„Projekt Hail Mary” – Było sobie życie [RECENZJA]
Ciężko byłoby stworzyć bardziej kompatybilną z moimi popularnonaukowymi fascynacjami zapowiedź premiery kinowej niż adaptacja prozy Andy’ego Weira w wykonaniu duetu Phil Lord/Christopher Miller. Po ukochanym przeze mnie książkowym Marsjaninie i jego naprawdę przyzwoitej adaptacji, kolejna eksploracja pełnego nauk ścisłych kosmosu była perspektywą, której nie powinienem odwlekać ani przez moment. Tym bardziej, że poprzedni projekt reżyserowany przez twórców mojej ukochanej LEGO: Przygody trafił na ekrany kin ponad 12 lat temu. A kiedy internet zaczęły zalewać entuzjastyczne recenzje Projektu Hail Mary i relacje z pokazów przedpremierowych, łamiąc prawa fizyki niczym główny bohater filmu, zacząłem czekać jeszcze szybciej. I czekać było warto.
Ziemia jest zagrożona katastrofą klimatyczną. Przechodząc jednak do filmu fantastycznonaukowego: Ziemia jest zagrożona katastrofą klimatyczną. Wszystko przez tajemnicze mikroorganizmy, które wysysają energię ze Słońca redukując temperaturę na naszym globie. Z poziomu gruntu, a później i tytułowej stacji kosmicznej sytuację musi zbadać dr Ryland Grace (Ryan Gosling), będący na co dzień nauczycielem w niewielkiej podstawówce. Wraz z cierpiącym na zanik pamięci belfrem będziemy próbowali uratować świat i odkryć tajemnice wszechświata, który jest tyle zachwycający co przerażający. Czy będzie to historia przewrotna i rewolucyjna? Bynajmniej. Czy zapewni nam poczucie triumfu umysłu nad materią oraz napełni serca radością z kosmicznej przygody? Jak najbardziej. Książki Weira oraz ich adaptacje mają stanowić lekkostrawną i angażującą wyprawę przez kosmos, w czasie których zrozumiemy kilka prawideł nim rządzących. Tak było na Marsie, tak jest teraz w okolicy Tau Ceti. Drew Goddard idealnie oddał charakter oryginalnej prozy, dzięki czemu adaptacja nie ustępuje jej kroku ani na moment. Literatura oraz filmy science fiction (w mojej kontrowersyjnej opinii) powinny pełnić równie istotne funkcje rozrywkowe, jak i zasiać w odbiorcy ziarno ciekawości wobec prezentowanych w nich konceptów. Pod tym względem Projekt Hail Mary jest dziełem wręcz wzorcowym.

W podróż zabiera nas personifikacja dosłownie nas wszystkich, przez co ciężko nie czerpać z niej jeszcze więcej radości. Gosling to mimo niekwestionowanej ekranowej charyzmy sprawdzony everyman, któremu nie obce są lęki, niechęć i strach, ale jednocześnie poczucie misji, ciekawość i chęć pomocy innym. Jest skrojonym na miarę bohaterem kosmicznej przygody, który będzie naszym naukowym przewodnikiem przez gwiezdny bezkres, ale kolejne przeszkody pokonamy jak równy z równym, bo też nie wiemy jeszcze o co chodzi. W natłoku komedii i filmów akcji łatwo jest zapomnieć, że Gosling to też uzdolniony aktor dramatyczny, co prezentuje również w Hail Mary. Widmo nadchodzącej zagłady ludzkości to duże obciążenie psychiczne, zwłaszcza gdy jej powstrzymanie spoczywa w rękach jednego człowieka. Chwile słabości doktora Grace to chwytające za serce momenty, widząc jak malutki człowiek mierzy się z nieskończonością. Razem z nim wpatrujemy się w przepiękne układy planetarne kwestionując swoja rolę w tym wszystkim. Na szczęście nie będziemy tkwić tutaj sami (i nie chodzi o pełną widzów salę IMAX, która jest preferowaną formą oglądania filmu).
