Advertisement
FelietonyFilmyKulturaPublicystyka

Czy “Armia umarłych” Zacka Snydera powstawała bez reżysera?

Szymon Skowroński
Armia umarłych
Armia umarłych - fot. materiały prasowe

“Armia umarłych” zawiera taką scenę: grupa bohaterów pod przewodnictwem Dave’a Bautisty wchodzi do hangaru. Szukają pilota helikoptera kluczowej postaci dla ich misji. Napotykają weterankę z cygarem w ustach, Marianne Peters, która od pierwszej chwili wydaje się być idealną kandydatką. Niepisana umowa zostaje zawarta. Postać Bautisty zauważa: “Nie zapytasz, co to w ogóle za robota?”. Marianne odpowiada (mniej więcej): “Potrzebujecie pilota helikoptera, a ja jestem pilotem helikoptera, więc zakładam, że będę pilotować helikopter, nie obchodzi mnie, co to za robota, biorę ją!”. Ta scena stanowi doskonałe pars pro toto najnowszego filmu Zacka Snydera.

Twórca Ligi sprawiedliwości i 300 Spartan od dawna eksperymentował z radykalną formą filmu pozbawionego funkcji reżysera, a w Armii umarłych dokonał przełomu. Armia… to zbiór obrazów i dźwięków, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Oto film-symulakrum. Film, który nie jest filmem, bo nie opiera się na zasadach, które są organicznie wpisane w definicję tego medium.

A co jeśli powiem ci, że Scorsese miał rację?

Żeby nie było – cytując Kałużyńskiego – bawiłem się jak prosię. Dzieło Snydera dostarcza najprostszym instynktom idealnej pożywki. Dobrze zbudowani faceci i dobrze zbudowane kobiety biegają z karabinami i nożami dziesiątkując nieumarłych na brawurowe sposoby. Zabawni i nieco gorzej zbudowani faceci rzucają one-linery. Wszystko to rozgrywa się w naprawdę ciekawej i dopracowanej scenografii zrujnowanego Las Vegas. W tle pobrzękują klasyki podpisane przez Elvisa Presleya i Tony’ego Bennetta. Całość jest wręcz fenomenalnie oświetlona i sfilmowana z wizjonerskim wyczuciem. Tak, Armia umarłych to bez wątpienia wysokooktanowa rozrywka zrealizowana z rozmachem, w której czuć każdego zainwestowanego dolara. Ale to nie film! 

Arma umarłych
“Armia umarłych” / fot. materiały prasowe

Nie tak dawno wiele kontrowersji pojawiło się wokół słów Martina Scorsese, który stwierdził, że Marvel to nie kino. Fani i fanatycy przygód Iron Mana, Kapitana Ameryki i reszty drużyny byli oburzeni. Jakiś przebrzmiały mistrz starej daty odebrał im ukochanym produktom fragment tożsamości. Zdeprecjonował je, obraził przy tej okazji ich samych oraz setki ludzi pracujących w pocie czoła przy realizacji poszczególnych dzieł. Scorsese potem nieco się tłumaczył, chociaż część krytyków, miłośników czy znawców kina zrozumiało niuans jego wypowiedzi. Dlaczego Scorsese nie uważa MCU za kino? Ano dlatego, że w historii tego medium istnieje wyraźna różnica między filmem (ang. film), który jest wizualną opowieścią, zrealizowaną narzędziami niedostępnymi żadnemu innemu środkowi przekazu; a innymi przejawami twórczości realizowanej przy użyciu podobnych technik (ang. movie). Gdzie przebiega ta różnica? 

