„Bohaterka” – Gorączka w błękicie, czyli medyczny survival bez katharsis | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025
Dla tych, którzy z niecierpliwością odliczają dni, aż wyjdzie cały drugi sezon The Pitt, Bohaterka będąca szwajcarsko-niemiecką koprodukcją jawi się jako swoiste aperitivo – dzieło, które próbuje ująć systemową zapaść służby zdrowia w ramy niemal klaustrofobicznego thrillera codzienności. W centrum tego chaosu staje Leonie Benesch, aktorka, która po fenomenalnym Pokoju nauczycielskim (2023) wyrasta na naczelną portrecistkę „etyki powołania” w nowoczesnym kinie europejskim. Tym razem jednak porzuca szkołę na rzecz szpitalnego oddziału chirurgii, zamieniając belferski rygor na walkę w sanitarnych okopach.
Im dłużej myślę o Bohaterce, tym bardziej uważam, że być może jej najsilniejszą stroną jest precyzyjna konstrukcja wizualna, za którą stoi Judith Kaufmann. Zresztą, Leonie Benesch i wymieniona wyżej operatorka niejako kontynuują swoją współpracę, rozpoczętą przy okazji kręcenia wspomnianego już Pokoju nauczycielskiego. Oglądając ich najnowszy projekt nie sposób uciec od wrażenia, że mamy tutaj do czynienia z przedłużeniem wypracowanej kilka lat wcześniej strategii estetycznej – chłodnej, szaroniebieskiej palety, która sterylizuje emocje, nadając całości niemal kliniczny charakter – którą lubię określać strategią niemal inwazyjnej obserwacji. Śledzące każdy krok Florii długie plany sekwencyjne nie są tu jedynie pustym popisem technicznym. Są wizualnym ekwiwalentem determinizmu pracy, w którym współuczestnicząca w somatycznym doświadczeniu wyczerpania kamera staje się cieniem protagonistki.
W przeciwieństwie do klasycznych dramatów medycznych, które stosują elipsy by przejść do „ważnych momentów”, Petra Biondina Volpe zdecydowała się wykorzystać czas jako narzędzie opresji. Stąd wcześniej już przeze mnie wspomniana, nieustannie podążająca za pielęgniarką kamera, która postanawia celebrować procesy medyczne, jak chociażby przygotowanie igieł, w niemal rzeczywistym czasie trwania. Brak cięć montażowych podczas takich sekwencji ma odebrać widzowi luksus oddechu. Zamiast tego, dokładnie jak bohaterka, mamy poczuć się uwięzieni w ciągłości, która staje się klaustrofobiczna. To świetnie zgrywa się z absolutnym deficytem przerw, pauz czy chwil wytchnienia, budując w strukturze filmu niemalże idealną dynamikę osaczenia, gdzie kumulacja mikro-zadań prowadzi do sensorycznego przeładowania.
Dlatego uważam, że Volpe genialnie wpisuje codzienne, niemal fizjologiczne trudy zawodu pielęgniarki w konwencję thrillera. Każdy dźwięk, od ryku zbliżających się ambulansów po diabelsko czerwone alarmy wzywające do sal chorych, buduje napięcie godne rozbrajania ładunku wybuchowego. To właśnie w tych momentach, gdy film skupia się na mikrofizyce władzy i pracy, Bohaterka osiąga swoje apogeum. Podobieństwo do serialu The Pitt jest tu uderzające – oba tytuły łączy owa gorączkowa pulsacja.
Natomiast jeśli chodzi o samą opowieść, to jestem trochę rozdarty. Z jednej strony, w pełni obsadzony oddział chirurgiczny, nad którym pieczę sprawują zaledwie dwie pielęgniarki i jedna stażystka, brzmi jak gotowy scenariusz na świetnie pokazaną katastrofę. Co więcej, Bohaterka funkcjonuje jako polifoniczna mozaika ludzkich dramatów: od pana Nańy, imigranta czekającego na tomografię, po pana Leu, którego jedynym lękiem w obliczu diagnozy jest los jego starego psa. Wszystko to stanowi empatyczną odę do personelu medycznego, podszytą silnym oskarżeniem społecznym. Zresztą zacięcia spod znaku kina zaangażowanego scenariuszowi nie brakuje. W końcu oprócz samego dramatu medycznego, na jeden z pierwszych planów wybija się również polityczny komentarz do zjawiska migracji wewnątrzunijnej, gdzie Floria reprezentuje rzesze niemieckich pielęgniarek, które uciekając przed niskimi płacami w ojczyźnie, szukają azylu w Szwajcarii, by tam zderzyć się z równie bezlitosną machiną systemu. Bowiem mimo pozornego dobrobytu, szpital w Zurychu okazuje się przestrzenią chronicznego braku kadr i systemowego wypalenia, gdzie „lepsze warunki” są jedynie eufemizmem dla wyrafinowanej eksploatacji. Ba, w tym kontekście arcyciekawie wypada tu wątek pana Severina – jedynego pacjenta prywatnego. Do pewnego momentu relacja jego i bohaterki jest świetnie rozpisana jako pole bitwy, na którym ścierają się klasowe roszczenia bogatej elity z wyczerpaniem personelu publicznego. Z równym zainteresowaniem śledzi się coś, co określiłbym portretem postępującej degradacji empatii. Floria, początkowo pełna oddania, pod ciężarem niewykonalnej normy pracy zaczyna stawać się kozłem ofiarnym dla frustracji rodzin pacjentów – Volpe słusznie kieruje obiektyw na zawód pielęgniarki jako pracę sfeminizowaną, a przez to systemowo marginalizowaną. Słowem, Bohaterka jako przedstawiciel kina społecznie zaangażowanego porusza wiele palących kwestii, które wymagają niezwłocznego rozwiązania.
