Advertisement
Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką: „Głos z księżyca” (1989) | FEDERICO FELLINI: ciao a tutti!

Norbert Kaczała
Grafika: Norbert Kaczała
Grafika: Norbert Kaczała

Zagraj to jeszcze raz, Federico!

Kiedy żar leje się z nieba, w ramach lepszego zniesienia codzienności, ludzki umysł może wędrować w miejsce, gdzie wszystko to stanie się bardziej znośne. Przenieść się myślami choćby słonecznej Italii, idyllicznym wyobrażeniu słodkiego życia, w którym nie dotyczą nas takie bzdety jak praca przy 35 stopniach Celsjusza. Ale można też pójść do klimatyzowanego kina studyjnego, żeby osiągnąć podobny efekt. Jednak co w przypadku niemożliwej do podjęcia decyzji o seansie danego filmu? Jak wybrać tego właściwego Felliniego, który zabierze nas do świata, kolidującego czasem z rzeczywistością, nawet gdy musi z nią współistnieć? Może wybrać tego najgorszego? Niechcianego i zapomnianego, o którego nikt nie chciał się upomnieć? Bo choć Głos z księżyca ledwie znalazł swoją (niewielką) publikę, nadal w pewien sposób umyka jej uwadze pośród pozostałej filmografii reżysera. To dość bolesna ironia, że po napisaniu tylu wspaniałych tekstów, nikt nie zechciał przeczytać testamentu autora, w którym przecież podsumowuje wszystko czego dokonał. Ale po kolei.

Początku Głosu z Księżyca możemy upatrywać w kilku punktach. Jednym z nich jest wydana w 1987 roku powieść Ermanno Cavazzoniego pt. Poemat szaleńców, na bazie której Fellini oparł scenariusz nadchodzącego filmu. To ogromna wolta, biorąc pod uwagę, że twórca nie tylko deklarował brak zainteresowania literaturą (np. nie czytał Prousta, czy Joyce’a, bo zwyczajnie go nie obchodzili). Mówił o braku cech wspólnych kina z innymi dziedzinami sztuki, ale otwarcie współpracował z Cavazzionim jako współscenarzystą. Drugim punktem startowym był jeden z odłożonych na później projektów reżysera, który miał prezentować naturalny świat. „Ziemia, pory roku, słońce i deszcz, dzień i noc. Spodobał mu się pomysł, że nocą woda w studni budzi się do życia dzięki księżycowi i zaczyna przekazywać ciche, nieśmiałe wiadomości”. Jak tu jednak wsłuchać się w muzykę przyrody, gdy wokół hałasuje cywilizacja? Co dobitnie ironiczne, by zrealizować tę wizję, Fellini musiał skonfrontować się ze swoimi wcześniejszymi poglądami również na innej płaszczyźnie. Film został całkowicie sfinansowany przez telewizję, czyli medium, któremu otwarcie się sprzeciwiał. Głos z księżyca jest wyjątkowo jawną satyrą na medialnych gigantów pokroju Silvio Berlusconiego, skłonnych zakrzyczeć spokój niewielkiego miasteczka kakofonią płynącą z teleodbiorników. Ale jednak gdyby nie ten kolos, nie byłoby ani komu krzyczeć, ani na kogo.

Głos z księżyca
fot. „Głos z księżyca” / materiały prasowe Stowarzyszenia Kin Studyjnych

