Advertisement
AktualnościFelietonyPublicystyka

Kristoffer Borgli. Ciemne strony sławy

Janek Brzozowski
Kristoffer Borgli
fot. Kristoffer Borgli / materiały prasowe Aurora Films

Urodził się na przedmieściach Oslo, ale mieszka w Los Angeles. W młodości pracował w wypożyczalni wideo, ale porównań z Quentinem Tarantino unika jak ognia. Zaczynał od teledysków i reklam, dziś jest jednym z najlepiej zapowiadających się filmowców w USA. Kristoffer Borgli ma 40 lat i 4 pełne metraże na koncie, w tym 2 wyprodukowane przez renomowane studio A24. Jego najnowszy projekt filmowy, Drama, wchodzi do polskich kin już 10 kwietnia. Wiodącym tematem w dotychczasowej twórczości reżysera wydaje się być sława. Norweg regularnie stawia pytania o to, ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić oraz analizuje konsekwencje, jakimi może nas ona zaskoczyć.

Cena sławy

Gdy gospodyni programu telewizyjnego pyta Amira, jak bardzo bolały ciosy, które otrzymał podczas nagrywania ulicznego pranka, mężczyzna odpowiada: „Mniej niż brak sławy”. W 2014 roku Borgli i jego przyjaciel, Amir Asgharnejad, postanowili przeprowadzić eksperyment społeczny. Spreparowali viralowe nagranie – zaaranżowali serię bójek ulicznych z podstawionymi aktorami, stylizując całość na internetowy prank, który wymknął się spod kontroli. Powiedzieć, że im się powiodło, to jak nic nie powiedzieć. Filmiki, na których Amir prowokuje „przypadkowych przechodniów”, a następnie jest przez nich bezlitośnie sprowadzany do parteru osiągnęły w mediach społecznościowych miliony wyświetleń. Asgharnejad z dnia na dzień zyskał status celebryty, zaczął pojawiać się w telewizji, goszcząc w norweskich talk showach. Błędne koło napędzało się samoistnie – popularnością mężczyzny zainteresowała się w końcu znana marka napojów energetycznych. Amir otrzymał zaproszenie do Los Angeles, aby wziąć udział w tajnej kampanii promocyjnej, zakładającej wszczynanie bójek na ulicach amerykańskich miast.

Drib
fot. „Drib” / materiały prasowe Trust Nordisk

O samym eksperymencie i jego medialnych skutkach Borgli opowiada w krótkometrażowym Internet Famous. O tym, co stało się z Amirem w Los Angeles – w swoim pełnometrażowym debiucie, czyli Drib. Norweskiego reżysera nie interesuje jednak sama idea sławy, ale raczej mechanizmy społeczne związane z jej funkcjonowaniem. W Drib, będącym w dużej mierze fabularną rekonstrukcją fragmentu życia Amira, obserwujemy, jak bohater zostaje uprzedmiotowiony przez wielką korporację. Proces ten widać najdobitniej w wyjątkowo niekomfortowej scenie sesji fotograficznej, podczas której mężczyzna jest wielokrotnie policzkowany przez innych modeli – wszystko na potrzeby „zdjęcia idealnego”. Sam trzon kampanii nie opiera się zresztą na osobowości czy cechach charakterystycznych Amira, ale na cynicznym wykorzystaniu jego chwilowej popularności. W wywiadzie dla magazynu „Vulture” Borgli dotyka sedna problemu: „Za mojego życia sława przestała być produktem jakiejś aktywności i stała się produktem samym w sobie”. Kiedy CEO firmy anuluje projekt z Asgharnejadem w roli głównej, nikt nie ma z tym problemu, bo nikt nie widzi w nim człowieka – w nowej kampanii promocyjnej wykorzystana zostanie inna „internetowa sensacja”.

Sława Amira to sława „krótkoterminowa”. Szybko zdobyta, równie szybko stracona. Z podobnym rodzajem popularność ma do czynienia Paul Matthews – główny bohater Dream Scenario. Sfrustrowany wykładowca akademicki, grany z powodzeniem przez Nicolasa Cage’a, staje się nagle „najciekawszym człowiekiem na Ziemi”. Powód? Mężczyzna mimowolnie zaczyna nawiedzać sny ludzi z najdalszych zakątków świata. Norweg traktuje Matthewsa jako surrealistyczne odbicie współczesnego influencera: człowieka, który słynie z tego, że jest sławny. Funduje swojemu bohaterowi pełny cykl życia internetowego celebryty. Po błyskawicznej popularności nadchodzi powolny upadek: coraz gorszy PR, manipulacyjne wideo z przeprosinami, publiczne narzekanie na cancel culture. Miała być rozmowa z Barakiem Obamą, jest miejsce w podcaście Joe Rogana. 

