Advertisement
FilmyRecenzjeStreaming

„Proces Siódemki z Chicago” – odrzucony sprzeciw w krainie precedensów [RECENZJA]

Michał Delikator
Proces Siódemki z Chicago
fot. kadr z filmu "Proces Siódemki z Chicago" / materiały prasowe

Niemal trzydzieści lat temu Tom Cruise wymierzył oskarżycielski palec w kierunku Jacka Nicholsona i krzyknął, że chce usłyszeć prawdę. Z kinowych głośników wybrzmiała gromka odpowiedź filmowego adwersarza: „you can’t handle the truth”. Publiczność zadrżała. Jaka jest prawda, której nie zniesie Cruise? Czy my widzowie zdołamy ją udźwignąć przy okazji filmu „Proces Siódemki z Chicago”?

Takie pytania stanęły przed widzami w kulminacyjnym punkcie Ludzi honoru. Do zadania ich zmusił odbiorców scenarzysta filmu – Aaron Sorkin. Wykreował on dramat sądowy przepełniony błyskotliwymi dialogami, suspensem i ważnymi kwestiami społecznymi. Po dwudziestu ośmiu latach ponownie próbuje swoich sił w ukazaniu emocjonującej batalii sądowej. Nowa produkcja Netflixa jest efektem tych starań.

Jak kończy się Proces Siódemki z Chicago zdradzić nie mogę. Z przyjemnością wyjawię zaś, jak się nie kończy. Tytułowa rozprawa nie okazuje się być surrealistycznym snem któregoś z bohaterów, nieprzychylni oskarżyciele nie zaczną bronić oskarżanych, a Richard Nixon nie poda się do dymisji (jeszcze). Role w historycznym spektaklu są rozdzielone od samego początku, rów niezgody został wykopany. Cofnijmy się zatem do sierpnia 1968 roku i przyjrzyjmy okolicznościom tytułowego procesu.

Proces Siódemki z Chicago
fot. kadr z filmu „Proces Siódemki z Chicago” / materiały prasowe

Podczas gdy do Wietnamu docierają kolejne samoloty z amerykańskimi rekrutami, w Stanach tli się lont rewolucji. W kwietniu zamordowany zostaje Martin Luther King – działacz na rzecz równouprawnienia i zniesienia dyskryminacji rasowej. Dwa miesiące później w zamachu ginie, przeciwny wojnie wietnamskiej, senator Robert Kennedy. Zbliżająca się konwencja Partii Demokratycznej w Chicago wydaje się być doskonałą okazją do wyrażenia sprzeciwu wobec kierunku zmian w państwie. Płomienne przemówienia, koncerty i marsze kończą się zaciętymi starciami ze służbami porządkowymi. Prawo policyjnych pałek okazuje się być silniejsze…

Pół roku później do władzy dochodzi przeciwny liberałom Richard Nixon. Zapada decyzja o postawieniu przed sądem inicjatorów protestów w Chicago. Na ławie oskarżonych zasiada początkowo osiem osób (do końca procesu obserwujemy jednak zmagania tytułowej Siódemki). Jest to oryginalny wachlarz postaci rzuconych w wir wydarzeń okresu kontrkultury: dwaj hipisowscy założyciele ruchu Yippies (Sasha Baron Cohen i Jeremy Strong), aktywiści studenccy (Eddie Redmayne i Alex Sharp), radykalny pacyfista (John Carroll Lynch), przywódca skrajnej organizacji Czarne Pantery (Yahya Abdul-Mateen II) i dwóch właściwie przypadkowych delikwentów. Rozpoczyna się proces, który zdiagnozuje stan amerykańskiej demokracji.

Przeczytaj również:  Najlepsze filmy 2025 roku | Ranking TOP 20 redakcji Filmawki

Aaron Sorkin (po raz drugi próbujący swych sił na reżyserskim stołku) dopiął swego. Powstający w bólach przez dwanaście lat scenariusz udało się przenieść na ekran. Zadanie zdecydowanie łatwe nie było – amerykański dramat sądowy to specyficzny gatunek, który wymaga przynajmniej powierzchownej znajomości tamtejszego systemu prawnego. Proces Siódemki z Chicago ogląda się jednak jak pierwszorzędny thriller, którego twórca nie pozwala widzowi na utratę orientacji w ekranowych wydarzeniach. Udało się to dzięki kilku czynnikom.

