coś pęka. Nagle ogarnia go frustracja – jego twarz pęcznieje od powagi i gniewu, które mrożą wyraz jego rysów, nadając mu ciężaru oraz surowości.

Jest przejęty na tyle, że postanawia uratować kobietę z opresji, umożliwiając jej ucieczkę z rodziną i zapewniając im zaplecze finansowe. Jego niewzruszona maska ulega znacznemu skruszeniu. Ronin robi coś, co zdaje się przeczyć jego naturze – nie zważając na własny interes, działa na rzecz dobra innych. Ten przełomowy, altruistyczny moment pokazuje, że cynizm bohatera to jedynie fasada – zrodzona wskutek resentymentu, jakiego nabrał wobec świata, w którym żyje.

Spójrzmy też na scenę, w której Unosuke, brat Ushitory, podejrzewa ronina o zdradę. Po raz pierwszy widzimy, jak lęk i niepewność ogarniają bohatera. Jego ciało sztywnieje, a na twarzy pojawia się czysty strach. Niepokój paraliżuje nie tylko jego ciało, ale i umysł, co jeszcze mocniej uwypukla ludzki wymiar postaci. Straż przyboczna dostarcza fenomenalne studium antybohatera. Złożoność postaci rozwija się harmonijnie w miarę rozwoju akcji, a dzięki tej autentyczności, niewyidealizowanemu portretowi, trudno nie odczuwać sympatii względem ronina.

Straż przyboczna
fot. kadr z filmu „Straż przyboczna”

Morał i wichura w epicentrum mroku

Jak na ironię, dobry uczynek protagonisty pociąga za sobą niegodziwą lawinę przemocy. Kłębiące się napięcia między grupami osiągają zenit. Resztki skrupułów całkowicie zanikają – granice moralne przestają istnieć. Sytuacja przyspiesza w zawrotnym tempie, stopniowo zmierzając do tragedii. Z każdą minutą Kurosawa nurkuje coraz głębiej w mrocznych zakamarkach ludzkiej psychiki. Reżyser obnaża, do jak wielkiej dehumanizacji i zwierzęcego szału prowadzi chciwość.

Pod koniec filmu jasnym staje się, że syn rolnika, który na początku kłócił się z ojcem, ostatecznie dołącza do klanu Ushitory. Kiedy ronin daruje mu życie, kieruje do niego słowa: „Warto żyć, nawet jeśli się jest biednym”. Stanowi to swoistą klamrę filmu, a zarazem nadaje opowieści wymiar silnie moralizujący. W końcu żadna praca nie hańbi, a życie w ubóstwie jest znacznie lepsze niż bycie złym człowiekiem. Choć ta dydaktyka może wydawać się nazbyt bezpośrednia, Straż przyboczna nie traci całkowicie subtelności w przekazie.

Warto zwrócić uwagę na użycie sytuacji meteorologicznej jako alegorii dla atmosfery filmu. Zabieg ten podkreśla dramaturgię, klimat i wydźwięk poszczególnych momentów – jak w przypadku Dwunastu gniewnych ludzi (1957), gdzie nieoczekiwany obrót spraw zamienia duszną parność w odświeżające opady deszczu. W Straży przybocznej Kurosawa świetnie operuje wiatrem jako żywiołem, co widać szczególnie, gdy Unosuke przybywa do miasta. Jego pojawieniu się towarzyszy silna wichura – zupełnie jakby zwiastowała nadejście czegoś wyjątkowo złowieszczego i nieprzewidywalnego. Wiatr w tej scenie wprowadza podmuch grozy, podkreślając, jak nieuchronnie zbliża się zło.

Straż przyboczna
fot. kadr z filmu „Straż przyboczna”

Za garść ryō

A teraz czas na intrygującą ciekawostkę z historii kina, o której mogliście nie wiedzieć. W 1964 roku świat ujrzał niepozorny, niskobudżetowy western w reżyserii niejakiego Sergio Leone – Za garść dolarów – z pewnym mało znanym aktorem, Clintem Eastwoodem, w roli głównej. Film nie uchodził za szczególnie świeży czy ambitny – traktowano go raczej jako produkcję klasy B, a sami twórcy nie spodziewali się sukcesu. Leone nakręcił western koncentrujący się na postaci bezimiennego rewolwerowca, który przybywa do miasteczka pogrążonego w bezprawiu, moralnej próżni i rządzonego przez dwa rywalizujące ze sobą gangi. Brzmi znajomo, prawda?

I słusznie – Za garść dolarów to bowiem nieoficjalny remake Straży przybocznej, który stał się protoplastą całego nurtu spaghetti westernu. Paradoksalnie więc film, który zrewolucjonizował kino, był w istocie plagiatem japońskiej produkcji – zresztą Kurosawa wygrał później sprawę sądową przeciwko twórcom włoskiego projektu. Zamiast ryō pojawiły się dolary, zamiast saké – whiskey, lecz archetypy postaci i oś fabularna pozostały uderzająco podobne. Różnice ujawniają się – przede wszystkim – w samych wizjach reżyserskich.

