Klasyka z Filmawką: Wideodrom (1983)
Niewielu jest filmowców, którzy przejawiają choć zbliżenie obsesyjną fascynację ludzką fizycznością, tak jak David Cronenberg. Ciało intryguje go swoją tajemnicą, plastycznością, a zarazem kruchością; często staje się dla niego polem eksperymentu, realizowanego w ramach ekranowej grozy. Jako jeden z ojców body horroru, reżyser wygrzebuje z człowieka nie tylko to, co materialne, lecz także pulsujące podskórnie lęki, atawizmy czy perwersyjne pożądania. Choć fascynuje go zewnętrzność, z równą uwagą bada ukryty pod nią mrok. W Wideodromie centralnym królikiem doświadczalnym staje się ciało aktora Jamesa Woodsa. Biologia jego bohatera poddana zostaje wręcz abstrakcyjnym transformacjom – a wszystko to pod wpływem destabilizującej rzeczywistość technologii.
Zanim jednak Cronenberg skręci w stronę trzewiowego spektaklu, szkicuje codzienność osobliwego protagonisty funkcjonującego w jakże osobliwej rzeczywistości. Max Renn to cyniczny prezes kontrowersyjnego kanału telewizyjnego, emitującego treści pornograficzne. W swojej działalności kieruje się wyłącznie zyskiem. Ilekroć mówi o rzekomo pozytywnym wpływie stacji – mającej zapewniać widzom wewnętrzne katharsis, zapobiegające tłumieniu instynktów czy ich eskalacji w postaci aktów przemocy – nie ma w nim cienia autentycznej troski społecznej. Znużony wszelkim softcore’em, Max poszukuje bodźca bardziej intensywnego, czy jak sam to określa – „bardziej współczesnego”.
Pewnego dnia jego pracownik natrafia na tytułową piracką stację telewizyjną, transmitującą sadomasochistyczne zapisy tortur. Zafascynowany bezprecedensową brutalnością Wideodromu, Max postanawia wytropić źródło sygnału, by ubić intratny interes i włączyć te materiały do ramówki swojego kanału. Szybko jednak przekonuje się, że za nielegalnymi nagraniami stoi mroczna, skrajnie niebezpieczna intryga, której konsekwencje odczuje na własnej skórze. Wkrótce jego umysł zaczynają trawić halucynacje, a granica między rzeczywistością a ułudą coraz bardziej niknie, prowadząc go ku doświadczeniu, w którym medium dosłownie stapia się z ciałem.

Można by pomyśleć, że Max – pragnąc pozyskać nagrania Wideodromu do emisji we własnej telewizji kablowej – wykazuje się zwodniczo pewnym merkantylnym instynktem. Bo przecież ile osób byłoby gotowych oglądać takie perwersyjne barbarzyństwo? Sama kontrowersja nie gwarantuje jeszcze zysków wartych zachodu. A jednak, protagonista doskonale wie, co robi. Funkcjonuje bowiem w rzeczywistości, gdzie przepustowość kanałowa odbiorców wydaje się niemal nieograniczona. Technologia nieustannie intensyfikuje bodźce, którymi karmi społeczne potrzeby, a apetyt na coraz mocniejszy, bardziej bezpośredni przekaz rośnie w zastraszającym tempie. Ulice zieją bezdusznością, a życie stopniowo drenuje wszechobecna, technologicznie zapośredniczona konsumpcja.
Na pewnym etapie filmu Max trafia do quasi-religijnej instytucji o podniosłej nazwie – Misja Promieni Katodowych. Zgromadzeni zajmują tam wyznaczone stanowiska, niemo wpatrując się w ekrany telewizorów, jakby byli uczestnikami swego rodzaju nabożeństwa. Obraz pełni dla nich funkcję farmakologiczną – działa niczym środek stabilizujący układ nerwowy, lekarstwo na brak medialnego bodźca, którego niedobór prowadzi do poczucia odcięcia od rzeczywistości.
W Wideodromie świat wirtualny nie jest już dodatkiem do realności – stał się jej fundamentem, zapuszczając korzenie w społecznej psychice. Misja Promieni Katodowych zdaje się więc stanowić antytezę prawdziwej terapii, skoro zamiast niwelować uzależnienie, jedynie je pogłębia. Twórcy natchnęli jednak prezentowaną opowieść etyczną ambiwalencją, stawiając widzowi zasadnicze pytanie: czy w takich okolicznościach jedyną realnie skuteczną formą pomocy nie okazuje się przypadkiem intensywniejsze zderzenie „pacjenta” z medialnym strumieniem? W tym świecie rzeczywistość nie oferuje namacalnej alternatywy – brak tu wyraźnie zarysowanych, certyfikowanych instytucji psychiatrycznych. Pozostaje więc ziarno wątpliwości: czy rzeczywiście odeszły do annałów historii, a może nikt nie próbuje już szukać pomocy poza blaskiem ekranu.

