FilmyRecenzjeStreaming

„Rebeka” – plastik spod morskiego dna [RECENZJA]

Michał Delikator
Rebeka
fot. materiały prasowe / Netflix

Kilkanaście miesięcy temu pewna ekipa filmowa stanęła przed zadaniem szczególnie trudnym. Musiała udowodnić, że kręcenie remake’u oscarowej produkcji nie jest oznaką twórczego lenistwa i braku pomysłów. Z pewnością twórcy przekonywali swoich pracodawców, przyjaciół i rodziny, że finalne dzieło będzie hołdem złożonym oryginalnemu filmowi, opowie historię z nowej perspektywy, wykorzysta możliwości, jakie daje współczesne kino. Wspomnianą ekipą byli realizatorzy filmu Rebeka. Nie dotrzymali swoich obietnic.

Efektem ich starań jest kolejna adaptacja powieści Daphne du Maurier. Film początkowo dość wiernie się na niej opiera: w scenerii luksusowego Monte Carlo obserwujemy początki uczucia między bogatym wdowcem Maximem de Winterem (Armie Hammer) i młodą narratorką wydarzeń (Lily James). Zauroczenie szybko przeradza się w większe uczucie i para bierze ślub. Arystokrata zabiera małżonkę do swojej rezydencji Manderley – miejsca, w którym obecność tragicznie zmarłej pierwszej żony wciąż jest wyczuwalna. Tytułowa Rebeka była bowiem panią domu uwielbianą przez wszystkich. Za przechowywanie dziedzictwa po niej odpowiada niepokojąca gospodyni – pani Danvers (Kristin Scott Thomas), która z pogardą traktuje nową lokatorkę posiadłości. Dziewczyna, przytłoczona zmianami w swoim życiu, próbuje zastąpić idealizowaną Rebekę. Gloryfikowana przeszłość ma jednak skłonności do ujawniania swoich ponurych tajemnic.

Rebeka
fot. materiały prasowe / Netflix

Porównanie tegorocznej Rebeki do filmu Alfreda Hitchcocka o tym samym tytule jest nieuniknione. Dzieło mistrza suspensu zdobyło w 1941 roku Oscary za najlepszy film i najlepsze zdjęcia czarno-białe. Do dziś produkcja broni się zwłaszcza dzięki dobremu aktorstwu, intrygującemu scenariuszowi i imponującej wizualnej estetyce. To właśnie ta adaptacja jest głównym punktem odniesienia przy recenzowaniu nowej Rebeki w reżyserii Bena Wheatleya, gdyż teoretycznie wykorzystuje to samo medium do opowiadania historii. Hitchcockowska ekranizacja mogła być poddana tak wielu reinterpretacjom i przeobrażeniom, że film Wheatleya miał szansę być choćby godnym uwagi. Dlaczego tak się jednak nie stało?

Rebeka okazuje się być bowiem tylko częściowo autorskim filmem. Bardziej przypomina połączenie brytyjskiego serialu telewizyjnego, reklamy perfum i sentymentalnej obyczajówki emitowanej w środowe popołudnie. Kłopoty z wyborem pożądanej estetyki zaczynają się tuż za linią startu. Zestaw romantycznych klisz, serwowany na początku filmu przez scenarzystów, zdumiewa swoją rozpiętością. Wheatley całkowicie odziera pierwsze sekwencje z niedopowiedzeń, tworząc sztuczne i mdłe love story, gdzie główne role grają wymowne spojrzenia, nieśmiałe interakcje i nawet pocałunki na plaży podczas zachodu słońca, przy dźwiękach sentymentalnej piosenki. Poważnie, ten najcięższy kaliber ckliwych schematów naprawdę znalazł się w filmie.

Przeczytaj również:  "Cząstki kobiety" - pustka zapełniana metaforami [RECENZJA]

Nieprzypadkowo określiłem, że początkowo główne skrzypce grają miłosne schematy, gdyż bohaterowie faktycznie zaczynają odgrywać swoją rolę dopiero, gdy przybywają do Manderley. Adaptowany tekst wymusza wówczas na twórcach odejście od konwencji, jednakże nie sprawia to, że zaczynamy wierzyć w ekranowe uczucie. Lily James i Armie Hammer tworzą parę absolutnie nienaturalną, niemal nierealną. Jedynie upór scenarzystów pozwala na wystąpienie właściwych interakcji między bohaterami, a nawet to chwilami się nie udaje.

fot. materiały prasowe / Netflix

Ryzykowne obsadzenie Armiego Hammera w roli angielskiego arystokraty nie opłaciło się. Wypada on niezmiernie blado w porównaniu do kapitalnej interpretacji postaci de Wintera w wykonaniu Laurence’a Oliviera. Winny temu jest także scenariusz, który czyni z bogacza postać drugoplanową, pojawiającą się znienacka i właściwie niezbyt potrzebną dla dalszego rozwoju wydarzeń.

