Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Glorious Summer” – Złota klatka [RECENZJA]

Igor Kuśmierski
fot. „Glorious Summer” / materiały prasowe Galapagos Films
fot. „Glorious Summer” / materiały prasowe Galapagos Films

Debiuty reżyserskie w duecie mają w sobie coś intrygującego. Dwoje ludzi przy jednej kamerze to zawsze dwa zestawy intuicji i dwa sposoby patrzenia na kadr – i przez pierwsze wspólne filmy widać, jak te różne światy usiłują się ze sobą dogadać, nie zawsze w pełni skutecznie. Z tą myślą z wielkim zaintrygowaniem zabrałem się za Glorious Summer Heleny Ganjalyan i Bartosza Szpaka, którzy nie dość, że pierwszy raz reżyserowali wspólnie, to na dodatek są względnymi nowicjuszami w tej dziedzinie. Ich szukanie własnego głosu odbywa się na ekranie, i choć nie zawsze znajdują go płynnie, to po seansie twierdzę, że trudno im nie kibicować.

W filmie obserwujemy trzy kobiety uwięzione w renesansowym pałacu, otoczone murem, obsługiwane przez enigmatyczny „system” spełniający każdą ich potrzebę. Oglądamy renesansowy pałac, pełen letniego światła padającego przez zasłony, w którym rytm dnia wyznaczany jest przez wellnessowe afirmacje. Pomimo tej idyllicznej prezentacji bohaterki wydają się czuć niekomfortowo w swoim otoczeniu i uczą się „udawania martwych”, żeby móc się jakoś z tego „raju” wydostać. Po tym opisie już czuć, że Glorious Summer będzie tworem zbudowanym z zagadek i napięcia, które rośnie powoli, niemal niezauważalnie, prawie jak wilgotność w upalny dzień przed burzą. Estetycznie film jest po prostu piękny. Twórcy zarządzają obrazem świadomie, a za każdym kadrem widać przemyślane planowanie. Na podobnym poziomie znajduje się ścieżka dźwiękowa, wyjątkowo dopracowana, jak na polskie warunki, która buduje napięcie lepiej niż niejeden thriller.

fot. „Glorious Summer” / materiały prasowe Galapagos Films
fot. „Glorious Summer” / materiały prasowe Galapagos Films

Sęk w tym, że ta dbałość o formę wyraźnie pokazuje, że czegoś tu brakuje. Można dostrzec, że ten duet dokładnie obeznał się z produkcjami innych twórców, a także sporo z nich wyniósł – i całe to przyswojone kino wychodzi w Glorious Summer bokami. Problem nie w tym, że twórcy się inspirują – a w tym, że inspiracja blokuje im możliwość stworzenia własnego stylu. Momentami film sprawia wrażenie, jakby twórcy wiedzieli idealnie, jak chcą, żeby wyglądał każdy kadr, ale jeszcze nie do końca uzgodnili między sobą, po co ten kadr istnieje. Środkowa część kręci się w kółko przez dobre czterdzieści minut, jakby autorzy zawiesili się na własnej estetyce i zapomnieli, że mają zaoferować widzom więcej niż piękne obrazki.

Przeczytaj również:  „Love-22-Love” – jest ok. | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2026

Prawdziwym odkryciem jest jednak to, co dzieje się między aktorkami. Magdalena Fejdasz, Helena Ganjalyan – grająca we własnym filmie – i Daniela Komędera budują między sobą napięcie, które jest trochę przerysowane, ale świetnie sprawdza się w tej konwencji. Nazwisko żadnej z nich nie zaistniało jeszcze na billboardach, i paradoksalnie to właśnie służy filmowi – nie ma tu ciężaru wizerunku aktorek, a czyste postacie. Wszystkie operują mimiką i subtelnościami w taki sposób, który wciąga widza w ich wewnętrzny świat od pierwszej sceny. Biorąc pod uwagę też zdawkowe używanie dialogów, to właśnie ich gesty i spojrzenia budują większość narracji i relacji pomiędzy bohaterkami. Energia wytworzona pomiędzy aktorkami sprawia, że nie da się oderwać wzroku od ekranu, nawet w momentach, kiedy historia trochę się gubi.

fot. „Glorious Summer” / materiały prasowe Galapagos Films
fot. „Glorious Summer” / materiały prasowe Galapagos Films

Glorious Summer  próbuje w sobie przemycić komentarz społeczny i pyta o to, ile autonomii oddajemy w zamian za poczucie bezpieczeństwa. W kontekście dzisiejszych czasów jest to pytanie bardzo aktualne i takie, które każdy z nas powinien sobie zadać. Ganjalyan i Szpak celnie diagnozują pewien współczesny syndrom – życia w komfortowym więzieniu własnych nawyków, systemowych uzależnień i wyuczonej niedojrzałości. Można interpretować to szeroko: jako komentarz o patriarchacie, o państwie opiekuńczym, o mediach społecznościowych, w których naszym bożkiem staje się algorytm. I w tym miejscu film działa – kiedy pozwala widowni samodzielnie dokończyć myśl.

Glorious Summer to niedoskonały, chwilami zbyt zakochany w sobie film – ale też jeden z niewielu polskich debiutów ostatnich lat, który ma ambicje większe niż opowiedzenie historii do końca. Dla naszego polskiego kina niezależnego to ważny sygnał: że można robić filmy świadome i bezkompromisowe, bez taryfy ulgowej dla widza. Mam nadzieję, że Ganjalyan i Szpak wiedzą już po nim, jak i co chcą opowiadać i że warto zapamiętać te nazwiska.

korekta: Monika Konkol
+ pozostałe teksty

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.