Advertisement
FestiwaleFilmyRecenzje

„Light Pillar” – Chiński Aki Kaurismäki | Recenzja | Animator 2026

Janek Brzozowski
Kadr z filmu „Light Pillar”
fot. „Light Pillar” / mat. prasowe Berlinale

Choć de facto mamy w Light Pillar do czynienia z gatunkiem science fiction, to najważniejszą kategorią wydaje się tu nie czas, lecz przestrzeń. Akcję swojego pełnometrażowego debiutu Xu Jingwei osadza w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale w bardzo określonym miejscu – na terenie podupadającego studia filmowego. Na drugim planie majaczą gigantyczne scenografie imitujące Starożytną Grecję i Imperium Rzymskie, papierosa pali się tu pod kamiennym pyskiem atrapy Sfinksa, a na wyjątkowo opłakaną, wypłaconą co kilka miesięcy pensję utyskuje w cieniu repliki Zakazanego Miasta. W takiej scenerii Jingwegi snuje melancholijną opowieść o odchodzeniu do lamusa. Na śmietniku historii ląduje tutaj nie tylko, kiedyś wielkie i szalenie popularne, studio filmowe, ale również kino jako medium, a może i w ogóle – cały świat.

Wiem, brzmi to wszystko dosyć patetycznie, zapewniam was jednak, że z patosem film Jingweia ma raczej niewiele wspólnego. To w gruncie rzeczy historia bardzo skromna – dostosowana pod względem tonacji do introwertycznej osobowości głównego bohatera, zatrudnionego w studiu filmowym jako woźny. Gdzieś pomiędzy zamiataniem ulic i renowacją rozpadających się konstrukcji, nasz bohater marzy o lepszym życiu: z rozrzewnieniem wpatruje się w niebo, na którym goszczą tytułowe słupy światła – powidoki komercyjnych lotów w kosmos. W filmie Jingweia kino przestało już pełnić funkcję eskapistyczną. Ucieka się teraz w sposób bardziej radykalny i angażujący. Jeżeli dysponuje się odpowiednimi środkami, można wynieść się na orbitę i spędzić wakacje na obcej planecie, obserwując spadające gwiazdy w szczelnie zamkniętym skafandrze. Klientom z mniej imponującym budżetem pozostają symulatory wirtualnej rzeczywistości, przypominające hełmy, które fani muzyki elektronicznej pamiętają ze świetnego teledysku do piosenki I Got U Duke’a Dumonta. 

Kadr z filmu „Light Pillar”
fot. „Light Pillar” / mat. prasowe Berlinale

W posiadanie takiego hełmu wchodzi w pewnym momencie bohater filmu Jingweia. Kiedy nakłada go wreszcie na głowę, dzieje się rzecz niezwykła, decydująca o wyjątkowości Light Pillar: animacja ustępuje miejsca filmowi aktorskiemu. Taka mieszanina form to oczywiście nic  nowatorskiego, widzieliśmy ją już w kinie wielokrotnie. Film Jingweia wysuwa przed szereg sprytne odwrócenie: kiedy ten pierwszy zaludniają ludzie z krwi i kości, a ten drugi rysunkowi bohaterowie, wirtualny świat zaczyna wydawać się bardziej namacalny od prawdziwego. Jednocześnie reżyser utrzymuje cyfrową rzeczywistość w skrajnie sztucznym anturażu: wszystko obraca się tu wokół tematu „letniej nocy w małym miasteczku”, dekoracje mienią się i błyszczą, sympatyczni NPC-e sprzedają lody i cyfrowe lekcje tańca, a drapieżni scamerzy ukrywają się za awatarami młodych kobiet, czatując na co bardziej zdesperowanych i mniej rozgarniętych użytkowników (nie trzeba chyba dodawać, że do tego grona zalicza się nasz woźny).

Przeczytaj również:  „Supergirl” – Space operetta [RECENZJA]

Podskórnym tematem filmu Jingweia – funkcjonującym na płaszczyźnie, nazwijmy to, bardziej osobistej – jest samotność. To właśnie ona popycha bohatera do ucieczki w wirtualną rzeczywistość, zwiększając jednocześnie jego podatność na oszustwa. W świecie rzeczywistym  woźny nie odnajduje się ani trochę. Koledzy notorycznie robią sobie z niego jaja, pieniądze pozwalają co najwyżej na zakup nowej zabawki antystresowej, a jakby tego było mało, to szef obcina mu pensję ze względu na niepożądany stan cywilny. Innymi słowy: perspektyw na lepsze jutro nie widać. Jedyną istotą, z którą bohater nawiązuje bliższą relację jest lokalny kot – niegdysiejsza gwiazda filmowa, wałęsająca się teraz między budynkami w poszukiwaniu jedzenia. Na papierze depresja pełną gębą, Jingwei dba jednak o to, aby jego film w żadnym momencie nie zamienił się w smętnego snuja. Prawie każdą scenę podszywa subtelnym humorem sytuacyjnym i absurdem, a w momencie największego dołka wysyła swojego bohatera w podróż mentalną a la Big Lebowski, pozwalając mu oderwać się na moment od ziemi i podryfować swobodnie w powietrzu.

Kadr z filmu „Light Pillar”
fot. „Light Pillar” / mat. prasowe Berlinale

Dyskretnym patronem debiutu Jingweia jest, co ciekawe, Aki Kaurismäki. Light Pillar odczytywać można nawet jako hołd złożony twórczości fińskiego mistrza. Zachęcają do tego przede wszystkim intertekstualne nawiązania, które Jingwei zaszyfrowuje w animacji (podczas sceny w autobusie wypatrzeć możemy chociażby jednego ze słynnych kowbojów z Leningradu), ale również mroźna atmosfera, przywodząca na myśl raczej skandynawskie plenery niż chińską prowincję, oraz melancholijny, a jednocześnie czuły sposób narracji, tak dobrze znany wszystkim fanom autora Opadających liści. Podobnie jak Kaurismäki, Chińczyk celuje w kino zimno-ciepłe. Zimne są tu okoliczności społeczne i naturalne, ciepłe – wnętrza i uczucia bohaterów.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Wałkonie” (1953) | FEDERICO FELLINI: ciao a tutti!

Light Pillar można by zamknąć w krótkim, marketingowo zgrabnym sloganie: „chiński Aki Kaurismäki”. Oddawałoby to debiutowi Jingweia sprawiedliwość, ale tylko do pewnego stopnia. Light Pillar to jednak coś więcej: nowy, w pełni autonomiczny głos w światowej animacji. Zatroskany o kierunek, w którym zmierzają kino i planeta, ale niepozbawiony nadziei na lepsze jutro. Jasne, w spektakularnym finale studio filmowe – ten cudaczny moloch reprezentujący złote czasy kina – zostaje wysadzony, bo taki kaprys ma reżyser kręcący w okolicy tandetne sci fi za setki milionów jenów. Na miejscu studia posadzony zostaje jednak las (trudno o bardziej dosadny symbol odrodzenia), a nasz woźny udaje się wreszcie na zasłużone wakacje. Z obowiązkowym kocurem przy boku.

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Krytyk filmowy, filmoznawca, magazynier. Jego teksty znaleźć można również w miesięczniku „Kino” i dwumiesięczniku „Netfilm”, a czasem w kwartalniku „Ekrany” i „Czasie Kultury”. Wyróżniony w XXIX Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Mieszka w Poznaniu, z narzeczoną i kotem.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.