„By Design” – Nie siadło | Recenzja | TAURON American Film Festival 2025
Abstrakcja w kinie to broń obosieczna. W rękach mistrza potrafi rozerwać widza od środka, zostawić go z mózgiem na ścianie i sercem w gardle. W rękach reżysera, który nie do końca wie co robi, staje się pretensjonalną wydmuszką. Amanda Kramer w By Design chwyta się tematu z przekonaniem i z nadzieją, że oto zaraz zada cios w samo serce współczesnej kultury. Niestety, po pierwszej scenie nadzieja pęka, a film prezentuje swoje smutne, rozczarowujące oblicze.
Wyobraźmy sobie, że ktoś obejrzał Głowę do wycierania i katalog Ikei, a potem postanowił zmontować z tego manifest o kobiecej tożsamości. Camille (Juliette Lewis) to kobieta, która żyje w świecie sterylnym i nudnym. Jej przyjaciółki wyglądają jak klony z ekskluzywnego showroomu, rozmowy brzmią jak nagrania z promocji detergentów, a emocje mają w sobie mniej życia niż instrukcja składania stołu. Camille patrzy na krzesło (tak, krzesło) i czuje „coś”. Pożądanie. Fascynację. W końcu zamienia się z nim miejscami. Tak, zamienia się w krzesło.
To brzmi jak film, który mógłby być genialny – przewrotny i kampowy w swojej koncepcji. Niestety, By Design jest jak ten znajomy z liceum, który mówił, że „nie ogląda Marvela, bo to kino dla mas”. Dużo gada o głębi, ale jak przychodzi co do czego, to nie potrafi ustać w miejscu dłużej niż pięć minut. Film chce być manifestem o obiektyfikacji, ale kończy jako reklama designerskich lamp. Największy problem tego filmu to mylenie artystycznego gestu z gestykulacją. Kamera sunie po perfekcyjnych wnętrzach, światło odbija się od metalowych powierzchni, a postacie stoją. Materiał filmowy wygląda, jakby chciał stanowić komentarz społeczny, ale przypomina raczej wideoklip z galerii sztuki – przypadkiem rozciągnięty do dziewięćdziesięciu minut. Dramaturgia i narracja? Nieobecna. W miejsce emocji dostajemy przerysowane ruchy i długie ujęcia, tworzące wizję emocji, zamiast zaprezentowania nam faktycznych uczuć bohaterów.
Juliette Lewis robi, co może, ale trudno grać rolę krzesła z przekonaniem. Właściwie podziwiam ją za odwagę – mało kto potrafi zagrać obiekt użytkowy z takim zaangażowaniem. Jest w tym coś desperacko uroczego, jakby naprawdę wierzyła, że By Design będzie czymś więcej niż estetycznym wygłupem. Mamoudou Athie, jako mężczyzna zauroczony krzesłem, próbuje wnieść trochę ciepła do tego chłodnego jak blat marmuru świata, ale jego rola kończy się tam, gdzie zaczyna: w momencie, gdy cała absurdalność sytuacji przestaje bawić. Oboje stają się ofiarami filmu, który nie daje im grać, tylko ustawia ich jak rekwizyty. Reżyserka zdaje się wierzyć, że wystarczy rzucić kilka symboli – ciało, przedmiot, pożądanie – i widz sam poskłada z tego metafizyczną układankę. Problem w tym, że układanka jest dość łatwa do ułożenia, bo składa się tylko z trzech elementów. To nie jest seans, który zadaje pytania. To film, który mruga okiem, jakby chciał powiedzieć: „Mądry widzu, wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?”. A jako widz rozumiem, ale trochę nie – bo cała wizja obrazu jest rozmyta w jego nijakości i pretensjonalności. To film, który przez dziewięćdziesiąt minut próbuje przekonać mnie, że jest mądrzejszy ode mnie.

Oglądanie By Design to doświadczenie przypominające rozmowę z kimś, kto właśnie przeczytał pierwszą książkę o psychoanalizie i postanowił tłumaczyć każdą ludzką emocję przez pryzmat Freuda. Wszystko tu jest „symbolem”, „projekcją”, „transgresją”, a jak zapytasz, o co konkretnie chodzi, słyszysz: „To nie o to chodzi, żeby zrozumieć, tylko żeby poczuć”. Otóż nie. Żeby coś poczuć, trzeba mieć z czym rezonować, a tu rezonuje tylko echo własnego konceptu. Film obraca się wokół siebie jak pies goniący własny ogon, aż w końcu pada z wyczerpania. Tempo? Koszmarne. Sceny dłużą się niesamowcie. Jednocześnie są zbyt krótkie, przerywane niekończącą się narracją bohaterki. Irytujące jest też to, że By Design tak bardzo boi się ciszy. Gdyby Kramer pozwoliła filmowi oddychać, może byłoby w nim coś prawdziwego. Zamiast tego dostajemy głos narratorki, która tłumaczy to, co i tak widać na ekranie. W kinie, które chce być tajemnicze, jest to grzech śmiertelny.
A jednak, mimo całego mojego jadu, jest w tym obrazie coś fascynującego – może właśnie jego niezdarność. To dzieło, które chce mówić o obiektyfikacji, a samo staje się ofiarą tego procesu. Można by powiedzieć, że jest autoironiczne, ale nie mam wrażenia, żeby Kramer miała aż tyle samoświadomości. To raczej przypadkowa metafora własnego niepowodzenia. By Design jest jak mebel zbyt designerski, by ktoś chciał na nim usiąść. Można go podziwiać z daleka, ale lepiej nie próbować korzystać.
Po seansie zostało mi poczucie, że obejrzałem film, który bardzo stara się być czymś niezwykłym, a ostatecznie jest tylko ładnym nieporozumieniem. Gdyby Amanda Kramer miała więcej odwagi, żeby zrezygnować z konceptu i zaufać emocjom, może wyszłoby z tego coś ciekawego. Ale tu nie ma emocji, jest tylko dekoracja. By Design to kino, które wygląda jak dzieło sztuki, dopóki nie spróbujesz się nim przejąć. I wtedy nagle orientujesz się, że patrzysz na puste krzesło.
Korekta: Anna Czerwińska
Wielbiciel trzech wielkich K – Kina, Kawy i Kiczu. Miłośnik produkcji klasy Z i zawodowy konsument muzyki wszelakiej – od transów po jazz. Mieszkaniec jednocześnie Twin Peaks, jak i ulicy Ćwiartki 3/4.
