Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Flow” – wielka woda [RECENZJA]

Marta Tychowska
Kadr z filmu „Flow"
fot. „Flow” / materiały prasowe So FILMS

Jesteśmy przyzwyczajeni do antropomorfizacji bohaterów nieludzkich. W kinie nawet hiperrealistyczna estetyka nie oznacza rezygnacji z tego zabiegu. Sergio Pablos, twórca Klausa (2019), krytykując podejście Disneya do remake’u Króla lwa, przyznał, że o wiele ciekawiej byłoby obejrzeć wersję live action, w której nie ma antropomorfizacji. Filmowe zwierzęta paradoksalnie mają całkiem sporo do powiedzenia, kiedy nie mówią. Znakomicie udowadnia to Flow w reżyserii Gintsa Zilbalodisa – animacja, która stała się jednym z najgłośniejszych tytułów sezonu, nagrodzona Złotym Globem i nominowana do Oscara w dwóch kategoriach. Flow oddaje zwierzętom to, co zwierzęce. Ale czy na pewno?

W świecie pochłoniętym przez wodę na jednej łodzi spotyka się pięć zwierząt – kapibara, lemur, ptak sekretarz, pies i on, czarny kot, nasz główny bohater. To niecodzienne zestawienie, które w naturalnych warunkach nie miałyby powodów, aby dzielić wspólną przestrzeń, w Flow staje się esencją opowieści o przetrwaniu; nie tyle samych zwierząt, ile symbolicznej wspólnoty, ponad wszelkimi podziałami. Ich podróż nie ma jasno określonego celu – liczy się przetrwanie, utrzymanie się na powierzchni, a nie dotarcie do konkretnego miejsca. Zostajemy wrzuceni prosto w wir wydarzeń, bez nadmiernej ekspozycji i podobnie jak zwierzęcy bohaterowie, jesteśmy zmuszeni płynąć z prądem.

We Flow na próżno szukać fizycznej antropomorfizacji, a co za tym idzie, również dialogów. Decyzja artystyczna Zilbalodisa nie tylko buduje immersję, ale przede wszystkim pozwala widzowi na głębokie empatyzowanie z bohaterami, których emocje wyrażane są poprzez ruchy i spojrzenia, wszystkie detale charakterystyczne dla danego gatunku. Subtelność i jednocześnie dokładność, niemal dokumentalistyczna, odwzorowywania poszczególnych zachować sprawia, że rośnie nie tylko nasze przywiązanie do bohaterów, ale i wiara w rosnące zagrożenie, które na nich czyha. Naśladowanie rzeczywistości ma jednak swoje granice.

Przeczytaj również:  „Wpatrując się w słońce” – Migawki przeszłości | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025
fot. „Flow” / materiały prasowe So FILMS

Natura w Flow jest silna i nieokiełznana, choć wydestylowana ze swojej chropowatości. Woda pochłania, zabiera, nie daje czasu na namysł – zostaje tylko instynktowne działanie. Wizja świata, w którym bohaterowie muszą nieustannie dostosowywać się do zmieniających warunków, tworzy atmosferę ciągłego zagrożenia, napięcia i niepewności. Wiemy, że to nie pierwszy i nie ostatni, kiedy żywioł pochłonął świat przedstawiony – sugerują nam to poszlaki pozostawione w starannie przemyślanym, tajemniczym i pełnym niedopowiedzeń krajobrazie. Nie ma miejsca na opuszczenie gardy – jedynie na reakcję i adaptację.

Brutalność natury i żywiołu zdaje się pozostawać jednak raczej poza kadrem. Jeśli miałabym w uniwersalności Flow dopatrywać się wady, byłaby nią właśnie ta odrobinę sentymentalna wizja natury. W filmie Zilbalodisa śmierć pojawia się przede wszystkim w symbolicznej formie – odejście ptaka jest doniosłą chwilą, którą można interpretować nie tylko jako moment transcendentny, ale i transformacyjny dla kota, będącego świadkiem tego wydarzenia. 

Porządek symboliczny i realistyczny koegzystują ze sobą w zgodzie, podobnie jak zwierzęta na łodzi. Godzi je sam Zilbadolis, któremu trudno odmówić świetnego flow. Z jednej strony jego film ma wyciszającą moc, z drugiej nie pozwala widzowi na złapanie oddechu. Momenty kontemplacji mieszają się z tymi pełnego emocjonalnego napięcia, a warstwa realistyczna splata z metaforyczną.

Flow to powiew świeżości w sposobie przedstawienia bohaterów nieludzkich. Z tego powodu pozytywna recepcja i popularność filmu cieszą szczególnie – to dowód na to, że można tworzyć angażujące historie o zwierzętach bez antropomorfizacji, a ludzie chętnie je oglądają. Wyjątkowość Flow zasadza się również na sposobie, w jaki powstał film, czyli w Blenderze – darmowym programie do modelowania i animacji 3D. Mały budżet, oszałamiający efekt i przede wszystkim utalentowany zespół z Zilbalodisem na czele pokazują, jak wiele możliwości stoi przed współczesnymi filmowcami i animatorami. 

Przeczytaj również:  „Strange Adventures” – Dwie strony medalu [RECENZJA]

Flow nie jest jedynie technicznym popisem, ale kolejnym krokiem w ewolucji twórczości Zilbalodisa. Ten okazuje się artystą konsekwentnie rozwijającym swój styl, zarówno wizualny, jak i narracyjny. W swoim pełnometrażowym debiucie – Odległej krainie (2019) – również postawił na bezdialogową formę wyrazu. Flow stanowi kontynuację tej filozofii – nie tylko w warstwie technicznej, ale i tematycznej. Zilbalodis traktuje naturę i ciszę jako pełnoprawnych bohaterów swoich opowieści.

Kadr z filmu „Flow"
fot. „Flow” / materiały prasowe So FILMS

Biorąc pod uwagę trud włożony w odwzorowanie zachowania bohaterów, chciałoby się więcej – aby ten realizm znalazł swoje pełne odzwierciedlenie również w fabule. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatecznie Flow to udana, niezwykle immersyjna i jednocześnie poetycka opowieść o społeczności, która mierzy się z konsekwencjami kryzysu/kataklizmu. Mimo swojej uniwersalności boleśnie aktualna. Najważniejszy wniosek? Aby przetrwać, warto chodzić nie własną, a wspólną ścieżką. Tak jak pewien czarny kot.

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Kulturoznawczyni i content marketing specialist. Kino pasjonuje ją równie mocno, co kryzysy wizerunkowe. Zainteresowana kulturą popularną, ekokrytyką i festiwalami wszelakimi. Ma słabość do animacji, hyperpopu i Damona Albarna. Regularnie uprawia hate-watching.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.