Proces siódemki z Chicago
fot. kadr z filmu „Proces Siódemki z Chicago” / materiały prasowe

Sorkin umiejętnie wykorzystuje sztuczkę dostępną dla nielicznych: akcję wywołuje przez dobre kierowanie aktorami i charyzmę ich postaci. Nie tylko obsada siedząca na ławie oskarżonych pokazuje swój kunszt, ale także Mark Rylance w roli zapalonego prawnika i Joseph Gordon-Levitt, wcielający się w głównego prokuratora, który wydaje się wątpić w słuszność swojej misji. Dostojny Frank Langella jako sędzia bliski szaleństwu i całkowitej niekompetencji skutecznie wzbudza niechęć. Nawet epizodyczny występ Michaela Keatona jako byłego prokuratora generalnego zapada w pamięć. Zespół aktorski jest niezawodny, każdy doskonale wciela się w swoją postać, ale Sacha Baron Cohen wyróżnia się szczególnie. Zabawny hipis, który stopniowo ujawnia się jako gorzki komentator rzeczywistości, to dotychczas najlepsza kreacja Brytyjczyka.

W przedstawieniu jednej z najczarniejszych kart amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości zwraca uwagę niezwykła klarowność procesowych podziałów. To kolejna z reżyserskich sztuczek Sorkina. Wolą reżysera jest bowiem wykorzystanie dużej sali sądowej tak, jakby była to mapa amerykańskiej ideologii rozdzielona na różne płaszczyzny chronologiczne. Obserwujemy lewicę – doskonale odsłoniętą w każdym aspekcie i podejściu do obrony swych praw (hipisi jako ekstremiści, pacyfiści i demokraci w centrum, a Czarne Pantery nieco poza tym podziałem, ponieważ są zaangażowane, ale związane z procesem tylko za sprawą swojego przywódcy). Po drugiej stronie sądowej barykady mamy prawicę – reprezentowaną przez urzędniczy monolit, silnie związany z hierarchicznym rozdzielnikiem władzy. Podatność sędziów i oskarżycieli na wpływy polityczne oddaje pogląd o stanie amerykańskiej sprawiedliwości tamtych lat.

Przede wszystkim jednak Proces Siódemki z Chicago to opowieść wręcz doskonale napisana. Sorkin zręcznie bawi się nerwami swoich bohaterów i widzów, sprytnie żonglując poważnym tonem i dobrze przemyślanym czarnym humorem. Niesprawiedliwość jest tuż przed naszymi oczami, a reżyser wie, jak ją uwypuklić, uczynić ją jeszcze bardziej irytującą. Reżyser potrafi także umiejętnie zarządzać tokiem wydarzeń, które są fundamentalne dla fabuły, ale i znacznie rozłożone w czasie. Liczne i dobrze skonstruowane dialogi sprawiają, że to rozwiązanie jest jeszcze bardziej funkcjonalne.

Przeczytaj również:  Galeria Pominiętych, czyli zestawienie filmów, których zabrakło w redakcyjnej topce 2025

Uwagę zwraca też ostrość słownych pojedynków. Bohaterowie nie szczędzą sobie dużych dawek sarkazmu, ironii, zabawnych docinków. Na pozornie perfekcyjnie utkanej sieci dialogów pojawiają się jednakże rysy. Wymiana werbalnych ciosów zawsze musi kończy się puentą, brzmiącą często tak, jakby jej autorzy w wolnych chwilach układali dowcipne przytyki na każdą okazję. Z tego powodu słowne potyczki oponentów tracą swą naturalność.

Sorkinowi udało się uniknąć banalnych nawiązań do nadchodzących wyborów prezydenckich w USA, które umniejszyłyby uniwersalność wydźwięku historii. Ona sama rezonuje z wystarczającą siłą, nie potrzebuje wspomagania w postaci nachalnych odniesień do współczesnej polityki. Skojarzenia często nasuwają się jednak same. Każdy widz zorientowany w tegorocznych wydarzeniach bez trudu dostrzeże paralele między krwawą pacyfikacją protestujących w roku 1968, a eskalacją brutalności amerykańskiej policji w stosunku do Afroamerykanów, która była tematem nagłówków w roku 2020.

Ta nieprzemijająca aktualność produkcji Netflixa to główny powód, dla którego po pięćdziesięciu latach warto poznać losy Siódemki z Chicago. Nie znajdziemy tu ukojenia, ulgi ani stoickich frazesów. Po raz kolejny dostaniemy zaś potwierdzenie, że bolesna jest droga przeciwników wiary w wieczność i wszechpotęgę systemu. Iskierka nadziei okazuje się być jednak niezwykle wydajna: podczas gdy władza cieszy się ze swojej bezkarności, „cały świat patrzy”, a to daje prawo przypuszczać, że pewnego dnia równowaga sił się zmieni.

+ pozostałe teksty

Student public relations i marketingu medialnego. Na bezludną wyspę zabrałby oba sezony Miasteczka Twin Peaks na DVD (choć o telewizorze i odtwarzaczu płyt by zapomniał). Fan postmodernizmu w sztuce, ale w życiu dąży przede wszystkim do harmonii.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.