Lekcja filmowego języka

David Mamet (reżyser nienajlepszy, ale rozumiejący język filmu) tłumaczy to tak: jeśli chcesz nakręcić film, musisz przekazać widzowi abstrakcyjne idee za pomocą konkretnych obrazów. Proste. Rozchodzi się jednak o to, że jako reżyser musisz dokładnie przemyśleć realizowane obrazy i być w najwyższym stopniu skutecznym w przekazywaniu tej idei. Jeśli pokazujesz widzowi łanię, która podnosi głowę, a zza kadru puszczasz głos lektora, który tłumaczy: “Oto łania, która przestraszyła się drapieżnika” to zrobiłeś film dokumentalny lub przyrodniczy. Opowiedziałeś widzowi o łani i zagrożeniu. Reżyser filmu fabularnego, filmu w najczystszej postaci, zrobi to tak: pokazuje widzowi obraz poruszających się gałązek drzew. Potem pokazuje ślady łap lwa na ziemi. Następnie pokazuje łanię podnoszącą głowę i rozglądająca się. Żaden z tych konkretnych obrazów (gałęzie, odcisk łapy, rozglądanie się) nie stanowi historii, nie stanowi sceny. Połączone razem  opowiadają historię: łania przeczuwa zbliżającego się drapieżnika. I to jest film tak się używa języka filmu. 

Reżyser dysponuje właściwie nieograniczonymi narzędziami do opowiadania historii w filmowy sposób. Powinien używać tych narzędzi w konkretny, zaplanowany, skuteczny sposób. Może korzystać z właściwości obiektywów jak Hitchcock czy Kubrick, może posługiwać się skomplikowanymi ruchami kamery jak Scorsese, może nadawać znaczenia kolorom jak Barry Jenkins, może używać scenografii do budowania sensu scen  jak Yimou Zhang czy Joon-ho Bong, może burzyć te zasady jak Chantal Akerman. Ilustrowanie zapisów w scenariuszu za pomocą ruchomych obrazów nie jest jeszcze robieniem filmu. Jest pewnym przejawem audiowizualnej rozrywki. I nie ma w tym nic złego. 

Plan zdjęciowy Armii umarłych
Na planie “Armii umarłych” / fot. materiały prasowe

Dygresja o kinie środka

Czy tylko filmy “wysokoartystyczne” cechują się wykorzystaniem filmowego języka do opowiadania historii? Skądże! Warto zwrócić uwagę chociażby na takie produkcje jak Predator, w którym wykorzystano znaczenie i saturację kolorów w kadrach do ukazania przemiany głównego bohatera; Zbieg z Alcatraz i jego niechronologiczny montaż podkreślający stan emocjonalny postaci; klasyczne już Bezdroże tani, półamatorski film noir, którego kreatywność w wykorzystaniu stricte filmowych środków wyrazu bije na głowę wiele dzisiejszych filmów; jakikolwiek film Briana De Palmy, Paula Verhoevena lub M. Nighta Shyamalana a więc twórców mainstreamowych, realizujących się w kinie środka, godzących artystyczne ambicje z popularnymi, “niskimi” tematami, tworzących dzieła skierowane do szerokiej publiczności/masowego odbiorcy. 

Reżyser-wizjoner vs. “po prostu” wizjoner

Zack Snyder od czasów swojego fabularnego debiutu zyskał status wizjonera, w niektórych kręgach otacza się go kultem. Nierzadko pisze się o nim jako o twórcy kontrowersyjnym przeciwników jego twórczości jest pewnie tylu, ilu zwolenników. Tylko że twórczość Snydera nigdy nie była twórczością filmową. To zbiór obrazów ilustrujących scenariusze. Najlepszym chyba przykładem tego, co robi Snyder, jest adaptacja Strażników legendardnego komiksu Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Moore, człowiek wrośnięty w tkankę komiksowej sztuki, zdaje sobie sprawę z ogromnych różnic między mediami filmu a komiksu.  Dlatego od zawsze jest przeciwny adaptacjom swoich dzieł i po prostu się od nich całkowicie odcina. Wydawałoby się, że przecież obie te sztuki czerpią z jednego sedna: graficznego ukazywania ludzi na tle scenografii w ramach opowiadanych historii. Nic bardziej mylnego. Snyderowscy Strażnicy to właśnie nic więcej niż ożywione kadry komiksu i gdzieś w tym tłumaczeniu zginęła cała istota zarówno filmu, jak i komiksu. 