Dream Scenario
fot. „Dream Scenario” / materiały prasowe Gutek Film

Tak jak w przypadku Drib, Borgli opowiada tu między wierszami o cynicznym charakterze kapitalizmu. Sława Matthewsa przemija, ale fenomen, który mężczyzna zapoczątkował, zostaje doszczętnie skapitalizowany. Powstaje urządzenie umożliwiające wchodzenie do snów innych osób. Oczywiście w pierwszej kolejności zaczynają korzystać z niego influencerzy, reklamujący w ten sposób wybrane usługi. Gorzkie przewidywania Jonathana Crary’ego z książki 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu stają się rzeczywistością: sny zyskują status „produktu, którym można się posługiwać i manipulować tak samo jak innymi rodzajami treściami medialnych”. Przed nachalnymi reklamami suplementów diety nie ochroni nas już nawet własne łóżko.

Matthews skonstruowany został poniekąd w kontrze do protagonistki poprzedniego filmu Borgliego – Chorej na siebie. Popularność spadła na niego niczym grom z jasnego nieba, niejako wbrew jego woli. Signe natomiast zabiega o uwagę innych przez całe życie. Nie ma wyklarowanego „pomysłu na siebie”, tak jak jej chłopak, który kradnie meble ze sklepowych wystaw na potrzeby instalacji artystycznych. Powodowana zazdrością bohaterka finguje podczas przyjęcia ciężką reakcję alergiczną, co błyskawicznie stawia ją w centrum zainteresowania. Eksperyment się udaje, Signe idzie więc krok dalej: z premedytacją wywołuje chorobę skóry, zażywając lekarstwo, które zostało wycofane z obiegu. Norweg opowiada w Chorej na siebie o niezdrowej potrzebie atencji, wyniszczającej jednostkę od środka – potrzebie napędzanej przez media społecznościowe i współczesną kulturę audiowizualną. Signe ląduje ostatecznie w zakładzie zamkniętym, całkowicie odcięta od świata zewnętrznego. W pogoni za sławą doprowadza swoje ciało oraz umysł do ruiny.

Przeczytaj również:  „Alpha” – trauma w marmurze [RECENZJA]

Ekstatyczna prawda

Na przestrzeni swojej wieloletniej kariery filmowej Werner Herzog ukuł pojęcie „ekstatycznej prawdy”. Specyficznego rodzaju prawdy, do którego dotrzeć można tylko poprzez zmyślenie, kreację, świadome kłamstwo. „Prawda nie musi zawsze zgadzać się z faktami. W przeciwnym wypadku nowojorska książka telefoniczna byłaby Księgą nad Księgami” – zauważa niemiecki reżyser w swojej autobiografii, chwilę później powołując się na (fałszywy) cytat z André Gide’a: „Modyfikuję fakty tak, aby przypominały prawdę bardziej niż rzeczywistość”.

Chora na siebie
fot. „Chora na siebie” / fot. materiały prasowe Aurora Films

W swoich najwcześniejszych filmach Borgli kurczowo trzyma się tej maksymy, eksperymentując z narracją na granicy fikcji i dokumentu. W krótkometrażowym Whateverest Norweg po raz pierwszy sięga po formułę mockumentu. Wychodzi jednak od kina faktów: na początku przed kamerą siada Todd Terje, prawdziwy kompozytor muzyki elektronicznej. Opowiadając o swoich inspiracjach, Terje wspomina niejakiego Inspectora Norse’a – fikcyjnego twórcę internetowego, na którego cześć nazwał jeden ze swoich najpopularniejszych utworów. W tym momencie temat mockumentu ewoluuje: Borgli wyrusza z ekipą filmową na poszukiwania rzeczonego „Norse’a”. Odnajduje mężczyznę w malutkim miasteczku na wybrzeżu i dokumentuje dzień z jego monotonnego życia. Whateverest okazuje się studium ludzkiej samotności – kamera podąża za bohaterem, który najpierw opowiada o niespełnionych ambicjach muzycznych, a następnie zażywa narkotyki własnej produkcji („Inspector Norse Special”) i w ekstatycznym szale wałęsa się po ulicach.