Ale kto właściwie krzyczy? Na początku nikt, bowiem pierwsze słowa w filmie padają z ust Ivo, w którego wciela się niezwykle popularny ówcześnie komik – Roberto Benigni. Co ciekawe, nie była to jego pierwsza styczność z Fellinim (brał on udział w czytanych próbach do aż trzech filmów maestro – Miasta kobiet, Ginger i Freda oraz Wywiadu, w których ostatecznie nie wystąpił). W ostatnim filmie Włocha nasz protagonista snuje się nocą po polu gdzieś w delcie Padu, wzywany przez tajemnicze głosy wydobywające się z wnętrza starej studni. Z zamyślenia i cytowania na głos poezji wyrywa go rubaszna dyskusja grupki mężczyzn, którzy pod osłoną nocy podglądają mieszkankę pobliskiego domostwa. Przegnani przez niechętną na przymusowy ekshibicjonizm kobietę, rozbiegają się w swoje strony, zaś bohater udaje się na cmentarz w towarzystwie innego rezydenta pięknego budynku – Gonnelli (Paolo Villaggio). Ramię w ramię, na wyprawę wyruszają właśnie dwie inkarnacje samego reżysera, które w ciągu kilku dni skonfrontują się z nieubłaganym. Młody, energiczny i dość naiwny romantyk, świeżo wypuszczony ze szpitala dla obłąkanych jest jak Fellini sprzed kilku dekad. Stoicki, zrezygnowany i powściągliwy Gonnella z dekadami doświadczeń ukrytymi w zmęczonym spojrzeniu, to reżyser współcześnie. Tęskniący za czasami, gdy to wszystko było prostsze, szczere, piękne i „jakieś”.

Gdzie Rimini z tamtych lat?

La voce della luna jest często odczytywany jako swoisty testament Felliniego. Nie dlatego, że podsumowuje jego poglądy czy artystyczną drogę wprost, lecz dlatego, że zbiera motywy obecne niemal przez całą jego twórczość i pokazuje, jak bardzo zmieniło się ich znaczenie. Podobnie jak świat, któremu chciałby je przedstawić. Piękno i sielanka słodkiego życia, w którym lubuje się Fellini niestety zostają wyraźnie przysłonięte i zagłuszone. Ivo po spotkaniu z Gonnellą na pobliskiej nekropolii, gdzie oddaje się podrózy w świat wspomnień o swojej babci (niczym Guido w Osiem i pół), cytując co jakiś czas poezję Giacomo Leopardiego, wyrusza z samego rana do miasteczka. Właśnie rozpoczyna się doroczny i hucznie celebrowany Festiwal Gnocchi, co ściąga do okolicy ekipę telewizyjną wraz ze sporym zapleczem technicznym. Zamiast gwaru szczęśliwych mieszkańców, słychać tylko pracę maszyn, ciągły zgiełk i aroganckie komentarze dziennikarzy. Nie ma tu miejsca na beztroskie szwendanie się po prowincji, jak w Armacordzie. Niczym anonimowa kamera wkraczajaca w przetrzeń nostaligcznego Rimini, tak Ivo wprowadza nas w świat nienazwanej mieściny. 19 marca, w dzień św. Józefa, oficjalnie żegna się zimę, a płonący na placu stos jest wydarzeniem równie godnym celebracji, co wspomniany festiwal pysznych klusek i wybory Miss Mąki. Swojska, ale dość przaśna oprawa to właśnie dzieciństwo Felliniego, „jedyne jakie miał”. Zbiorowe rytuały traktowane jako dość puste, ewokują w twórcy ogromne poczucie nostalgii. Czyż nie prościej było żyć z dnia na dzień, nie martwiąc się o konsekwencje, opinię innych czy to co przyniesie jutro? Historia pozbawiona fabuły, czy jednego głównego bohatera, to wizja rzeczywistości podobna do tej, jaką obserwuje Ivo. Przechodząc od lokacji do lokacji, mijając dziesiątki osób jest zaskakująco biernym obserwatorem świata, który jeszcze do niedawna wydawał się przystępny dla takich jak on. Jednak tam, gdzie w Armacordzie przemijanie jest naturalną koleją rzeczy jak powtarzający się cykl pór roku, Głos z księżyca odbiera nam beztroskę w sposób znacznie bardziej brutalny. Zostaje ona zawłaszczona przez wielkomiejski zgiełk, który każe nam wsłuchiwać się w The Way You Make Me Feel Michaela Jacksona puszczone z wielkich kolumn na środku pola, zamiast cykania pasikoników, które do niedawna tu mieszkały. Muzeum Felliniego nie bez powodu zestawia ze sobą oba filmy, sugerując, że jeśli Amarcord był „totalną wioską pamięci” i makietą, na którą patrzy się z nostalgicznym westchnieniem, to La voce della luna jest schronieniem, bunkrem osłaniającym nas przed współczesnym światem.

