Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Grafted” – o jeden body horror za dużo [RECENZJA]

Jarosław Kowal
Kadr z filmu „Grafted” / Forum Film Poland

Horror został w ostatniej dekadzie przyczółkiem tego rodzaju kina artystycznego, który ma zdolność przyciągania do kin tłumów. Filmy Jordana Peele’a, Ariego Astera czy Roberta Eggersa nie tylko zachwyciły krytyków, ale też przynosiły niemałe dochody, a nawet zdobyły nominacje i nagrody na dużych galach i festiwalach. Niedawno popularność zaczął jednak zdobywać specyficzny podgatunek, który długo uchodził za tandetny, campowy i zbyt obrzydliwy, by dotrzeć do szerszego grona publiczności.

Body horror długo kojarzył się z filmami klasy B pokroju Towarzystwa Briana Yuzny, gdzie elity Beverly Hills dla rozrywki i uciechy poddawały się tymczasowym deformacjom i zespoleniom ciał, albo z kameralnym kinem niskobudżetowym w rodzaju Tetsuo – Człowiek z żelaza, którego cała fabuła zawarta została w tytule. Za dużo było w tym makabry, rozpłatanych organów, mutacji i cielesnych wydzielin wszelkiego rodzaju, by można było spodziewać się komercyjnego sukcesu, a jednak niespodziewanie nadszedł.

Grafted
Kadr z filmu „Grafted” / Forum Film Poland

Mięso i Titane Julii Ducournau, Huesera: The Bone Woman Michelle Garzy Cervery, do pewnego stopnia także Omen: Początek Arkashy Stevenson i przede wszystkim Substancja Coralie Fargeat, największy sukces w historii gatunku, nadały filmom podejmującym temat zmagań z własną cielesnością, postrzeganą jako niedoskonałą i wymagającą korekty… substancji. Etap dziecięcych zabaw z zaawansowanymi praktycznymi efektami specjalnymi już się skończył, to była świetna rozrywka, ale przyszła pora wydorośleć i spojrzeć na temat oczekiwań wobec naszych fizycznych powłok na poważnie. W końcu jako społeczeństwo dopiero niedawno nauczyliśmy się o tym rozmawiać, z jednej strony coraz rzadziej dyskryminując zróżnicowane rozmiary i kształty nas samych, z drugiej – wyśrubowując w mediach społecznościowych nierealny ideał piękna, w imię którego wiele osób jest gotowych poświęcić absolutnie wszystko.

Nie bez znaczenia jest również to, że za kamerą we wszystkich tych filmach stanęły kobiety. W 2023 roku firma Sinclair zleciła przeprowadzenie ankiety wśród dziesięciu tysięcy pełnoletnich kobiet z miast i wsi w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Meksyku, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz w Arabii Saudyjskiej – wyniki pokazały, że aż dziewięćdziesiąt siedem procent badanych czuje się ocenianych na podstawie wyglądu, a sześćdziesiąt jeden procent spotkało się z tego powodu z negatywnymi i krzywdzącymi komentarzami w kontakcie bezpośrednim lub za pośrednictwem internetu. Mierzenie się z wynikającymi z tego lękami, dylematami, z presją społeczną i tą narzucaną samej sobie wymaga nie lada odwagi, a konwencja body horroru pozwala ubrać to wszystko w ułatwiającą uzewnętrznienie się otoczkę kina gatunkowego. Proporcje pomiędzy widowiskiem a autentycznymi doświadczeniami trzeba jednak dobierać ostrożnie, bo jak pokazuje pełnometrażowy debiut pochodzącej z Nowej Zelandii Sashy Rainbow, nietrudno o utknięcie w pułapce wtórności i schematyczności.

Grafted
Kadr z filmu „Grafted” / Forum Film Poland

Horror cielesności może mieć wiele oblicz – czasami dotyczy niezgody na starzenie się, kiedy indziej poczucia, że rozdźwięk pomiędzy tym, za kogo się mamy, a tym, kogo widzimy w lustrze, jest zbyt duży. W jeszcze innych przypadkach to surrealistyczna batalia z nagłą transfiguracją rozpoczętą po zetknięciu z jakimś zewnętrznym czynnikiem. U Rainbow ingerencja w ciało wynika z kolei z głębokiego pragnienia usunięcia wstydliwego znamienia. Osobie, która nie musi się mierzyć z podobnym problemem, łatwo go zbagatelizować, ale dotkniętą nim paraliżuje nieustanne poczucie wstydu, uniemożliwiające normalne funkcjonowanie. Tak wygląda codzienność Wei (Joyena Sun), studentki biochemii wykazującej zadatki na geniusza, ale obciążonej traumą po tym, jak jej ojciec – noszący dziedziczone w tej rodzinie znamię – przeprowadził na sobie tragiczny w skutkach eksperyment. Córka jest jednak na tyle zdeterminowana, by odmienić swój los, że kontynuuje badania nad błyskawicznie przyjmującym się przeszczepem skóry. Jak nietrudno się domyślić, najpierw odnosi drobne sukcesy, a później pojawiają się skutki uboczne wprawiające w ruch lawinę pomyłek, których skutkiem są kolejne zgony.

