Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Rodzina do wynajęcia” – Bardziej słodko niż gorzko [RECENZJA]

Igor Kuśmierski
fot. „Rodzina do wynajęcia” / Searchlight Pictures
fot. „Rodzina do wynajęcia” / Searchlight Pictures

Wyobraźcie sobie, że możecie wynająć ojca na wesele, męża na spotkanie absolwentów albo nawet całą rodzinę na święta. Brzmi jak kompletny absurd? W Japonii faktycznie jest to opcja. Istnieją tam firmy, które wykorzystują społeczny wstyd przed byciem samemu, który jest tak paraliżujący, że ludzie wolą zapłacić za iluzję niż przyznać się do samotności. Gdzie utrzymywanie twarzy jest ważniejsze niż prawda.

To pomysł, który aż prosi się aż o interpretacje w kinie, szczególnie kiedy zestawi się go ze światem artystycznym – czyli miejscem, które żyje z udawania. Gdzie aktorzy zawodowo wcielają się w rolę, potem schodzą z planu i dalej grają. Udają szczęśliwe małżeństwa na czerwonych dywanach, najlepsze wersje siebie dla mediów i socialów. Ten dysonans między światem rzeczywistym a pracą aktora to świetny materiał na brutalne kino o tym, jak desperacko próbujemy wpasować się w oczekiwania innych.

Kiedy zobaczyłem zapowiedzi Rodziny do wynajęcia, stwierdziłem, że może to być odświeżona wersja Alp Lanthimosa – absurdalna opowieść o ludziach, którzy wcielają się w rolę dla rodzin niezdolnych zaakceptować straty. Groteskowe, niewygodne kino pokazujące, jak daleko jesteśmy gotowi się posunąć, żeby czuć się normalnie. Najnowszy film Hikari mógłby być czymś podobnym. Zamiast tego dostajemy film, który z Alp próbuje zrobić niedzielny seans na Polsacie.

fot. „Rodzina do wynajęcia” / Searchlight Pictures
fot. „Rodzina do wynajęcia” / Searchlight Pictures

Film opowiada o Phillipie, amerykańskim aktorze granym przez Brendana Frasera, który tkwi w Tokio od siedmiu lat. Kiedyś był twarzą reklamy pasty do zębów, teraz z braku innych ofert angażuje się w pracę dla agencji rodzin do wynajęcia. Potrafi być zarówno mężem dla lesbijki, która chce zadowolić swoich konserwatywnych rodziców, jak i ojcem dla dziecka próbującego dostać się do prywatnej szkoły. Robi wszystko dla ludzi, którzy nie potrafią funkcjonować bez pozorów normalności. Brzmi dystopicznie? Powinno być. Problem w tym, że film konsekwentnie ucieka od każdego niewygodnego momentu, jakby dotknięcie czegoś naprawdę bolesnego mogło go poparzyć.

Przeczytaj również:  „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” – Dwa wilki [RECENZJA]

Fraser jest tutaj idealnie obsadzony. Ten wielki, niezgrabny Amerykanin zagubiony w Japonii z wrażliwością i łagodnością przyciąga uwagę nawet wtedy, gdy scenariusz zostawia go z niczym. Niestety, Fraser nie dostaje tu zbyt wiele do przepracowania. Jest delikatnym olbrzymem, który ma wzbudzać nasze współczucie i tyle. Jego charyzma i kunszt aktorski, na którym zbudowany był cały Wieloryb, są tu mocno widoczne –  cała dynamika filmu bazuje na tym, jak bardzo lubimy tego aktora. Bez tego jego  postać to wydmuszka. Nie wiemy o Phillipie nic wartościowego poza tym, że jest Brendanem Fraserem. Reszta obsady stara się jak może, ale wszyscy są więźniami wizji, która nie zostawia miejsca na prawdziwe człowieczeństwo. Takehiro Hira jako szef organizacji gra z rezerwą, a Mari Yamamoto grająca aktorkę pracującą w tej samej firmie dostaje kilka mocnych scen, ale jej postać nigdy nie staje się kimś więcej niż szkicem. Nikt tu nie ma przestrzeni, żeby oddychać.

fot. „Rodzina do wynajęcia” / Searchlight Pictures
fot. „Rodzina do wynajęcia” / Searchlight Pictures

Na taką nijakość cierpi cały film, który nie potrafi się zdecydować, czym chce być. Chce poruszać wielkie tematy – samotność, autentyczność, granice między prawdą a performansem – ale robi to wszystko tak delikatnie, tak grzecznie, że nic nie ma szansy wybrzmieć. Bezzębność tematyki jest widoczna również w reżyserii – Tokio tonie w miękkich światłach, a kadry są spokojne i estetycznie kontrolowane. Żadnych neonów, żadnego chaosu. Nie jest to nieprzyjemne do oglądania, ale wydaje się być dość płaskie.

Rodzina do wynajęcia chce być ciepłą opowieścią o dobrych ludziach w trudnych sytuacjach, którzy na koniec wszyscy nauczą się czegoś o sobie. Frank Capra przeniesiony do współczesnego Tokio. I może to by było okej, gdyby temat nie krzyczał o zupełnie inne podejście – o coś ostrzejszego – i takie, które nie bałoby się pokazać absurdu tego wszystkiego. To film, który miał wszystkie składowe, aby być jednym z najlepszych w tym roku. A skończył jako wydmuszka – coś, co wygląda dobrze, potencjalnie powinno się wszystkim podobać, ale pomimo estetyki zostanie zapomniane w jedno popołudnie.

Przeczytaj również:  „Bohaterka” – Gorączka w błękicie, czyli medyczny survival bez katharsis | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025

 

Korekta: Michalina Nowak

+ pozostałe teksty

Wielbiciel trzech wielkich K – Kina, Kawy i Kiczu. Miłośnik produkcji klasy Z i zawodowy konsument muzyki wszelakiej – od transów po jazz. Mieszkaniec jednocześnie Twin Peaks, jak i ulicy Ćwiartki 3/4.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.