Ciężar emocjonalny filmu spoczywa również na skalnych ramionach kosmicznego przyjaciela Rylanda, czyli pochodzącego z innej planety Rocky’ego. Współpraca dwóch innych gatunków, uczących się o swoich światach i biologii, to wspaniały buddy movie gdzie wybrzmiewa podstawa ludzkiego przetrwania. Dwóch kolesi na końcu świata mających do dyspozycji tylko siebie nawzajem i swoje mózgownice. To, plus dwie stacje kosmiczne z poręczną drukarką 3D. Obaj się mylą, zwracają uwagę na absurd postępowania innego kosmity, ale przede wszystkim, pomagają sobie nawzajem i ledwie potrafią usiedzieć na miejscu na myśl o to, czego może dokonać ten drugi. Nie dziwota, że współpracujący ze sobą od wielu lat duet Lord/Miller tak sprawnie prezentuje kolejne pary bohaterów, uzupełniających się wzajemnie. Przez chwilę zacząłem wierzyć, że ludzkość potrafi nie tylko współpracować ze sobą, ale też z innymi gatunkami. Ale od tego w końcu jest fantastyka.
A ta ma też za zadanie onieśmielić nas swoim ogromem realizacyjnym. I choć daleki jestem od narzucania komukolwiek warunków odbiorczych, nalegam na zobaczenie tego filmu na największym kinowym ekranie jakie oferuje wasze lokalne kino. Zrealizowany bez użycia ani jednego green screena, za pomocą wielkich ekranów LED, fizycznej scenografii i odpowiedniego oświetlenia film, to niezaprzeczalna wizualna uczta. Choć nie dane mi było jeszcze wynieść się ponad stratosferę, zakładam że seans Projekt Hail Mary jest doświadczeniem bardzo zbliżonym do realnego lotu w kosmos. Wszystko dzięki czujnemu oku Greiga Frasera, który zdążył mi już pokazać plenery odległych Arrakis czy Scarif, oraz posępne uliczki Gotham. Nie dziwi zatem, że ponownie ukazuje mi to, co najbardziej hipnotyzujące w całym wszechświecie. Wirowanie stacji, pierwszy rzut oka na obcą planetę, pobieranie próbek czy nawet nieporadny spacer kosmiczny to obrazy, które zapiszą się w historii gatunku i kina ogółem na długie lata. Wspaniale jest wiedzieć, że wysokobudżetowy blockbuster wciąż potrafi wzbudzić we mnie dziecięcą radość i dojrzały zachwyt jednocześnie. A gdy to wszystko okrasi jeszcze przepiękna jak zawsze muzyka Daniela Pembertona, zostaje tylko uronić łezkę nad pięknem kina i kosmosu.

Jednak nawet gdy zejdziemy na ziemię, Projekt Hail Mary wciąż potrafi zachwycać. Gdy w ogromnym stresie ludzkość próbuje zmienić wątłą iskierkę nadziei w nieduży płomień, poczucie wspólnoty wybrzmiewa najsilniej. Nie znajdziemy go na konferencjach prasowych ani posiedzeniach ważnych polityków, a w lokalnym barze karaoke. Gdy start misji jest już nieunikniony a kontrowersyjny eksperyment okazuje się ostatnią szansą, zostaje nam tylko wziąć się za rączki, wypić kolejną butelkę i zaśpiewać przebój Harry’ego Stylesa. W smutnej lirycznie i aranżacyjnie piosence (wykonanej wzorowo przez wspaniałą jak zawsze Sandrę Hüller) tkwi istota ludzkiego optymizmu. Aż chce się wierzyć, że będzie dobrze. I skoro nadal powstają tak wspaniałe filmy, może faktycznie będzie?
Kocham Projekt Hail Mary całym sercem. Jako eskapistyczną frajdę, która jak kosmiczna kolejka górska oferuje niezwykłą przejażdżkę. Jako traktat o sile i prostocie człowieczeństwa, które przemierzy lata świetlne w imię drugiej osoby. Jako wizualne arcydzieło, prezentujące ogrom talentu zaangażowanych w ich powstanie twórców. Jako czułe zapewnienie mnie o tym, jak mały jestem w skali Wszechświata, ale jak istotny mogę być dla kogoś po drugiej stronie ksenonitowej bariery. Amaze, amaze, amaze!
korekta: Daniel Łojko
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
