Advertisement
FilmyKinoRecenzje

Głośna cisza – „Sny o pociągach” [RECENZJA]

Jakub Zawirski
Sny o pociągach
fot. „Sny o pociągach” / materiały dystrybucyjne Netflix

Las – świątynia świata naturalnego, skrywająca wielką tajemnicę. To przestrzeń, gdzie natura i człowiek stają się jednością, a w zadrzewionych ostępach, pośród ciszy przerywanej tylko odgłosami świata, kryje się coś więcej niż tylko dźwięki – nostalgia, melancholia, a może echo dawnych czasów. Las towarzyszy bohaterowi Snów o pociągach przez całe życie, będąc czymś znacznie więcej niż niemym obserwatorem. Jego dusza zrosła się z tymi zaroślami tak, że stały się jej odbiciem. Krocząc przez leśną ziemię, naznaczoną przemijaniem i wspomnieniami, każdy krok oznacza podróż w głąb samego siebie.

Od samego początku Robert Grainier jawi się jako zagubiony, wyobcowany samotnik. Dorastając w stanie Idaho na początku XX wieku, nie znał swoich biologicznych rodziców, a rasistowskie nastroje społeczne i brutalna polityka deportacji pogłębiały jego alienację. Szukał sensu, tułając się bez celu, z nadzieją na coś, co naprawdę go poruszy. Ze stanu ziejącej pustki i stagnacji bohatera wyciągnęła żona, Gladys. Wkrótce po zbudowaniu chatki, małżonkowie doczekali się córki. Aby utrzymać rodzinę i domostwo, Robert podejmował się sezonowej pracy fizycznej, polegającej na wycince lasów. Coś stale go jednak gryzło. Jego frenetyczne koszmary, pojawiające się zjawy niejako zwiastowały enigmatyczną tragedię, czyhającą tuż za rogiem. Robert coraz wyraźniej przeczuwał, że coś zbliża się nieuchronnie.

Sny o pociągach
fot. „Sny o pociągach” / materiały dystrybucyjne Netflix

Historia protagonisty staje się polem dla egzystencjalnej refleksji nad życiem jako niekończącym się poszukiwaniem sensu, które stanowi fundament szeroko pojętego szczęścia. To także opowieść o ślepej sile nadziei oraz przemijaniu – zmienia się nie tylko otaczający świat, ale i oczy patrzącego – a także zwykłej, nieodpartej potrzebie bliskości drugiego człowieka. Całą tę rozległą problematykę okrasza całkiem osobliwa wizualna poetyka, mająca w sobie wiele finezji – portretowane uczucia momentami wręcz wylewają się z ekranu. Sceny, w których Robert zyskuje oddech od trudów życia, spędzając czas z rodziną, emanują niezwykłym, koegzystencjalnym ciepłem, ogrzewającym serducho. Adolpho Veloso bez wątpienia zapewnia operatorską wirtuozerię, choć nie wszystkie formalne zabiegi wywołały we mnie równą dozę zachwytu.

Przeczytaj również:  Galeria Pominiętych, czyli zestawienie filmów, których zabrakło w redakcyjnej topce 2025

Snutą opowieść oprawia niemal kwadratowa rozdzielczość – kadry przypominają stare fotografie, które przenikają się, tworząc pełny obraz filmowy. To tak jakby twórcy chcieli dodatkowo zagęścić atmosferę intymności, co jednak jest zbędne – historia sama w sobie jest już wysoce intymna, a jej emocjonalny ciężar nie wymaga tego formalnego pogłębienia. Taki format buduje wręcz dystans między widzem a bohaterem, który staje się jeszcze bardziej wyraźny za sprawą nazbyt bezpośredniego narratora. Dosadne opisywanie świata uczuciowo-psychicznego bohatera jest zwyczajnie niepotrzebne. Narrator wyciąga na powierzchnię to, co już wspaniale pulsuje pod nią – nie daje do końca wybrzmieć pięknu ciszy i subtelności, dorzucając swoje „trzy grosze”. Reżyser Clint Bentley zdaje się lekko powątpiewać w inteligencję emocjonalną widza, a wszystkie te formalne udziwnienia odbierają opowieści część jej sporego potencjału.

