Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Anakonda” – Jaja w Amazonii [RECENZJA]

Jarosław Kowal
Anakonda
Kadr z filmu „Anakonda” / United International Pictures Sp. z o.o.

Premiera oryginalnej Anakondy zbiegła się w czasie z moim filmowym „przebudzeniem”. Zaczytywałem się w magazynach Film i nieistniejącym już Cinema, po raz pierwszy sięgałem poza mainstream i odkrywałem, jak „widzieć”, a nie tylko „patrzeć”. Wciąż byłem dzieciakiem, ale rozumiałem, dlaczego mieszczące się w podobnej kategorii i nakręcone w podobnym czasie Bez twarzy albo Con Air miały znacznie więcej do zaoferowania. Coś sprawiało jednak, że kiedy ten gigantyczny wąż wpełznął do głowy, długo nie chciał jej opuścić.

Nie była to zasługa cieszącej się z dopiero pierwszego ekranowego sukcesu (w roli Seleny) i jeszcze niemającej żadnych muzycznych na koncie Jennifer Lopez ani uznanego już na scenie i coraz popularniejszego przed obiektywem Ice’a Cube’a. Nie mieli z tym nic wspólnego także Eric Stoltz, dzisiaj powszechnie uwielbiany Danny Trejo, a już na pewno Jon Voight i jego koszmarny, udawany akcent (w nowej Anakondzie musiało mu się z tego powodu oberwać). Potrzeba było upływu ponad dekady, by zrozumieć, że byliśmy świadkami wykluwania się zjawiska określanego mianem „tak złe, że aż dobre”.

Anakonda
Kadr z filmu „Anakonda” / United International Pictures Sp. z o.o.

Tego rodzaju tytuł w katalogu to dla każdego studia filmowego ukryty skarb. Anakonda zdołała się wprawdzie wybronić jeszcze w kinach, ale dzięki statusowi obrazu kultowego można było z niej wycisnąć znacznie więcej na rynku wtórnym. Schody zaczęły się wtedy, gdy podjęto próbę dodania czegoś więcej. Wszystkie trzy sequele to tanie, niezabawne i niezapewniające podobnych walorów rozrywkowych koszmarki ze stałą tendencją spadkową. Sony miało w rękach wartościową markę, ale obarczoną podobnym brzemieniem, co dzieła sztuki wykradzione z Luwru – w żaden sposób nie dało się jej spieniężyć.

Z odpowiednim pomysłem wyszli w końcu Tom Gormican i Kevin Etten, twórcy Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu. Meta-filmu, w którym Nicolas Cage zagrał samego siebie odstawiającego chałturę u tajemniczego milionera. Wyjściowy pomysł był intrygujący, wiele do życzenia pozostawiało natomiast wykonanie (daleko mu do Być jak John Malkovich). Duetowi spodobało się jednak zajmowanie miejsca z boku i komentowanie hollywoodzkiej rzeczywistości z dystansu, więc z niewielką wiarą w otrzymanie zgody na realizację szalonego pomysłu nakręcenia filmu o kręceniu rebootu Anakondy udali się do włodarzy Sony… I z miejsca dostali zgodę. Niewątpliwie trafili w odpowiednie miejsce. Jak stwierdził kiedyś Quentin Tarantino, „Sony Pictures jest ostatnim studiem tworzącym oryginalne, wysokobudżetowe dramaty dla dorosłych”.

Tegorocznej Anakondy dramatem dla dorosłych nazwać co prawda nie można, ale wyłożenie czterdziestu pięciu milionów dolarów na taki projekt wymagało równie dużej odwagi. Niewykluczone też, że pierwszy akt rzeczywiście poruszy serca niespełnionych czterdziestoparolatków dogorywających na etacie w pracy, której nie cierpią. Kto nie chciałby dostać jeszcze jednej szansy na spełnienie wielkiego marzenia sprzed lat razem z paczką przyjaciół z dzieciństwa? Zdarza się to niestety równie rzadko, co przypadkowe przejęcie praw do kasowego przeboju kinowego, ale notującemu porażkę za porażką aktorowi Ronaldowi (Paul Rudd) takie szczęście się przydarzyło. Wciągnął na pokład realizującego reżyserskie ambicje w filmach weselnych Douga (Jack Black), nieudolnie walczącego z nałogiem operatora Kenny’ego (Steve Zahn) i nie tyle marzącą o karierze aktorki, co szukającą ucieczki od rzeczywistości Claire (Thandiwe Newton). Jak nie trudno się domyślić, nic nie idzie zgodnie z ich pierwotnym planem, a machina napędzająca kolejne kłopoty narzuca filmowi slapstickowy ton. Skoro zresztą w obsadzie jest Black, to niczego innego oczekiwać nie można było.