Armia umarłych
Na planie “Armii umarłych” / fot. materiały prasowe

Weźmy jakąkolwiek scenę zrealizowaną przez Snydera i spróbujmy doszukać się w niej przejawów języka filmu. Nie znajdziemy niczego takiego sceny Snydera prawdopodobnie odpadłyby na jakimkolwiek zaliczeniu na pierwszym roku filmówki. (Czy twierdzę, że Snyder nie zna języka filmu? Nie! Twierdzę, że go nie stosuje). Armia umarłych to właśnie zbiór scenek, które przedstawiają postacie, które coś robią: rozmawiają, chodzą lub zabijają zombie. Zalążki konfliktów kruszą się gdzieś w okolicach pierwszej godziny i nie mają żadnego przełożenia na historię. Potem jesteśmy tylko świadkami czynności, które wykonują aktorzy przed kamerą. 

Popkultura zjadła kulturę?

Ale, ale! Czy wobec filmu o zombie trzeba mieć wysokie wymagania? Nie trzeba, choć można. Ja do Armii umarłych podchodziłem z oczekiwaniami zerowymi. I nie jest wcale tak, że skreślam horror o zombie z samego powodu bycia horrorem o zombie. Jestem rozmiłowany w filmowej pulpie, kinie klasy B. W niedzielne popołudnie spomiędzy ejtisowego horroru a ambitnego, artystycznego kina – wybiorę zawsze ejtisowy horror. Widziałem masę tanich horrorów, które były filmami – opowiadały historię za pomocą filmowego języka. Budżet nie ma absolutnie nic wspólnego z warsztatem filmowej reżyserii. Te rzeczy istnieją niezależnie od siebie. Nie każdy reżyser może pozwolić sobie na upragniony budżet – i nie każdy reżyser operujący wysokim budżetem, będzie potrafił opowiedzieć historię za pomocą filmowego języka. 

Armia umarłych
“Armia umarłych” / fot. materiały prasowe

Gdzieś w okolicach lat siedemdziesiątych XX wieku film przestał być filmem per se, a stał się elementem większej, popkulturowo-merchandisingowej maszyny *. Szczęki, Gwiezdne wojny, Indiana Jones, Halloween te filmy były nie tylko filmami (znakomitymi!), ale też zapoczątkowały lub istniały w ramach większej ekonomicznej operacji podjętej przez producentów. Zresztą jedna z najpopularniejszych franczyz ostatnich lat Piraci z Karaibów powstała w oparciu o park rozrywki. A jednak, pierwsi Piraci… byli całkiem dobrym filmem-filmem, a nie tylko serią obrazów zainspirowanych rollercoasterami. W tym kontekście słowa Martina Scorsese są prawdziwe, co nie znaczy wcale, że produkty MCU to coś złego lub coś, z czego nie można czerpać rozrywki, czego nie można cenić. 

*przy czym zdaję sobie sprawę, że merchandising okołofilmowy istniał wcześniej ale nie w takiej skali.

Trzech scenarzystów i ani jednej dobrze napisanej sceny

Jeśli przyjmiemy, dla ułatwienia tych rozważań, że uniwersum MCU oraz spore grono produkcji audiowizualnych nie jest filmami, lecz realizacjami audiowizualnymi i nie potraktujemy tego w kategoriach wartościujących lecz opisowych, definicyjnych to zamkniemy grupę filmów w ramach pewnego zbioru. O ile MCU w wielu momentach grawituje blisko filmu, o tyle Snyder oddalił się na daleką orbitę ze swoją Armią umarłych. Absolutnie każdy element tego dzieła jest wyłożony wprost, oczywisty, przewidywalny, pozbawiony niuansu, głębi czy dwuznaczności. Trzech scenarzystów (!) wytworzyło ekspozycję, która polega na tym, że postacie pojawiają się w kadrze, mówią, kim są i czym się zajmują, czym doprowadzają przywódcę grupy do aprobaty lub zażenowania. Równie dobrze, zamiast dialogów, Snyder mógłby stosować wizytówki/belki pod postaciami z oznaczeniem nazwiska i funkcji. Z pilotką helikoptera wiąże się jeszcze jedna scena, którą warto omówić.