The Fools Who Dream

Gdzie w takim świecie miejsce dla marzyciela/szaleńca pokroju Ivo? Nie jest to przecież pierwszy raz, gdzie felliniowski bohater (czy wizja świata) nie znajduje dla siebie przestrzeni. Postać grana przez Begniniego przywodzi mi wyraźnie na myśl Gelsominę z La strady, której droga na ekran (nie bohaterki, tylko La strady) nie należała przecież do łatwych. Panujący we Włoszech neorealizm nie szedł w parze z niezwykłą i literacką historią (rekomendowano nawet Felliniemu, żeby zabrał się za poemat), na którą wpływ miały ciągłe korekty Ennio Faliano. Jak z resztą sam powiedział, jego wkład polegał głównie na mówieniu źle o La stradzie, aby ostudzić zapał reżysera. Aż dziw bierze, że nie jest to zaplanowana akcja promocyjna, by film o beztroskim marzycielu musiał zostać równie stłamszony jak on sam. To właśnie duchowa obecność Gelsominy sprawia, że Ivo jest tak bliski fanom reżysera, a jego dylematy tak znajome. Oboje są outsiderami, którzy dostrzegają rzeczy niewidzialne dla „normalnych” ludzi. To niewinni świadkowie tajemnicy świata i choć w Głosie z księżyca ta niewinność wciąż jest obecna, staje się bardziej krucha. Ivo nie jest już figurą świętego głupca, których przecież Fellini traktował z pewnym niemal religijnym namaszczeniem. Jest kimś, kto próbuje ocalić zdolność słuchania w świecie ogłuszonym przez nieustanny szum. To człowiek uznawany za niespełna rozumu, który słyszy głos księżyca, niemal równoznacznie szalony i zostawiony na pastwę losu co Gelsomina. Ale co tam jedna ludzka tragedia, gdy wokół wciąż trwa zabawa a muzyka gra dalej.

Głos z księżyca
fot. „Głos z księżyca” / materiały prasowe Stowarzyszenia Kin Studyjnych

Tylko, że piękna niegdyś muzyka zamienia się w kakofonię. Przygrywający w tle podkład dźwiękowy nowoczesności dało się już usłyszeć wcześniej w La dolce vita, gdy Fellini pokazywał społeczeństwo zanurzone w spektaklu, celebrytach i nieustannej pogoni za sensacją. Poznajemy tam Marcella, dziennikarza obracającego się w świecie rzymskich celebrytów, artystów i arystokracji, skazanego dobrowolnie na ciągłe poszukiwanie miłości, spełnienia, czy chociaż namiastki autentyczności. Niestety każda kolejna noc przynosi rozczarowanie, gdy okazuje się, że sens życia nie znajduje się w powierzchownych i hedonistycznych doświadczeniach. Pozorne uczestnictwo w lokalnej kulturze wraz z resztą towarzyskiej śmietanki, to zakamuflowana bierność. W hałasie kolejnego przyjęcia nie słychać już własnych myśli, a co dopiero wzniosłych refleksji na temat naszego miejsca w tym nowobogackim teatrze. Na co komu ten blichtr, skoro i tak na koniec dnia zostaje się samemu, w luksusowej sypialni i wyciera łzy w jedwabną pościel. Marcella i Ivo łączy znacznie więcej, niż może wydawać się na podstawie ich ubrań czy statusu i niż chciałby przyznać pierwszy z nich. Obaj zostają wrzuceni w hałasujące środowisko, jednak to jeden z nich wepchnął się tam celowo, a drugi nie miał wyboru. Ivo, jak przystało na felliniowskiego szaleńca, widzi więcej niż reszta bohaterów, przez co bardzo łatwo demaskuje wszechobecny spektakl, przed którym próbuje uciec. Błąkają się między postaciami i lokacjami, którzy coraz mniej przypominają prawdziwych ludzi i miejsca. Nic dziwnego, skoro sam Fellini błąkał się tak już wcześniej.

