Dolphins in the sea – „Chronologia wody” [RECENZJA]
Dewizą protagonistki Chronologii wody zdają się być słowa: „Wymyślaj historie dopóki znajdziesz taką, z którą możesz żyć”. W jungowskiej psychologii woda jest symbolem nieświadomości – zaklęte w niej myśli i obrazy nie mają określonej struktury ani kolejności; wspomnienia są pourywane, nierzadko stłoczone w strzępkach, być może nawet nie w pełni realne. Trauma opiera się na skojarzeniach. Krew pierwszy raz spływająca po udach, pierwszy dotyk, smak chlorowanej wody – ich ślad zostaje jednak zapisany w komórkach ciała, które okazuje się być lepszym nośnikiem pamięci niż umysł.
Chronologię wody otwiera sekwencja właśnie takich strzępków z życia Lidii (Imogen Poots), skąpanych w rozproszonym świetle i przecinanych miękkimi flarami. Natężenie palety barw odpowiada intensywności emocji doświadczanych przez główną bohaterkę, zmieniając kadry w ekspresjonistyczne obrazy. Krótkie momenty rodzinnej czułości przeplatane są ojcowską przemocą, a we wspomnieniu basenowa woda w trakcie zawodów pływackich jest czymś pomiędzy miejscem wytchnienia, a kolejnym polem bitwy. Im więcej autonomii zyskuje bohaterka w swojej historii (wkrótce po osiągnięciu dorosłości zaczyna spisywać swoje przeżycia na papierze), tym bardziej ustrukturyzowana staje się jej opowieść; ból, seksualność i śmierć pozostaną jej stałymi motywami.

Może jednak wszystko zaczyna się od ojca. W The Incest Diary, pamiętniku anonimowej autorki opisującej kazirodczą przemoc, której doświadczyła, najbrutalniejszym pokłosiem tej zdaje się być stworzenie podmiotu obdartego z własnej podmiotowości. Autorka postrzega siebie przede wszystkim jako kreację swojego ojca; jest nie tylko obiektem jego namiętności, ale i on jest spełnieniem jej pragnienia („uczynił z niej rzecz, która będzie go pożądać zawsze” [1]). Dla Lidii zatem ojciec będzie pierwszym mężczyzną i pierwszym oprawcą. Kiedyś był też architektem i to on zapoznał ją ze sztuką („Mój ojciec dał i odebrał mi wszystko”). Poza tym, „przekazał” córce problemy z alkoholem i agresją – Lidia jest zatem składową zarówno jego najlepszych cech, jak i potwornych tendencji, a przerażające widmo ojca będzie nawiedzać ją przez lata. Bezpruderyjne ukazanie niejednoznacznego pokłosia kazirodczej przemocy seksualnej – poczucia winy, żalu, złości, pożądania – jak i jej perwersyjnej natury, jest jednym z najbardziej fascynujących i empatycznych elementów pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Stewart.
Lidia, podobnie jak mitologiczna tkaczka Arachne, zyskuje swój głos przez tworzenie – w jej przypadku, pisanie. Jeśli woda, jak twierdzi, zdradza nasz prawdziwy kształt, to słowa mają moc autokreacji. Przemoc nigdy do końca nie znika: przejawia się w nadużywanym alkoholu i narkotykach, w relacjach, w których bohaterka jest jej sprawcą lub mniej lub bardziej świadomie domaga się jej od swoich partnerów. Yuknavitch pisze o „pieśni” swojej matki, która płynęła w krwi jej i jej siostry – pragnieniu śmierci i traumie, która zatraciła swoje granice; nie wiadomo już, czy przynależała do matki czy do córek. Nigdy też nie odrzuca łatki „pisarki”, kobiety – choć pije do Bukowskiego, a jej mentorami są mężczyźni – jej płeć i kobiece doświadczenie bólu, a także relacje z matką, siostrą, przyjaciółkami, kochankami są jednymi z kluczy do opowieści. Jednocześnie jej pisany pod wpływem rozmaitych substancjami memoir i język, którego używa w swojej twórczości – obrazoburczy, zwięzły, czasem wręcz ordynarny, a jednocześnie bezlitośnie i niewygodnie szczery – kojarzą się przede wszystkim z męskimi pisarzami, choćby tymi z pokolenia bitników. Ona sama odrzuca oblicze Jezusa cierpiącego na krzyżu, identyfikując się raczej z „obrazem płonącej wojowniczki” Joanny d’Arc. Bezkompromisowa, oparta na skrajnościach, a wymykająca się zarówno idealizacji, jak i wiktymizacji kreacja głównej bohaterki jest zasługą zarówno Stewart, jak i w pełni zanurzonej w swojej roli Poots.

Ostatecznie Chronologia wody, jak większość biopików, zapowiada chwilę wytchnienia na końcu drogi. W przeciwieństwie do obrazów tego gatunku jest jednak jasne, że „prawdziwość” ukazywanych obrazów nie ma większego znaczenia – w duchu prozy Yukanavitch pozostają one „chaotyczną masą”, do jakiej autorka przyrównuje pamięć; namiastką doświadczenia, retrospekcją traumy w sposób podobny do tego, jak postrzega ją umysł. W tym cyklu przemocy skrywa się jednak obietnica kontroli nad własnym losem. A przynajmniej nad jego wspomnieniem.
Korekta: Daniel Łojko
Bibliografia:
[1] Amia Srinivasan, Silent Treatment, https://harpers.org/archive/2018/03/silent-treatment/.
Lidia Yuknavitch, The Chronology of Water, Portland: Hawthorne Books, 2011.