Na polu refleksji nad kondycją człowieka w erze wysysającego duszę, konsumpcyjnego kapitalizmu, Wideodrom rezonuje chociażby z Podziemnym kręgiem. Porażający antytranshumanizm filmu Cronenberga można by sprowadzić do słów granej przez Brada Pitta postaci: „To, co posiadasz, ostatecznie posiada ciebie”. W Wideodromie ucieleśnieniem tej maksymy jest sam Max Renn. Metafora staje się całkowicie namacalna, gdy jego ciało zostaje przeobrażone w żywy magnetowid, do którego można wpychać kasety, a bohater wykonuje zawarte na taśmach polecenia. Cronenberg umieszcza go – a wraz z nim widza – w samym centrum technokratycznego, neoliberalnego koszmaru, gdzie jednostka pada ofiarą drapieżników świata technologii, upojonych wizją wolnorynkowej eksploatacji, pozbawionej praktycznie jakichkolwiek reguł. Swoimi działaniami są w stanie nawet przekonać, że masowa konsumpcja ich produktu ostatecznie prowadzi do kolejnego etapu ewolucji.
Nie należy jednak skrajnie wiktymizować Maxa. Sam David Cronenberg podkreśla, że film wpisuje się w jego artystyczny kanon poprzez motyw próby radykalnej zmiany świata, który w odwecie zaczyna zmieniać biologiczną naturę człowieka. Bohater Wideodromu nie jest naiwną ofiarą systemu, lecz bezwzględnie nastawionym na zysk wyjadaczem rynku medialnego. To ktoś, kto z obsceniczną determinacją chce przekraczać kolejne granice, świadomie pragnąc wpuścić do masowej publiczności zatrważający, ekstremalny przekaz – przekonany, że uda mu się nim sterować i na nim skorzystać.
Całym konceptem Wideodromu Cronenberg wprowadza autorefleksyjny meta-komentarz. Swoim autorskim pazurem reżyser bada granice sztuki i filmowej transgresji – zastanawia się, jak daleko można się posunąć. Czy jego kino jest dla X muzy tym, czym Wideodrom dla telewizji? Teza twierdząca byłaby niepokojąca i zuchwała zarazem, wszak piracka stacja w filmie wywołuje guza mózgu, generującego halucynacje. Co prawda żaden seans Wideodromu nie przyniósł mi omamów, chociaż trzeba przyznać, że spośród wszystkich obrazów reżysera ten oddziałuje na mnie najmocniej. Mroczny oniryzm i bezduszna pustka, w które wepchnięty jest tutaj widz, wywołują stan bliski transowi. Wideodrom to wielowymiarowo wysmakowana, hipnotyczna uczta. Reżyser z niezwykłą zręcznością oraz konsekwencją wciąga widza w swój oryginalnie przerażający świat.

Ponadczasowość wczesnego arcydzieła Cronenberga najpełniej ujawnia się jednak w jego wymiarze traktatu o seksualności. Obecnie, kiedy seksualne tabu stopniowo zanikają, a otwartość obyczajowa zdaje się nie znać granic, można by przypuścić, że niewiele zdoła nas jeszcze zaskoczyć. Tymczasem film sprzed ponad czterech dekad dowodzi, jak złudne jest to przekonanie. Ukazuje seksualność – zwłaszcza poprzez postać Nicki Brand – jako żywioł nieuchwytny i niezrównoważony, nieustannie flirtujący z przemocą. To właśnie ta niepokojąca ambiwalencja sprawia, że obraz wciąż silnie rezonuje ze współczesnością.
Przekaz wzmacnia wszechobecna, seksualna symbolika body horroru: od pulsujących telewizorów i kaset magnetowidowych, emanujących zmysłową rozkoszą, po sromowy otwór w brzuchu Maxa. Z kolei tytułowy Wideodrom znajduje dziś swoje odbicie w nielegalnych przestrzeniach dark webu – wszak to Internet przyjął rolę nowej telewizji, kryjąc jeszcze mroczniejsze zakamarki. Film ocieka brudem i perwersją, momentami skręcając w rejony ostentacyjnej kuriozalności, co doskonale współgra z absurdalnym, cielesnym imaginarium kina Cronenberga.
Warto zwrócić uwagę, że futurystyczny wymiar filmu bardzo nikle znajduje odzwierciedlenie w jego estetyce. Opowieść rozrysowana jest na tle Toronto wczesnych lat 80. – architektura, środki transportu, studia telewizyjne i wnętrza mieszkań pozostają całkowicie zakorzenione w realiach epoki. Zamiast sterylnych, zmodernizowanych ulic czy mnogich, ultranowoczesnych urządzeń, Cronenberg koncentruje się na uchwyceniu zeitgeistu własnej wizji przyszłości – przyszłości, która nie nadchodzi poprzez zmianę dekoracji, lecz mutację świadomości. Z perspektywy czasu decyzja ta okazuje się wyjątkowo trafna: estetyka filmu nie trąci myszką, a jego przesłanie rezonuje dziś może nawet silniej niż w momencie premiery. To nie scenografia miała być tu futurystyczna, lecz człowiek i jego relacja z technologią.

Wszystkie te elementy składają się na znakomitą, gatunkowo bezkompromisową układankę, której brawurowa unikatowość wciąż budzi zachwyt. Poza imponującą powłoką formalno-filozoficzną Wideodrom narracyjnie igra z widzem, wrzucając go w gęsty, dezorientujący labirynt znaczeń, gdzie granice między rzeczywistością a paranoją nieustannie się przesuwają. Rozplątywanie tego kłębowiska stanowi jednak nie tyle frustrację, co intelektualną przyjemność – film prowokuje do interpretacji, wymusza aktywne uczestnictwo.
Wideodrom to trzewiowe, ekspresjonistyczne arcydzieło, wywołujące nostalgię za pełnokrwistym, namacalnym body horrorem, mającym ciężar niemal materialny. Fuzja fantazji, efektów praktycznych i fetyszyzacji obskurnego brudu buduje doświadczenie intensywne, organiczne, pulsujące. Sporą część kina Cronenberga nie tyle się ogląda, co odczuwa podskórnie – jak impuls elektryczny przeszywający ciało. I właśnie dlatego Wideodrom pozostaje dziełem tak niepokojąco żywym.
korekta: Monika Konkol
Student dziennikarstwa i nowych mediów. Dyskusje ze sceptykami Terrence'a Malicka traktuje jak bitwy o śmierć i życie. Jeśli zhejtujesz przy nim „Rycerza Pucharów”, przygotuj się na egzystencjalną tyradę (z niespodziewaną ironią).