Przeczytaj również:  „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” – Dwa wilki [RECENZJA]

Konstrukcję scenariusza można uznać za gatunkowy klasyk. Na podobnym szkielecie rozciągnięto fabułę chociażby Substancji. Nie jest to zresztą koncept zupełnie oryginalny, bo gdyby zastąpić horror komedią, mielibyśmy do czynienia z typową farsą – bohaterka mierzy się z serią coraz bardziej nieprawdopodobnych i kompromitujących wydarzeń, które podsyca jej narastająca próżność. Każda próba ratunku zaognia i dodatkowo komplikuje sytuację aż do momentu kulminacyjnego, gdy dochodzi do upokorzenia, po jakim nie sposób się podźwignąć. Pod tym względem Grafted nie różni się znacząco na przykład od W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju, tyle że na szczęśliwe zakończenie szanse od początku wydają się niewielkie.

Najciekawsza Rainbow jest wtedy, gdy opowiada o różnicach kulturowych, w dwóch zresztą językach – mandaryńskim i angielskim. Czasami wpuszcza w ten sposób nieco humoru, na przykład w scenie, w której koleżanki oglądają film . Te amerykańskie zajadają popcorn, natomiast Wei głośno siorbie zupę, co wprawia je w osłupienie. Częściej odmienność prowadzi jednak do tego, czego należałoby się spodziewać po filmie silącym się na podsuwanie komentarza społecznego – ksenofobicznych uwag, wyśmiewania i w końcu do przemocy fizycznej. To wątek znacznie ciekawiej przedstawiony, z większą swobodą i pomysłowością niż kolejny miks morderstw i zabiegów kosmetycznych, ale niestety ledwo muśnięty.

Grafted
Kadr z filmu „Grafted” / Forum Film Poland

Trzy aktorki obsadzone w głównych rolach (Joyena Sun, Jess Hong i Eden Hart) robią wszystko, co w ich mocy, żeby uratować niezbyt oryginalny koncept i na ogół wychodzą z tego obronną ręką. Są w żonglerce tożsamościami bardziej wiarygodne niż Nicolas Cage i John Travolta w Bez twarzy, a w dodatku za każdym razem, gdy któraś przyjmuje na barki ciężar prowadzenia narracji, nastrój subtelnie się zmienia. Wei to rozpacz, Angela (Hong) to strach, a Eve (Hart) to zahaczająca o groteskę komedia. Szkoda tylko, że nie dostajemy szansy, by je bliżej poznać. Niemal wszystko, co robią, bazuje na reakcjach na rzucane im przez scenariusz wyzwania. Z jednej strony trudniej się z tego względu przejmować ich losami, z drugiej dzięki zajęciu pozycji obserwatora (czy wręcz podglądacza) możemy od czasu do czasu odczuć odrobinę występującej w śladowych ilościach grozy. Grafted nie jest horrorem, który ma straszyć, tylko takim, który za pomocą makabry opowiada o… No właśnie, o czym? Z wywiadu, którego reżyserka udzieliła portalowi Offscreen Central wynika, że o dorastaniu, a w dodatku w duchu Wrednych dziewczyn Marka Watersa, ale pomiędzy kolejnymi przeszczepami twarzy kontekst całkowicie się rozmył, pozostawiając jedynie pozbawione treści sceny. Piękne, bo Rainbow zdecydowanie ma zmysł estetyczny, ale czuć niedosyt, kiedy strawa dla oczu nie idzie w parze z historią, która nie ulatywałaby z głowy zaraz po wejściu napisów końcowych.

Przeczytaj również:  „Byłam postacią rozjaśniającą ten mroczny świat” – Rozmawiamy z Mary Pawłowską [WYWIAD]

Grafted trafił do kin w fatalnym momencie, bo o Substancji nie tylko wciąż się dyskutuje, doczekała się ona również pięciu nominacji do Oscarów, w tym za Najlepszy Film, zdobyła statuetkę za Najlepszą charakteryzację i fryzury. Porównań uniknąć się nie da, a każde z nich wypada na korzyść filmu Coralie Fargeat. Jak echo wybrzmiewa u Sashy Rainbow przestroga przed pogonią za pięknem i jej tragicznymi skutkami, ale tyle w niej autentyczności i własnego głosu, ile w morałach prawionych na koniec każdego odcinka He-Mana i Władców Wszechświata. Ogląda się to mimo wszystko z zaciekawieniem, głównie ze względu na dobre oko reżyserki i świetną obsadę, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że potencjał tej historii nie został w pełni wykorzystany.

korekta: Oliwia Kramek

+ pozostałe teksty

Jarosław Kowal – redaktor naczelny portalu Soundrive, kurator festiwalu Jazz Jantar, a także współpracownik Mint Magazine, Dwutygodnika, Pełnej Sali, radia Jazzkultura i portalu PopMatters. W przeszłości związany z podcastem Nightslime, magazynami Kawaii i Noise, portalami Film.org.pl, Fathers, Uwolnij Muzykę i z Radiem Kapitał.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.