było punktem zwrotnym w karierze reżysera (i przy okazji moim pierwszym kontaktem z jego twórczością). Tutaj niezwykle wyraźnie widać, że coraz mniej interesował go realizm, a priorytetem stawał się świat marzeń, wspomnień i fantazji, bez większego baczenia na spójny ciąg przyczyn i skutków. Tak jak w Głosie z księżyca granica między jawą a snem przecież praktycznie znika. Bohaterowie błąkają się po nocnych krajobrazach, wydarzenia wydają się równie realne jak halucynacje, a narracja przypomina ciąg luźno powiązanych epizodów. Co więcej, scenografia rozstawiona pośrodku anonimowego miasteczka to dosłowna dekonstrukcja przestrzeni diegetycznej w filmie. Który z fragmentów dekoracji funkcjonuje jako część świata przedstawionego, a który jako inscenizacyjna pomoc dla samego reżysera? Co ostatecznie jest prawdziwe, a co tylko zdaje się takim dla artysty marzyciela? Co więcej, na czyj rozkaz ulega dekonstrukcji? Tam gdzie w to przyznanie się Felliniego do popadnięcia w kryzys twórczy i, o ironio, wzniesienie na jego fundamencie arcydzieła, tak Głos z księżyca jest raczej bezradną obserwacją popadania w ruinę. Na prowincję przyszli bogole z La dolce vita i zapełnili plac małego miasteczka swoimi wyimaginowanymi problemami i wielkimi ego. Zamiast wielkiej ekipy filmowej złożonej z artystów, są medialne sępy z telewizji, które zaraz oskubią truchło dawnej świetności tych okolic. Wygnają stamtąd młodziaków z Armacordu aż żaden wesoły cyrkowiec z La strady się nie ostanie. A Fellini nie ma już siły krzyczeć. Z resztą nawet gdyby miał, wokoło jest zbyt głośno, aby ktoś mógł go usłyszeć. Dlatego ostatni film reżysera można oglądać jako odwrócone . Tam artysta próbował wydobyć własny głos spośród wspomnień i fantazji, bo choć lata 50. i 60. były chaotyczne, tak wciąż pozostawały fascynujące. Tutaj stary Fellini nasłuchuje bardzo cichego, niemal niesłyszalnego głosu księżyca w świecie, który przestał słuchać. To nie tylko cytat z wcześniejszych filmów, ale refleksja nad tym, co zostało z całego felliniowskiego uniwersum po czterdziestu latach twórczości. Lokalsi kradną księżyc i chowają w stodole, aby niedługo potem duchowni i politycy posłużyli się nim jako źródłem propagandy. Uświęcone ciało niebieskie i natchnienie poetów stają się kolejną atrakcją turystyczną, a odbywająca się wokół niej konferencja eskaluje w chaotyczną bójkę. W jej trakcie anonimowy szaleniec wyciąga zza pazuchy pistolet i celując we wszystkich kierunkach zapytuje Wszechświat wrzeszcząc: „Co ja tutaj robię? Dlaczego się tutaj znalazłem?” na co odpowiedź ma, rzecz jasna, nasz protagonista: „Może gdybyśmy się uciszyli, to coś udałoby nam się zrozumieć”.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Brzezina” (1970) | WAJDA: re-wizje
głos z księżyca
fot. „Głos z księżyca” / materiały prasowe Stowarzyszenia Kin Studyjnych

