„Dewiant, tom 1. Opowieść świąteczna” – rozliczenie z przeszłością [RECENZJA]
James Tynion IV zawdzięcza szeroką rozpoznawalność Batmanowi, ale nie taką, o jakiej początkujący twórca mainstreamowego komiksu mógłby marzyć. Jego wersja Mrocznego Rycerza okazała się kompletnie pozbawiona charakteru – winę współdzieli wydawnictwo, które siłą forsowało niektóre rozwiązania – przez co w pamięci wielu osób zapisał się negatywnie. Tak było do czasu, bo wystarczyło kilka lat, by za sprawą całkowicie autorskich Coś zabija dzieciaki, W0rldtr33 i zwłaszcza Departamentu Prawdy pokazał, że stać go na znacznie więcej. Dewiant jest tego kolejnym dowodem.
Okładka, scena w zamkniętym sklepie, gdzie znalezione zostają zmasakrowane zwłoki, kolejna z szopą i dwoma ciałami przyozdobionymi bombkami i światełkami, wreszcie imponujący spread, gdzie przez mrok i prószący śnieg przebija wąska wiązka światła, eksponując zakrwawionego mordercę w stroju Mikołaja – z początku wszystko wskazuje na to, że Dewiant będzie komiksowym odpowiednikiem Cichej nocy, śmierci nocy, Świątecznego zła i innych bożonarodzeniowych slasherów znanych z ekranów, ale po intensywnym wstępie, niespodziewanie okazuje się, że to najbardziej intymny, autorefleksyjny komiks Tyniona IV.

Kiedy na kolejnych stronach przenosimy się do współczesności, a osadzony za dokonane pół wieku temu morderstwa Randall Olsen – utrzymujący, że niesłusznie – jest indagowany przez młodego twórcę komiksów, Michaela Schmitza, nie ma żadnych wątpliwości co do tego, kto faktycznie rozlicza się z przeszłością. Gorzkie słowa o rezygnacji z pisania o superbohaterach, ale również te pokrzepiające o zmieniającym się rynku, na którym zarabiać mogą dzisiaj twórcy niezainteresowani trykotowmi wojnami dobra ze złem, bez wątpienia pochodzą od samego scenarzysty. Częściej niż w sprawie rozrachunku z własnym dorobkiem, Tynion zabiera jednak głos w kwestii swojej seksualności, z jednej strony posługując się głęboką introspekcją, z drugiej zarysowując szerszy kontekst społeczny i jego ewolucję na przestrzeni lat.
Najpewniej przyszło mu to z tak dużą naturalnością dlatego, że nie zabiera głosu z pozycji osoby, która dopiero co dokonała coming outu i odczuwa silną potrzebę przedstawienia prawdziwego siebie po wielu latach życia w ukryciu. Od ponad dwóch dekad otwarcie mówił o swojej biseksualności, jedyną zmianą, jakiej w ostatnim czasie dokonał, jest zaktualizowanie tego statusu – w lutym 2023 roku napisał na Substacku: „Myślę teraz o sobie i odnoszę się do siebie jako gej. To bardziej trafny i prawdziwy opis mnie”.
W rezultacie Dewiant więcej ma wspólnego z gęstym, przytłaczającym Pedałem Williama S. Burroughsa niż z lekkim i pełnym optymizmu Simon kontra reszta homo sapiens Becky Albertalli. Nie tylko dlatego, że zgorzkniały, wyrzucony na margines społeczeństwa Randall przypomina szukającego sensu w bliskiej relacji z młodym człowiekiem, ukrywającego się w Meksyku Lee, ale również z powodu całkowitego wyrugowania patosu, dramatyzmu, wszelkich emocjonalnych uniesień w sposobie opisywania własnej seksualności. Choć pełni istotną funkcję w nadawaniu fabule biegu, a czasami prowokuje nawet do wzruszenia – kiedy Randall zazdrości Michaelowi związku, w jakim sam nigdy się nie znalazł przed trafieniem za kratki – bohaterowie Tyniona nie prowadzą zmagań z własnymi orientacjami seksualnymi. Są z nimi w pełni pogodzeni, to świat zewnętrzny niektórym z nich rzuca kłody pod nogi.