Przeczytaj również:  „Byłam postacią rozjaśniającą ten mroczny świat” – Rozmawiamy z Mary Pawłowską [WYWIAD]

Kurosawa komponuje swoje kadry w sposób statyczny i malarski, niemal pejzażowy, podczas gdy Leone stawia na bardziej frenetyczną, miejscami wręcz hitchcockowską dynamikę. Aktorstwo w Straży przybocznej wyraźnie zahacza o melodramatyczny ton, zaś w Za garść dolarów jest bardziej powściągliwe i surowe – choć ten aspekt wynika raczej bezpośrednio z kulturowo-gatunkowych konwencji. Różni się też portret protagonistów – ronin Kurosawy wydaje się bardziej ludzki, a zarazem psychologicznie wiarygodny, natomiast bezimienny rewolwerowiec Leone to raczej zdystansowany symbol – mit dryfujący po spalonym słońcem, bezdusznym świecie.

Za garść dolarów
fot. kadr z filmu „Za garść dolarów”

Pod względem problematyki Straż przyboczna sięga znacznie głębiej niż Za garść dolarów, wykraczając poza prostą opowieść o chciwości i przemocy. W czym jeszcze objawia się ta niezwykła głębia dzieła japońskiego mistrza?

Kapitalizm jako demokratyzacja feudalizmu

Aby zgłębić znaczenie Straży przybocznej, warto zacząć od krótkiej lekcji historii. Akcja filmu rozgrywa się w ustrojowym okresie przejściowym Japonii. Formalnie są to wciąż czasy feudalne, lecz coraz mocniej przenikają je docierające z zewnątrz impulsy modernizmu i kapitalizmu. Społeczny fundament relacji pan–wasal stopniowo przechodzi do annałów historii, a w jego miejsce pojawiają się pieniądz, handel oraz wolny rynek – kapitalistyczne znamiona, pośród których wyrośnie nowe pokolenie.

Na płaszczyźnie symbolicznej protagonista filmu jest produktem schyłku epoki feudalnej – samurajska lojalność, poddanie i poświęcenie nie dotyczą go już w żadnym stopniu. Działając na zasadzie kontraktu, ronin sprzedaje swoje usługi temu, kto zapłaci więcej. Jego postawa ucieleśnia demokratyzację przemocy – teraz każdy posiadacz złota może ją nabyć, podczas gdy dawniej był to przywilej zarezerwowany dla arystokracji. Właściwie całe miasteczko w Straży przybocznej stanowi miniaturowy model społeczeństwa kapitalistycznego. Niemalże wszystkie postacie, niezależnie od stanowiska, dążą do realizacji osobistych celów, często kosztem innych. Tworzy to atmosferę zaciętej rywalizacji i wyzysku, typową dla systemu opartego na konkurencji, a zarazem drapieżnej pogoni za zyskiem.

W tym właśnie tkwi ideologiczne sedno filmu. Kapitalizm, idący pod rękę z modernizmem, teoretycznie wyzwala ludzi z fatalistycznej i skostniałej hierarchii, lecz jednocześnie rozszerza logikę feudalnej dominacji i przemocy. Nie ma już odgórnie wyznaczonych panów i wasali – każdy staje się swoim własnym panem, walczącym o przetrwanie w świecie przesiąkniętym bezprawiem oraz chaosem. Kulminacją gorzkiej ironii, która spowija przesłanie filmu, jest zakończenie, w którym przywrócenie równowagi to tylko iluzja. Demokratyzacja przemocy, w duchu której działa bohater, nie owocuje równością ani sprawiedliwością – rodzi jedynie zamęt i cynizm, prowadzące ostatecznie do zagłady.

Straż przyboczna
fot. kadr z filmu „Straż przyboczna”

Podsumowanie

Straż przyboczna zanurza nas w mrok, gdzie każdy wybór prowadzi do kolejnego upadku. W tej opowieści, przesyconej chciwością i przemocą, nie ma miejsca na zbawienie, tylko konfrontację z naszymi najgłębszymi lękami i słabościami. Kurosawa prezentuje nihilistyczny poemat, ukazujący brudny, wietrzny świat jako moralny labirynt, gdzie feudalizm zderza się z kapitalizmem, a wolność okazuje się tylko inną odmianą chaosu.

Mimo całej ciemności spowijającej tę historię, film ogląda się zaskakująco lekko – nie tylko dzięki iskierkom humoru, lecz także twórczej żarliwości Kurosawy. Każda scena pulsuje pasją i autentycznością. A jednak brakuje tu czasem odrobiny zwykłego, ludzkiego ciepła. Straż przyboczna zdumiewa problematyką, lecz jednocześnie owiewa skostniałym chłodem. I owszem – robi to w sposób hipnotyzujący, choć pod sam koniec może już nieco męczyć. Niemniej jednak to wciąż kino, które nie pozwala o sobie zapomnieć – wciąga, zostaje pod skórą i wije się w pamięci mimo, a może właśnie dzięki, swojej brutalności oraz zimnej, mrocznej wymowy.

korekta: Anna Czerwińska
+ pozostałe teksty

Student dziennikarstwa i nowych mediów. Dyskusje ze sceptykami Terrence'a Malicka traktuje jak bitwy o śmierć i życie. Jeśli zhejtujesz przy nim „Rycerza Pucharów”, przygotuj się na egzystencjalną tyradę (z niespodziewaną ironią).

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

filmografię Akiry Kurosawy, Za garść dolarów

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.