Czy w tym szaleństwie jest jeszcze miejsce na odrobinę zachwytu, znaną z poprzednich dzieł reżysera? Na pozór, zostało go naprawdę sporo. Mimo wszystkich przemian pewne elementy wchodzące w skład filmografii reżysera pozostają identyczne od początku kariery: fascynacja dziwakami i outsiderami, epizodyczna konstrukcja narracji przywodząca na myśl występ w cyrku, przekonanie o prawdzie i sensie sztuki ukrytej w marzeniach a nie w realizmie, oraz eksploracja pamięci, wspomnień i wyobraźni. Co zatem sprawia, że niemal nikt nie był zainteresowany premierą, dystrybucją i dyskusją o Głosie z księżyca? Zapewne fakt, że Federico po raz kolejny opowiedział tę samą historię, tylko szybciej, po łebkach i mniej wyraźnie. Bo choć stosunek Felliniego do swojej twórczości pozostawał niezmienny, tak stosunek do świata wprost przeciwnie. A skoro nie wierzy on już w to wszystko, czemu i my byśmy mieli? Gdy Ivo i Gonnella siedzą pod osłoną nocy na polu, tak naprawdę na ziemi przycupnęliśmy my wraz z reżyserem. Słuchając wykładu starszego pana, dla którego już za późno. Za głośno, za dużo, za bardzo, za jakie grzechy? Ten monolog, to już nie introspekcja artysty, lecz refleksja starzejącego się człowieka, który nie jest w stanie pogodzić się z nieuniknionym. A niestety z biegiem lat, musiał to zrobić, bo nieprzychylna recepcja filmu sprawiła, że sfinansowanie kolejnego projektu zaczęło graniczyć z cudem. W 1992 roku, niedługo po swoich 70 urodzinach, reżyser zrealizował chyba najbardziej urągający jego wizji sztuki projekt – reklamę telewizyjną Banca di Roma. I choć rok później triumfował ostatecznie odbierając Oscara za całokształt twórczości, nie da się ukryć, że zwieńczenie tejże to nader smutny obrazek. Mały chłopiec musiał dorosnąć, a marzenia przegrać z rzeczywistością. Ale od czego mamy kino?

Korekta: Magda Wołowska

Bibliografia

  • de Lima M., Mousinho L. A., (Re)constructing Oneself in the Movies: Autobiographical Aspects in Federico Fellini’s Amarcord, Intexto: Nr 47 (2019)
  • Grochowiak A., Burzenie i tworzenie schematów inicjacyjnych w filmach Felliniego, Załącznik Kulturoznawczy: Nr 9 (2022)
  • Kletowski P., Wypełnić puste miejsca. O fascynacjach literackich i praktykach adaptacyjnych Federica Felliniego, Załącznik Kulturoznawczy: Nr 9 (2022)
  • Kornatowska M., Fellini. Warszawa: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa, 1989
  • Wiegand, C., Fellini. Dzieła wszystkie. Taschen, Köln, 2006
  • Fellini’s Memory: Amarcord, Senses of Cinema, dostęp: 3 lipca 2026, https://www.sensesofcinema.com/2023/feature-articles/fellinis-memory-amarcord/
  • La voce della luna, Fellini Museum, dostęp: 29 czerwca 2026, https://fellinimuseum.it/en/la-voce-della-luna/
  • La voce della luna: Fellini e Benigni, il canto del cigno del Maestro, Culturamente, dostęp: 3 lipca 2026, https://www.culturamente.it/cineforum/voce-luna-fellini-benigni-recensione/
  • The Voice of the Moon, PopMatters, dostęp: 29 czerwca 2026, https://www.popmatters.com/the-voice-of-the-moon

Tekst powstał we współpracy patronackiej ze Stowarzyszeniem Kin Studyjnych nad przeglądem „FEDERICO FELLINI: ciao a tutti!”.

+ pozostałe teksty

Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.