„Light Pillar” – Chiński Aki Kaurismäki | Recenzja | Animator 2026
Choć de facto mamy w Light Pillar do czynienia z gatunkiem science fiction, to najważniejszą kategorią wydaje się tu nie czas, lecz przestrzeń. Akcję swojego pełnometrażowego debiutu Xu Jingwei osadza w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale w bardzo określonym miejscu – na terenie podupadającego studia filmowego. Na drugim planie majaczą gigantyczne scenografie imitujące Starożytną Grecję i Imperium Rzymskie, papierosa pali się tu pod kamiennym pyskiem atrapy Sfinksa, a na wyjątkowo opłakaną, wypłaconą co kilka miesięcy pensję utyskuje w cieniu repliki Zakazanego Miasta. W takiej scenerii Jingwegi snuje melancholijną opowieść o odchodzeniu do lamusa. Na śmietniku historii ląduje tutaj nie tylko, kiedyś wielkie i szalenie popularne, studio filmowe, ale również kino jako medium, a może i w ogóle – cały świat.
Wiem, brzmi to wszystko dosyć patetycznie, zapewniam was jednak, że z patosem film Jingweia ma raczej niewiele wspólnego. To w gruncie rzeczy historia bardzo skromna – dostosowana pod względem tonacji do introwertycznej osobowości głównego bohatera, zatrudnionego w studiu filmowym jako woźny. Gdzieś pomiędzy zamiataniem ulic i renowacją rozpadających się konstrukcji, nasz bohater marzy o lepszym życiu: z rozrzewnieniem wpatruje się w niebo, na którym goszczą tytułowe słupy światła – powidoki komercyjnych lotów w kosmos. W filmie Jingweia kino przestało już pełnić funkcję eskapistyczną. Ucieka się teraz w sposób bardziej radykalny i angażujący. Jeżeli dysponuje się odpowiednimi środkami, można wynieść się na orbitę i spędzić wakacje na obcej planecie, obserwując spadające gwiazdy w szczelnie zamkniętym skafandrze. Klientom z mniej imponującym budżetem pozostają symulatory wirtualnej rzeczywistości, przypominające hełmy, które fani muzyki elektronicznej pamiętają ze świetnego teledysku do piosenki I Got U Duke’a Dumonta.

W posiadanie takiego hełmu wchodzi w pewnym momencie bohater filmu Jingweia. Kiedy nakłada go wreszcie na głowę, dzieje się rzecz niezwykła, decydująca o wyjątkowości Light Pillar: animacja ustępuje miejsca filmowi aktorskiemu. Taka mieszanina form to oczywiście nic nowatorskiego, widzieliśmy ją już w kinie wielokrotnie. Film Jingweia wysuwa przed szereg sprytne odwrócenie: kiedy ten pierwszy zaludniają ludzie z krwi i kości, a ten drugi rysunkowi bohaterowie, wirtualny świat zaczyna wydawać się bardziej namacalny od prawdziwego. Jednocześnie reżyser utrzymuje cyfrową rzeczywistość w skrajnie sztucznym anturażu: wszystko obraca się tu wokół tematu „letniej nocy w małym miasteczku”, dekoracje mienią się i błyszczą, sympatyczni NPC-e sprzedają lody i cyfrowe lekcje tańca, a drapieżni scamerzy ukrywają się za awatarami młodych kobiet, czatując na co bardziej zdesperowanych i mniej rozgarniętych użytkowników (nie trzeba chyba dodawać, że do tego grona zalicza się nasz woźny).
Podskórnym tematem filmu Jingweia – funkcjonującym na płaszczyźnie, nazwijmy to, bardziej osobistej – jest samotność. To właśnie ona popycha bohatera do ucieczki w wirtualną rzeczywistość, zwiększając jednocześnie jego podatność na oszustwa. W świecie rzeczywistym woźny nie odnajduje się ani trochę. Koledzy notorycznie robią sobie z niego jaja, pieniądze pozwalają co najwyżej na zakup nowej zabawki antystresowej, a jakby tego było mało, to szef obcina mu pensję ze względu na niepożądany stan cywilny. Innymi słowy: perspektyw na lepsze jutro nie widać. Jedyną istotą, z którą bohater nawiązuje bliższą relację jest lokalny kot – niegdysiejsza gwiazda filmowa, wałęsająca się teraz między budynkami w poszukiwaniu jedzenia. Na papierze depresja pełną gębą, Jingwei dba jednak o to, aby jego film w żadnym momencie nie zamienił się w smętnego snuja. Prawie każdą scenę podszywa subtelnym humorem sytuacyjnym i absurdem, a w momencie największego dołka wysyła swojego bohatera w podróż mentalną a la Big Lebowski, pozwalając mu oderwać się na moment od ziemi i podryfować swobodnie w powietrzu.

Dyskretnym patronem debiutu Jingweia jest, co ciekawe, Aki Kaurismäki. Light Pillar odczytywać można nawet jako hołd złożony twórczości fińskiego mistrza. Zachęcają do tego przede wszystkim intertekstualne nawiązania, które Jingwei zaszyfrowuje w animacji (podczas sceny w autobusie wypatrzeć możemy chociażby jednego ze słynnych kowbojów z Leningradu), ale również mroźna atmosfera, przywodząca na myśl raczej skandynawskie plenery niż chińską prowincję, oraz melancholijny, a jednocześnie czuły sposób narracji, tak dobrze znany wszystkim fanom autora Opadających liści. Podobnie jak Kaurismäki, Chińczyk celuje w kino zimno-ciepłe. Zimne są tu okoliczności społeczne i naturalne, ciepłe – wnętrza i uczucia bohaterów.
Light Pillar można by zamknąć w krótkim, marketingowo zgrabnym sloganie: „chiński Aki Kaurismäki”. Oddawałoby to debiutowi Jingweia sprawiedliwość, ale tylko do pewnego stopnia. Light Pillar to jednak coś więcej: nowy, w pełni autonomiczny głos w światowej animacji. Zatroskany o kierunek, w którym zmierzają kino i planeta, ale niepozbawiony nadziei na lepsze jutro. Jasne, w spektakularnym finale studio filmowe – ten cudaczny moloch reprezentujący złote czasy kina – zostaje wysadzony, bo taki kaprys ma reżyser kręcący w okolicy tandetne sci fi za setki milionów jenów. Na miejscu studia posadzony zostaje jednak las (trudno o bardziej dosadny symbol odrodzenia), a nasz woźny udaje się wreszcie na zasłużone wakacje. Z obowiązkowym kocurem przy boku.
korekta: Anna Czerwińska
Krytyk filmowy, filmoznawca, magazynier. Jego teksty znaleźć można również w miesięczniku „Kino” i dwumiesięczniku „Netfilm”, a czasem w kwartalniku „Ekrany” i „Czasie Kultury”. Wyróżniony w XXIX Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Mieszka w Poznaniu, z narzeczoną i kotem.
