Poza korpoświatem – „Pomocy” [RECENZJA]
Sam Raimi, czyli maestro groteskowego spektaklu, powraca na ekrany kin. Znany ze swatania grozy, humoru i komiksowego zacięcia reżyser od lat fascynuje kolejne pokolenia kinomanów. Choć mainstream stępił pazur jego stylu, nie zdołał całkowicie anihilować tego autorskiego sznytu. W swoim najnowszym filmie Pomocy reżyser adaptuje oryginalny scenariusz i wraca do korzeni: absurd goni absurd, przewrotna ironia czai się w każdym zakamarku, a żonglerka gatunkowa przywołuje motywy znane fanom serii Martwego zła. Czy te komponenty jednak ze sobą współgrają, a może ten formalny baniak pęka w szwach?
Sercem opowieści jest egzaltowana pracownica korporacji, której ciężkiej pracy towarzyszą afirmacyjne kartki zdobiące biurko. Linda Liddle to rozczochrana, niezręczna, lecz pełna optymizmu outsiderka o szczerym sercu, która wolne chwile spędza, oglądając rozrywkowy program Survival ze swoją papugą. Otaczający świat nie podziela jednak jej sympatii: współpracownicy odnoszą się do Lindy z odrazą, zgryźliwą ironią, ignorują ją lub wręcz obscenicznie wykorzystują. Dzień po dniu pada ofiarą cynizmu i nepotyzmu. Kiedy syn dyrektora, Bradley, przejmuje firmę po ojcu, nie tylko przyznaje stanowisko wiceprezesa komuś innemu, ale też publicznie upokarza Lindę. Ten koszmar musi się jednak zakończyć – i jak na ironię, podczas podróży służbowej bohaterowie stają się uczestnikami katastrofy lotniczej, z której cało uchodzą jedynie Linda i jej przełożony. Trafiają na pewną wyspę, gdzie korporacyjna dżungla ustępuje miejsca dziczy świata naturalnego, rządzącej nowymi zasadami, znacznie bardziej sprzyjającymi Lindzie.

Czyż nie jest to istny raj dla głównej bohaterki – zapalonej survivalistki, dotąd upokarzanej przez własnego szefa? Dochodzi do zamiany ról – struktura hierarchiczna ulega erozji, co uruchamia narastające napięcia w relacji tej dwójki bohaterów. Intensywność ich dynamiki stopniowo gęstnieje, a wyborne kreacje pierwszoplanowe sprawiają, że widz przesiąka nią bez reszty. Twórcy prowadzą bohaterów krętą, bezlitosną ścieżką ku przetrwaniu, poddając ich surowemu testowi fizycznej i psychicznej wytrzymałości oraz wydobywając coraz głębiej zakorzenione atawizmy. Czy postawieni przed nowymi okolicznościami zdecydują się na współpracę, a może bezwzględna rywalizacja kapitalistyczna znajdzie swoje odzwierciedlenie na łonie natury?
W obrębie tego dość sztampowego konceptu twórcy Pomocy potrafią jednak elektryzująco zaskakiwać widza. Psychologiczna gra pomiędzy bohaterami szybko rozszerza się na relację Raimiego z publicznością, którą reżyser w pełni intencjonalnie zwodzi niemal na każdym kroku, zmieniając konwencje gatunkowe, jak rękawiczki – dramat przeplata screwball comedy, by nagle ustąpić miejsca tonacji rasowego slashera i horroru paranormalnego. Całości towarzyszy wszechogarniający absurd, noszący znamiona barokowego szoku. Logiki jest tu jak na lekarstwo, jednak pasja i twórcza werwa momentami wręcz wylewają się z ekranu.

I właśnie owo „momentami” okazuje się frazą kluczową. Pomimo srogiej dawki napięcia obecnej w niektórych sekwencjach, miejscami wyraźnie ono siada, sprawiając, że film zahacza o mieliznę i pozostawia widza z lekkim poczuciem niedosytu. Całości przydałaby się finezyjna kondensacja, która zaowocowałaby jeszcze gęstszym klimatem. Widać, że Raimi bywa nieco zagubiony w pokręconych meandrach scenariusza i ostatecznie sam nie do końca wie, jaką historię chce opowiedzieć. Brakuje tu tej narracyjnej pewności, tak charakterystycznej dla jego filmów z lat 80. czy 90. Autorski pazur również wydaje się niedostatecznie naostrzony. Nie tylko drapie zbyt krótko, ale i sprawia wrażenie lekko podrasowanego pod komercję – artystyczno-gatunkowy zapał ma tu więc swoje ograniczenia.
Trudno jednak przesadnie boczyć się na Raimiego – w końcu już od dawna żaden film nie nosił tak klarownej sygnatury jego reżyserskiej osobowości. Czuć, że podczas realizacji Pomocy towarzyszyła mu czysta frajda, co przełożyło się na porcję elektryzujących, kinowych węglowodanów. Niemniej film pozostaje w dość bezpiecznych ryzach ani trochę nie dorównując brawurą czy głębią Człowiekowi ciemności – wybitnie wielowymiarowemu obrazowi, gdzie Raimiemu naprawdę puszczają hamulce. Ostatecznie Pomocy okazuje się tylko i aż świetną filmową zgrywą na piątkowy wieczór, przeznaczoną raczej do jednorazowej konsumpcji. Domknięcie opowiadanej historii puszczeniem oka jest znamienne – przypomina, że dla Raimiego kino pozostaje wysokokalorycznym spektaklem ironicznego kiczu i właśnie w tych kategoriach najlepiej odczytywać ten artystyczny dorobek.
korekta: Daniel Łojko
Student dziennikarstwa i nowych mediów. Dyskusje ze sceptykami Terrence'a Malicka traktuje jak bitwy o śmierć i życie. Jeśli zhejtujesz przy nim „Rycerza Pucharów”, przygotuj się na egzystencjalną tyradę (z niespodziewaną ironią).
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
oryginalną trylogię Martwego zła