Przeczytaj również:  „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” – Dwa wilki [RECENZJA]
Anakonda
Kadr z filmu „Anakonda” / United International Pictures Sp. z o.o.

Jedne żarty wypadają lepiej (ucieczka przed wężem z dzikiem przytwierdzonym taśmą do karku), inne gorzej (zwłaszcza scena z odkażaniem za pomocą moczu), ale nawet w najsłabszych momentach miłość do kina emanująca z ekranu od pierwszej do ostatniej minuty dodaje tej prostej komedii uroku. Filmy-laurki kręcone na cześć dziesiątej muzy powstają coraz częściej – od Pewnego razu… w Hollywood Tarantino przez Manka Finchera po Babilon Chazelle’a – ale większość z nich to ambitne przedsięwzięcia podejmujące próbę dorównania dziełom zapisanym w kanonie. Tom Gormican na nic podobnego się nie silił. Zamiast hołdować swoim mistrzom i reinterpretować ich dorobek na własną modłę, podjął próbę przywołania tego gorącego uczucia, jakie wielu towarzyszyło, kiedy za dzieciaka oglądali pokraczne horrory na przegrywanych kasetach wideo.

Wydaje się mieć przy tym świadomość, że skuteczność wywoływania duchów młodości tą metodą będzie mniej więcej taka sama, jak przy próbach odtworzenia intensywnych emocji sprzed lat po ponownym włączeniu Contry na Pegasusie albo Commando na Commodore 64. Gry nic a nic się nie zmieniły, ale gracze owszem. Dlatego chociaż jego bohaterowie rozpamiętują, jak to przed laty nakręcili amatorski horror o Wielkiej Stopie, The Quatch, nie są zafiksowani na nostalgii. To istotna cecha nowej Anakondy. Nie żeruje na sentymencie i nie próbuje za wszelką cenę wcisnąć czterdziestolatków z powrotem w kolorowe, ortalionowe dresy, które nosili w podstawówce. W ostatnich latach próbowano tego zdecydowania zbyt wiele razy.

W zawartej w scenariuszu autodiagnozie reboot Anakondy, kręcony w jej meta-reboocie, określony został mianem „duchowego sequela”. Z jednej strony to tylko puste marketingowe hasełko, które Gormican przemienia w żart, z drugiej dobrze opisuje jego film – poniekąd stanowi ciąg dalszy, ale w niedosłownym znaczeniu, bo pod względem gatunkowym i nastrojowym jest bardzo odległy od pierwowzoru. Najpewniej nikt nie będzie tym rozczarowany. Wydaje się mało prawdopodobne, by istnieli fani wyczekujący kolejnego tytułu w serii, podobni do miłośników Halloween, Krzyku albo nawet Mumii. Po Anakondzie z 1997 roku została jedynie pusta wylinka, można się więc tylko cieszyć, że ktoś znalazł dla niej zastosowanie. Nawet jeżeli niezbyt ambitne. Z chęcią obejrzałbym równie dziwaczną metamorfozę Szybkich i martwych Sama Raimiego albo Przerażaczy Petera Jacksona. Oby tylko nie przegrzać tematu jak z niedawno modą na requele.

Przeczytaj również:  „Rodzina do wynajęcia” – Bardziej słodko niż gorzko [RECENZJA]

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Jarosław Kowal – redaktor naczelny portalu Soundrive, kurator festiwalu Jazz Jantar, a także współpracownik Mint Magazine, Dwutygodnika, Pełnej Sali, radia Jazzkultura i portalu PopMatters. W przeszłości związany z podcastem Nightslime, magazynami Kawaii i Noise, portalami Film.org.pl, Fathers, Uwolnij Muzykę i z Radiem Kapitał.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.