Whateverest przez długi czas uchodził za film dokumentalny. Borgli skutecznie podtrzymywał tę iluzję, nie prostując sprawy w wywiadach. Wśród osób, które udało się oszukać, znajdziemy m.in. Alexisa Petridisa, recenzenta brytyjskiego „Guardiana”. Krytyk nie tylko opisał w swoim tekście Whateverest jako dokument, ale również przyznał jego autorstwo Toddowi Terje – z błędu wyprowadził go dopiero telefon od znajomego dziennikarza z Norwegii. Do dziś pod spreparowanymi filmikami Inspectora Norse’a w serwisie YouTube odnaleźć można komentarze osób, które wzięły całą sprawę na serio i życzą bohaterowi lepszego życia.

Chora na siebie
fot. „Chora na siebie” / materiały prasowe Aurora Films

W The Loser i A Place We Call Reality Borgli poszedł jeszcze krok dalej, głównym bohaterem czyniąc samego siebie. W The Loser, jeszcze jednym projekcie wykorzystującym formułę mockumentu, zainscenizował nieudany wywiad z ulubionym pisarzem – Davidem Shieldsem. Film powstał na bazie krótkiej wymiany mailowej między Borglim a Shieldsem i jest w znacznym stopniu improwizowany. Autor Dream Scenario opowiada w nim o innym aspekcie sławy: oślepieniu przez cudzą popularność, paraliżującej tremie, jaka towarzyszy spotkaniu z idolem. Fikcyjna wersja Borgliego nie jest w stanie wydusić z siebie w trakcie wywiadu choćby jednego sensownego pytania. Zamiast rozmawiać o literaturze, mężczyźni błąkają się więc bez celu po Los Angeles. Całości towarzyszy prowadzona przez reżysera narracja z offu, w której poniża on samego siebie, dając wyraz skrywanej bezsilności.

W dorobku filmowym Borgliego odnajdziemy również dwa fabularyzowane wywiady. Reżyser kreuje w nich iluzję prawdziwej sytuacji, a następnie brutalnie ją rozbija, dekonstruując poetykę wywiadu telewizyjnego za pomocą absurdu. Podczas rozmowy promującej Chorą na siebie Borgli zostaje, tak jak niegdyś Herzog, przypadkowo postrzelony. W przeciwieństwie do rzeczywistego incydentu z udziałem Niemca, rana jest jednak śmiertelnie poważna i mężczyzna powoli wykrwawia się przed kamerą. Wywiad promujący Dream Scenario przeprowadzony zostaje natomiast w stanie uśpienia. Reżyser leży podpięty do urządzenia, którego zadaniem jest transformacja fal mózgowych w komunikaty audialne. Eksperyment wymyka się jednak spod kontroli, gdy podświadomość śniącego przestaje interesować się zadawanymi pytaniami i spycha rozmowę na niewygodne tematy fetyszy seksualnych. 

Drib
fot. „Drib” / materiały prasowe Trust Nordisk

Wyższy poziom gry pomiędzy fikcją a rzeczywistością Borgli zaprezentował we wspomnianym już Drib. Fabularną rekonstrukcję losów Amira reżyser przeplata z fragmentami rozmowy, jaką przeprowadził z Asgharnejadem po realizacji filmu oraz materiałami making-of, w których bohater podważa prawdziwość ekranowych wydarzeń, konfrontując je z własnymi wspomnieniami. Jak dokładnie funkcjonuje ten proces najlepiej obrazuje scena, w której Amir zostaje poinformowany o anulowaniu kampanii z jego udziałem. Wychodząc ze spotkania. mężczyzna trzaska mocno szklanymi drzwiami, które rozpadają się na kawałki. W tym momencie rekonstrukcja zostaje przerwana, a na ekranie pojawia się fragment rozmowy Amira i Borgliego. Bohater stwierdza, że sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Nie trzasnął drzwiami, ale wyszedł z pomieszczenia po cichu, ze spuszczoną głową. Reżyser odpowiada, że przekształcił scenę na potrzeby filmowej dramaturgii: pozwolił zrobić Amirowi to, przed czym powstrzymały go społeczne konwenanse. Innymi słowy, wydobył z wydarzenia ekstatyczną prawdę – zmodyfikował fakty tak, aby bardziej przypominały rzeczywistość.

Przeczytaj również:  „Kokuho” – żegnaj moja onnagata [RECENZJA]

Drib to projekt szalenie interesujący – nie sposób go jednoznacznie zaklasyfikować. Jest czymś pomiędzy dokumentem, mockumentem a fabułą. Sam Borgli nie widzi w nim nawet pełnoprawnego filmu, ale raczej audiowizualny eksperyment, który musiał zostać przeprowadzony, aby skrystalizowały się jego oczekiwania wobec kina. Za swój pełnometrażowy debiut fabularny reżyser uznaje dopiero Chorą na siebie – dużo bardziej konwencjonalną pod względem formalnym.