Z drugiej strony jednak, pomimo tego wszystkiego, na poziomie scenariuszowym film Volpe cierpi na pewną anemię dramaturgiczną, która jest bezpośrednio skorelowana z narracyjną powierzchownością, która objawia się w drugiej połowie filmu. Zupełnie tak, jakby reżyserka, najwyraźniej przerażona mrokiem własnej diagnozy, postanowiła serwować nam momenty o zaskakującej naiwności. Scena kołysanki śpiewanej pacjentce z demencją – choć w zamyśle hagiograficzna – wyrywa widza z naturalistycznej tkanki filmu, budząc nieszczęsne skojarzenia z sekwencją „Wise Up” z Magnolii, tyle że bez jej wizjonerskiego rozmachu. Ten niezrozumiały skręt w stronę sentymentalizmu całkowicie kłóci się z dotychczasową surowością filmu. Emblematycznym przykładem, wizualizacją wszystkich tych problemów jest scena finałowa. Po dziewięćdziesięciu minutach oglądania strukturalnej niewydolności systemu, Volpe serwuje nam rozwiązanie tak rażąco naiwne, że unieważnia ono polityczny pazur całości.
Ten aspekt naprowadza nas na jeszcze jeden zarzut, który zwłaszcza w kontekście kina zaangażowanego nie może zostać przemilczany. Bohaterka, pomimo zgrabnego zarysowania wielu kwestii polityczno-społecznych, ostatecznie, co wiąże się ze wspomnianą naiwnością, wielokrotnie grzęźnie w powierzchowności. Dla widza z krajów, gdzie tak jak u nas, kryzys ochrony zdrowia jest tematem codziennych debat, tezy Bohaterki brzmią trochę tak, jakby powiedzieć, że woda jest mokra, a jak dotkniesz gorącego, to się poparzysz. To błąd tym większy, że Benesch oferuje tu popis aktorstwa najwyższej próby – jej Floria to portret nieugiętej represji, gdzie stres niemal paraliżuje mięśnie twarzy, nadając jej maskę beznamiętnej pustki. Chwalony przeze mnie wątek z jedynym prywatnym pacjentem, o ile niezwykle ciekawy na początku, o tyle nawet i on skręca w stronę niemal magicznego odkupienia, wprowadzając do filmu tonację miękką, naiwną i drażniąco uproszczoną. Volpe, choć sprawnie operuje narzędziami social drama, zbyt często wpada w koleiny oczywistości. Portret dwupoziomowej służby zdrowia czy ostatecznie tak typowa relacja z aroganckim bankierem to figury wycięte z festiwalowego szablonu, które nie oferują nowej, pogłębionej perspektywy. Czuję tu zmęczenie materiałem – widzieliśmy już te „wycinki z życia”, które aspirują do bycia manifestem, a kończą jako poprawne gatunkowo rzemiosło.
Bohaterka to dzieło pęknięte. Jasne, jest to sprawnie zrealizowany, trzymający za gardło thriller medyczny, który wygrywa aktorsko i wizualnie, ale przegrywa w sferze semantycznej. Petra Biondina Volpe stworzyła dzieło ważne politycznie, ale zbyt lękliwe, by do końca pozostać wiernym swojemu surowemu, niemal klinicznemu założeniu. Generalnie mam wrażenie, że współczesne kino festiwalowe, to uwięzione w paradygmacie kina zaangażowanego, rzadko kiedy potrafi wyjść poza czystą ilustrację postulatów społecznych. Nie inaczej jest z filmem Volpe, które w swej pierwszej połowie obiecuje brawurową dekonstrukcję instytucjonalnego mroku, by w finale niefortunnie osunąć się w objęcia sentymentalnego eskapizmu. Dlatego właśnie Bohaterka pozostaje filmem „w porządku”, ale niczym więcej.
Korekta: Michalina Nowak
Tekst powstał we współpracy z Tygodniem Filmu Niemieckiego.
Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Krytyka i analiza filmowa to jego konik i największa pasja. Fan kina autorskiego i artystycznego, jednak jego największą miłością są śmieciowe filmy klasy B i niżej, ponieważ to właśnie one stanowią sens kina i nie sposób ich nie kochać.