Reżyser filmu Rebeka próbuje nadać postaciom odcieni, pogłębić ich psychologię. Szczególnie skupia się na głównej bohaterce filmu, w którą dość udanie wciela się Lily James. Nie jest ona jednak w stanie obronić się przed katastrofalnymi decyzjami scenarzystów w drugiej połowie filmu. Metamorfoza jej bohaterki jest jedną z najbardziej niewiarygodnych przemian, jakie mieliśmy okazję oglądać w kinematografii ostatnich lat. Jej zachowanie w końcowym akcie filmu jest wręcz przedramatyzowanym absurdem.

Wheatley buduje atmosferę niepokoju, korzystając ze środków wyrazu typowych dla dreszczowców i kina grozy. Katalog zawiera kilka sennych koszmarów, mroczną muzykę autorstwa Clinta Mansella, pojawiającą się znienacka postać demonicznej gospodyni. Czego nie zawiera? Wytłumaczenia, dlaczego użycie tych środków jest adekwatne do fabuły. Opresyjność otoczenia jest iluzoryczna, reżyser ponosi fiasko w wykreowaniu wrogości wobec zdezorientowanej narratorki. Dlaczego jest to tak znacząca wada?

Przeczytaj również:  "Malcolm i Marie" – Imitacja życia [RECENZJA]

Materiał źródłowy jest bowiem romansem gotyckim, w którym dominuje atmosfera tajemnicy i niejednoznaczności. Rebeka Wheatleya jest zaś dosłowna i kategoryczna – każde niedopowiedzenie zostaje wyjaśnione, każda nieoczywistość zmienia się we frazes. Ten problem jest najbardziej widoczny, gdy reżyser nie może sobie odpuścić ukazania tytułowej kobiety w wizjach sennych bohaterki. Duch Rebeki zostaje wówczas ożywiony, w przeciwieństwie do zainteresowania widza.

Świat przedstawiony wystylizowany jest całkowicie niespójnie. Wheatley opowiada o wydarzeniach sprzed dziewięćdziesięciu lat, wykorzystując współczesne zagrywki i dzisiejszą perspektywę. Tworzy to specyficzny dysonans i zupełnie demaskuje iluzję ukazywania na ekranie jakiejś konkretnej epoki. Jawnie nowoczesny smak przeszłości tworzy wrażenie oglądania reklamy perfum lub sesji modowej w stylu retro. Bohaterowie błąkają się zatem po ekranie w strojach, które są współczesnym wyobrażeniem o modzie tamtych czasów, aniżeli jej rzeczywistą rekonstrukcją.

Na planie znalazł się jednakże anioł stróż, który uratował ekipę filmową przed totalną klęską. Przybrał on oblicze Kristin Scott Thomas – aktorki doświadczonej, choć nienależycie docenianej. Pani Danvers w jej wykonaniu to najlepszy element całego filmu. Brytyjka balansuje między demonicznością a beznamiętnością, kreując postać charakterystyczną i zapadającą w pamięć. Nie jest ona jednak w stanie zmienić całościowego odbioru produkcji.

W 2040 r. media i dziś jeszcze przez nas nieznane środki przekazu, będą informować o setnej rocznicy premiery oryginalnej Rebeki. Odbędą się pokazy specjalne, wśród informacji o przełożeniu premiery Avatara 2 znajdą się artykuły i recenzje wspomnieniowe. Działy premier będą zaś prezentować relacje z pierwszych pokazów nowych wersji Milczenia owiec i Brudnego Harry’ego. Część kinomanów wyrazi nawet pogląd, że szczęśliwie dzieło Hitchcocka nie doczekało się nigdy remake’u. Oby nikt ich nie wyprowadził z błędu.

 

Ocena

3 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.