Komedie absurdu i niezręczności

Niezależnie od formy filmy Borgliego pozostają w swej esencji komediodramatami. Humor wyrasta tu często z życiowych niepowodzeń bohaterów. Borgliego interesują ludzie „przegrani”: sfrustrowani profesorowie, pozbawieni talentu artyści, pretensjonalni influencerzy. Do pewnego stopnia sam się zresztą z nimi identyfikuje, o czym świadczy nie tylko występowanie we własnych filmach, ale również subtelne wprowadzanie wątków autobiograficznych (trudności adaptacyjne w Los Angeles, praca przy produkcji reklam itd.). 

W kwestii poczucia humoru Norweg wymienia dwóch patronów ze Skandynawii: Roya Anderssona i Rubena Östlunda. Od Anderssona Borgli zapożycza dominującą kategorię absurdu. Od Östlunda natomiast – niezręczność oraz krindż, za pomocą których opisuje dynamikę relacji międzyludzkich. Z autorem The Square łączy Borgliego ponadto podobna wrażliwość społeczna – skłonność do satyry, świadomego korzystania z grubej kreski. Większość jego filmów potraktować można jako zakamuflowane, bo utrzymane w humorystycznym tonie ostrzeżenia. Drib ostrzega nas przed manipulacją ze strony wielkich korporacji. Chora na siebie – przed bezmyślnym dążeniem do sławy. Dream Scenario – przed czkawką, jaką może odbić się szybko zdobyta popularność. Humor – tak jak u Östlunda i Anderssona – stanowi tutaj przeciwwagę dla poważnej, często dydaktycznej treści, decydując tym samym o jej przystępności.

Dream Scenario
fot. „Dream Scenario” / materiały prasowe Gutek Film

Niezręczność wpisana jest w twórczość Borgliego właściwie od samego początku. Norweg potęguje ją za pomocą formy, regularnie stosując długie ujęcia i powolne zbliżenia na twarze. Podążając tropem wytyczonym przez reżysera Turysty, eksploruje sytuacje, w których bohaterowie rozmawiają, ale nie potrafią się skomunikować, projektując na drugą osobę własne lęki i frustracje. W krótkometrażowym Softcore, będącym w istocie reklamą płyty zespołu Softcore untd., nawiązanie bliższej relacji uniemożliwiają kobiecie i mężczyźnie subtelne różnice w guście muzycznym. Początkowo błahy konflikt eskaluje do absurdalnych rozmiarów, kiedy kobieta – w akcie desperacji – łamie sobie nos za pomocą książki (zatytułowanej, o ironio, „The World’s Softest Material”) i wyskakuje przez okno własnego mieszkania. Bohaterowie filmów Borgliego przechodzą za każdym razem bardzo podobną drogą. Zaczynają z uczuciem wielkich nadziei, a kończą w momencie bolesnego rozczarowania.

O kinie Kristoffera Borgliego, wbrew pozorom, wcale nie pisze się łatwo. Przede wszystkim dlatego, że to twórczość, która znajduje się w stanie dynamicznego rozwoju. Norweg dopiero odkrywa język, którym chce się posługiwać w ramach medium filmowego. Chora na siebie i Dream Scenario to dwa poważne kroki w stronę klasycznego kina fabularnego, wykonane po długim okresie eksperymentowania, którego zwieńczeniem był Drib. Wchodząca właśnie na ekrany kin Drama wydaje się najbardziej konwencjonalnym (jak na standardy reżysera) projektem w jego dotychczasowym dorobku – czarną komedią o niesnaskach, jakie pojawiają się między partnerami na moment przed wstąpieniem w związek małżeński. Borgli nie zagłębia się więc dalej w tematykę sławy, wciąż interesuje go jednak niezręczny charakter relacji międzyludzkich. Czas pokaże, czy film z Robertem Pattinsonem i Zendayą okaże się w jego twórczości nowym otwarciem.

korekta: Magda Wołowska

 

+ pozostałe teksty

Krytyk filmowy, filmoznawca, magazynier. Jego teksty znaleźć można również w miesięczniku „Kino” i dwumiesięczniku „Netfilm”, a czasem w kwartalniku „Ekrany” i „Czasie Kultury”. Nominowany do Nagrody im. Jana Machulskiego za scenariusz filmu krótkometrażowego „Nie ma mnie”. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Mieszka w Poznaniu, z narzeczoną i kotem.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.