Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Przepis na morderstwo” – zbrodnia (nie)idealna [RECENZJA]

Igor Kuśmierski
fot. „Przepis na morderstwo” / materiały prasowe Kino Świat
fot. „Przepis na morderstwo” / materiały prasowe Kino Świat

Ostatnie lata przyniosły całą serię filmów, które z większym lub mniejszym powodzeniem próbowały rozliczyć się z elitami – od Glass Onion: Film z serii „Na noże”, Menu aż po W trójkącie. Przepis na morderstwo również chce dołączyć do tego ekskluzywnego klubu satyr wymierzonych w jeden procent najbogatszych, ale gdzieś po drodze zapomina, że inteligentna krytyka wymaga czegoś więcej niż tylko wskazywania palcem na problem i śmiania się pod nosem.

Glen Powell gra tutaj bękarta rodzinnego, który postanawia pozbyć się wszystkich krewnych, żeby odziedziczyć po nich fortunę. Jego mordercze poczynania – metodyczne eliminowanie kolejnych członków rodziny – przeplatane są retrospekcjami i narracją bohatera na temat jego czynów i motywacji, które napędzają tę wyjątkową strategię do wzbogacenia się. Główny bohater musi żonglować nie tylko swoją śmiertelnie niebezpieczną misją, ale także skomplikowanymi relacjami z kobietami. Z jednej strony pojawia się postać Margaret Qualley, którą bohater zna z przeszłości, a która jednocześnie jest pełna niespodzianek i tajemnic. Z drugiej bohater zakochuje się w innej kobiecie, która reprezentuje możliwość „normalnego” życia, poza tą absurdalną morderczą wendettą.

Koncept brzmi jak recepta na ekscytującą satyrę, ale niestety wykonanie jest znacznie gorsze. Problem polega na tym, że wszystkie postacie w tym filmie to zgraja kukiełek, które poruszają się tak, jak nakazuje im scenariusz. Nie mają w sobie żadnej głębi ani trójwymiarowości – są tylko chodzącymi stereotypami z jedną cechą charakteru, których mamy albo lubić albo nienawidzić. Przewijają się tu wszystkie schematy postaci: rozpieszczony dzieciak z fortuną, które nigdy nie musiał zapracować na swoje przywileje; pretensjonalny artysta żyjący z pieniędzy taty, a nawet showman-pastor wykorzystujący wiarę do pompowania własnego konta bankowego. Film łapie się nawet najbardziej oczywistych celów, próbując pokazać hipokryzję elit w tematach biznesu, sztuki lub religii. Ostatecznie jednak nikt nie ma żadnej szansy, żeby być czymś więcej niż chodzącą kliszą zabierającą czas głównemu bohaterowi, jak i nam, widzom.

fot. „Przepis na morderstwo” / materiały prasowe Kino Świat
fot. „Przepis na morderstwo” / materiały prasowe Kino Świat

Problem związany z bohaterami to jeden z wyznaczników głównego grzechu filmu. Przepis na morderstwo cierpi na fundamentalny kryzys tożsamości – nie potrafi zdecydować, czy chce być czarną komedią śmiejącą się z głupoty bogaczy, czy może poważnym thrillerem o moralnym upadku elit. Głupota i sposób życia bogatych w filmie miał śmieszyć, ale jednocześnie całość bierze siebie bardzo na poważnie i nie korzysta z absurdu własnego konceptu. Finalnie poważne momenty nie są wystarczająco poważne, bo świat przedstawiony jest zbyt karykaturalny i niewystarczająco rozwinięty, żeby widz w niego uwierzył. Natomiast sceny, które miały być zabawne, nie wywołują śmiechu, bo reżyser odmawia im lekkości i autoironii. Twórcy ewidentnie próbowali mieć ciastko i zjeść ciastko, ale finalny efekt sprawia, że kończą jednocześnie z pustym talerzem, jak i żołądkiem.

Przeczytaj również:  Dolphins in the sea – „Chronologia wody” [RECENZJA]

Glen Powell jest tutaj pozbawiony jakiejkolwiek iskry – uwięziony w roli, która zdaje się aktywnie tłumić wszystko, co czyni go interesującym do oglądania. Ewidentnie próbuje on coś wykaraskać z materiału, ale żadna z twarzy tej postaci – ani ta odnajdująca przyjemność z mordowania, ani ta szukająca normalnego życia –nie jest w żadnym stopniu przekonująca. Jeszcze bardziej frustrująca jest Margaret Qualley, która jako jednowymiarowa femme fatale marnuje swój talent na kreację pozbawioną jakiejkolwiek głębi czy dwuznaczności. Qualley potrafi grać skomplikowane kobiety, ale tutaj dostaje postać, która ma być tajemnicza i uwodzicielska – i tyle. Podobnie jak większość aktorów w tym filmie nie dostaje ona pełnej osoby do zagrania, a wyłącznie szkielet oparty na jednej cesze charakteru. Jessica Henwick i Ed Harris starają się grać najbardziej naturalnie z całej obsady i próbują wnieść coś autentycznego do swoich ról, pomimo ograniczeń scenariusza. Henwick przekazuje pewną wrażliwość postaci będącej kotwicą świata rzeczywistego, a Harris wykorzystuje swoje doświadczenie, żeby nadać swojej kreacji choć odrobinę rozmachu. Niestety materiał nie pozwala im na dużo – płaskość scenariusza niszczy jakiekolwiek próby pogłębienia emocjonalnego bohaterów.

fot. „Przepis na morderstwo” / materiały prasowe Kino Świat
fot. „Przepis na morderstwo” / materiały prasowe Kino Świat

Technicznie film jest poprawny – zdjęcia są czyste, montaż funkcjonalny, a dźwięk bez zarzutu. Nic nie rzuca się w oczy jako wyraźnie złe czy nieudolne. Problem w tym, że przy tak słabym scenariuszu ta techniczna poprawność staje się jedynie pustą skorupą – wszystko wygląda profesjonalnie, ale brak temu duszy lub czegokolwiek, co mogłoby podnieść ten materiał ponad przeciętność. Przepis na morderstwo to film przepełniony ambicjami, które nigdy się nie materializują. Najpewniej zostanie zapomniany dzień po seansie, a to chyba najgorszy los dla produkcji, która desperacko pragną coś powiedzieć.

Przeczytaj również:  „Kokuho” – żegnaj moja onnagata [RECENZJA]

korekta: Daniel Łojko

+ pozostałe teksty

Wielbiciel trzech wielkich K – Kina, Kawy i Kiczu. Miłośnik produkcji klasy Z i zawodowy konsument muzyki wszelakiej – od transów po jazz. Mieszkaniec jednocześnie Twin Peaks, jak i ulicy Ćwiartki 3/4.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.