Wbrew intensywnemu wstępowi, Dewiant szybko okazuje się czymś więcej niż celowo zahaczającą o kicz historią o zamaskowanym seryjnym mordercy. Wiele dzieje się nie tylko w sferze akcji, ale też w sferze dialogów, a że autor jest w wysokiej formie, to każdy dymek czyta się jak wers wyjęty z dzieła literackiego. Dzięki temu już po pierwszym spotkaniu z Michaelem trudno nie odnieść wrażenia, że jest w nim coś osobliwego. Z przejęciem nieproporcjonalnie dużym do sytuacji mówi do swojego partnera: „Czuje, jakby coś było ze mną nie tak” tylko dlatego, że nie jest w stanie zapakować prezentu. Waga tych na pozór banalnych słów jest do tego stopnia przytłaczająca, że nie wiedzieć czemu, zaczyna się udzielać czytającemu i ten niby od niechcenia wydany osąd cięży na postrzeganiu wszystkiego, co później Michael robi. Coś jest z nim nie tak.
Nie można przy tym zmarginalizować roli rysownika Joshuy Hixsona, w Polsce znanego przede wszystkim z pulpowego horroru Posiadłość. Ubrał tę scenę we wszelkie możliwe symbole świąt – jest śnieg, są choinki i inne dekoracje, jest dziadek do orzechów, Mikołaj, który wysłuchuje życzeń dzieci siadających na jego kolanie i pomagający w usprawnieniu procedury elf, do tego wszędzie pełno czerwieni i zieleni. Kondensacja świąt jest tak intensywna, jak w Kevinie samym w domu, ale cel zgoła odmienny – kontrast dzielący obraz z treścią wzmacnia wrażenie, że czeka nas coś niepokojącego i nie powinniśmy ufać wszystkiemu, co podpowiedzą zmysły . To okaże się szczególnie istotne w końcówce tomu – niby zagadka tożsamości zabójcy zostaje rozwikłana, ale odpowiedź jest tak oczywista, że trudno ją przyjąć za prawdziwą.
Tynion pracował z wieloma utalentowanymi rysownikami (Martin Simmonds z Departamentu Prawdy to jeden z najbardziej oryginalnych, na jakiego można we współczesnym komiksie natrafić), ale Hixsona wyróżnia nie tylko styl. Znakomita jest jego metoda rozmywania drugoplanowych postaci do formy ledwo wyróżniających się w tle widm, ilekroć konieczne jest podkreślenie ich nieistotności w zmaganiach Michaela. Mistrzowskie operowanie światłem i cieniem nadaje poszczególnym scenom ton, potęguje i studzi emocje we własnym rytmie, a w dodatku nie ma tutaj strachu przed pustą przestrzenią – Hixson potrafi dwie trzecie splasha wypełnić czarnym niebem i plamkami śniegu.

Jeszcze bardziej imponująca jest jego umiejętność przemawiania wyłącznie rysunkiem. Kiedy na tej samej stronie do rozmowy zasiadają dwaj mężczyźni i w jednym kadrze widzimy zbliżenie na czerwony kubek MAGA, a niedługo później – na laptop z naklejoną tęczą, niczego więcej nie trzeba dodawać, by stało się jasne, że porozumienia tutaj nie będzie. Hixson doskonale zdaje sobie też sprawę z tego, że każdy czytelnik po przerzuceniu strony bezwiednie lustruje wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego wzroku, więc kiedy chce nas zaskoczyć splashem ukazującym brutalne morderstwo, zawsze wybiera właśnie kolejne przerzucenie, by pierwsze, co ujrzymy, zadziałało jak jump scare.
Rodzime Shock Comics rozpoczęło działalność na bardzo wysokim poziomie. Z jednej strony można było mieć wprawdzie pewność, że James Tynion IV z okresu po Batmanie nie zawiedzie, z drugiej, choć pojedyncze kadry wydają się temu przeczyć, Dewiant jest jednym z jego najmniej widowiskowych komiksów. Pochłania się go jak dobry, niespiesznie rozwijający się dramat psychologiczny, a nie pełną akcji historię o ratowaniu świata. Wydawnictwo ma w planach kolejne nieoczywiste tytuły – między innymi pełne dziwacznych zjawisk nadprzyrodzonych Memphis czy długo wyczekiwanego, wydawanego od 2018 roku Ice Cream Mana, w którym gatunki łączą się w absurdalnym miksie – więc warto obserwować jego dalsze poczynania.
korekta: Marta Tychowska
Jarosław Kowal – redaktor naczelny portalu Soundrive, kurator festiwalu Jazz Jantar, a także współpracownik Mint Magazine, Dwutygodnika, Pełnej Sali, radia Jazzkultura i portalu PopMatters. W przeszłości związany z podcastem Nightslime, magazynami Kawaii i Noise, portalami Film.org.pl, Fathers, Uwolnij Muzykę i z Radiem Kapitał.