Sny o pociągach
fot. „Sny o pociągach” / materiały dystrybucyjne Netflix

Jak już wspomniałem, film jest głęboko introspektywny – orbituje wokół protagonisty, zagłębiając się w odmęty jego wnętrza. Bentley prowadzi film na wzór samego bohatera – żyjącego głównie wewnętrznie, niezainteresowanego otaczającym światem. Rezultat jest nieco wsobny i przez to niezbyt satysfakcjonujący. Szkic postaci drugoplanowych ogranicza się niemal wyłącznie do ich wpływu na Roberta, tło społeczno-historyczne pozostaje rozmyte, a obecność wątków z nim związanych jest dość nikła. Podejście Bentley’a do tego aspektu wskazuje na to, że chce „mieć ciastko i zjeść ciastko”.

Z jednej strony reżyser celuje w efekt ponadczasowości przekazu, nie przywiązując uwagi do tła społeczno-politycznego, z drugiej zaś – wyraźnie stara się je uwzględnić, wplatając drobne ziarenka kontekstu, zwłaszcza długotrwałego pokłosia po wojnie secesyjnej. Choć film portretuje przejawy ksenofobii, rasizmu i związanej z nimi przemocy, są one przedstawione w sposób bardzo powierzchowny, sprowadzając wszystko do pojedynczych starć fizycznych – zupełnie jakby zostały wtrącone do tej opowieści na siłę, bez głębszego zaangażowania.

Przeczytaj również:  „Wpatrując się w słońce” – Migawki przeszłości | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025

Niekoherentność Snów o pociągach objawia się także w języku filmowym Clinta Bentley’a. Film ma eklektyczny styl, łączący egzystencjalnego ducha Terrence’a Malicka z postmodernistyczną ironią Wesa Andersona. Momentami kamera krąży wokół bohaterów niczym w tanecznym uniesieniu, by za chwilę zastygnąć w statycznym, niemal teatralnym kadrze. Raz bohaterowie tchną życiem, a kiedy indziej  sprawiają wrażenie katatonicznych marionetek. W rezultacie film jawi się jako nierówny – fuzja suchego, czarnego humoru, surowej powagi oraz duchowego natchnienia sprawia, że ostateczny efekt lekko pobrzmiewa autoparodią.

Sny o pociągach
fot. „Sny o pociągach” / materiały dystrybucyjne Netflix

Sny o pociągach to frustrujący przypadek filmu – obraz, który mógłby być wybitny, ale nie sięga tych jakościowych wyżyn, albowiem zbyt wiele mankamentów obciąża go po drodze. Mimo to, niewątpliwie można dostrzec przebłyski filmowego geniuszu, a sam finał pięknie uwydatnia głębię historii. Zakończenie wyciska łzy, dotykając z wielką twórczą wrażliwością sedna nie tylko życia Roberta, ale też ludzkiej egzystencji w ogóle – uchwycając jej kruchość, małość i majestat w jednym. Szkoda tylko, że subtelnemu, uniwersalnemu pięknu towarzyszy kilka wyraźnych potknięć. Niemniej jednak, Clint Bentley nakręcił jedną z najbardziej wzruszających produkcji roku, która okazjonalnie zapiera dech, a pod koniec lśni pełnym, nieskazitelnym blaskiem.

korekta: Daniel Łojko
+ pozostałe teksty

Student dziennikarstwa i nowych mediów. Dyskusje ze sceptykami Terrence'a Malicka traktuje jak bitwy o śmierć i życie. Jeśli zhejtujesz przy nim „Rycerza Pucharów”, przygotuj się na egzystencjalną tyradę (z niespodziewaną ironią).

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.