Armia umarłych
“Armia umarłych” / fot. materiały prasowe

Uwaga – akapit najeżony spojlerami! Pod koniec filmu z drużyny śmiałków zostaje zaledwie trójka bohater Bautisty, jakaś randomowa postać oraz wspomniana pilotka, Marianne. Cała trójka dociera helikopterem na dach budynku, by uratować córkę Bautisty. Pilotka zostaje w maszynie, Bautista rusza z odsieczą. Po kilku minutach wraca na dach z córką po helikopterze nie ma śladu. Co robi bohater? Mówi na głos: “Zostawiła nas i odleciała!”. Dlaczego zdecydowano się na taki tekst? Prawdopodobnie dlatego, że duże serwisy streamingowe są świadome, że widzowie oglądają filmy w tle. Dlatego wszystkie przekazy wizualne muszą być dodatkowo wsparte opisowymi dialogami. Kilka chwil dalej jest jeszcze lepiej: helikopter wyłania się zza rogu, a Marianne rzuca kwestię: “Chciałam was zostawić, ale wróciłam, bo obudziło się we mnie sumienie”. Taka jest cała Armia umarłych. To seria obrazków, w których bohaterowie mówią, co robią, a potem coś robią. 

Rozwiązanie zagadki w napisach końcowych

Po seansie sprawdziłem listę płac (co robię zawsze). I wtedy wszystko stało się jasne. Godzi się bowiem wspomnieć, że zdjęcia Armii umarłych to cudeńko. Nie licząc fetyszystycznego wręcz umiłowania do otwartej przysłony dającej efekt rozmycia na dalszych i bliższych planach wszystko, począwszy od oświetlenia, przez aranżacje kadrów, po ruchy kamery to jest cudeńko. Byłem przekonany, że reżyserem zdjęć był stały współpracownik Snydera, Larry Fong. Otóż nie. Reżyserem zdjęć był sam Snyder. Oznacza to, że na planie pełnił dwie funkcje: reżysera (director) i reżysera zdjęć (director of photography). Taka sytuacja to ewenement w skali światowej. Poza kilkoma przypadkami nie zdarzało się, by dwie najważniejsze funkcje z ekipy pełnił jeden człowiek. Jeśli już tak było, to byli to twórcy o bardzo wysokich kompetencjach reżyserskich, np. Sodebergh, Cuarón, Fukunaga, Lynch. Wszystko stało jasne i czytelne. Zack Snyder jest genialnym artystą wizualnym. Genialnym operatorem. Genialnym “wzrokowcem”. Zack Snyder NIE jest reżyserem.

Film Zacka Snydera
“Armia umarłych” / fot. materiały prasowe

Nowy kierunek

I co w związku z tym? Armia umarłych jest dla mnie zwiastunem pewnej mentalności, która wyczuwalna jest od kilku lat w amerykańskim kinie komercyjnym, zwłaszcza w przypadku wysokobudżetowych franczyz. Mentalności, która powoli ogranicza rolę reżysera w przygotowaniu produkcji filmowej. Zauważcie, że żadne hollywoodzkie studio nie zdecydowałoby się na zatrudnienie słabego operatora, słabego scenografa, słabych kostiumografów. Ale nie mają żadnego problemu z zatrudnianiem słabych scenarzystów – choć w kwestii scenariuszy napisano i powiedziano już wszystko, słabych montażystów (w Armii umarłych liczba niepotrzebnych cięć i kiepskich rozwiązań montażowych jest zatrważająca), a teraz słabych reżyserów. Pardon może nie słabych, bo Snyder po prostu nigdy nie pokazał swoich reżyserskich umiejętności.

Producenci mainstreamu po prostu przestają potrzebować reżyserów. Ta prestiżowa funkcja hołubiona od czasów nowofalowej rewolucji w postrzeganiu twórców kina nie przestanie istnieć.  I nie przestanie być finalną dekoracją napisów początkowych filmu. Jednak zakres twórczej pracy reżysera i jego podstawowe zadanie opowiadanie historii za pomocą filmowego języka zwyczajnie skarleje. Armia umarłych to znakomity dodatek do pizzy i popcornu, ale też pożywka dla filozofii i teorii kina. To bodaj pierwszy mainstreamowy film, którego nie wyreżyserowano, ale po prostu: nakręcono. 

 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.