Advertisement
FilmyRecenzje

“Dolina Bogów”: Lecha Majewskiego pojedynek z formą [RECENZJA]

Szymon Skowroński
Dolina Bogów
fot. materiały prasowe / IMDb

W opisie filmu Dolina Bogów, pochodzącym z materiałów reklamowych, możemy znaleźć informację o trzech wątkach narracyjnych, które łączy tytułowy monument w Ameryce Północnej. Tylko że słowo narracja jest tutaj pewną formą skrótu myślowego. Lech Majewski o czymś opowiada i chce coś przekazać. Jednak jego najnowszemu dziełu bliżej do artystycznej ekspozycji zamkniętej w ciasnej formie materiału filmowego. Przed poszczególnymi scenami, symbolami i obrazami wygodniej byłoby stanąć i kontemplować, niż odbierać je pod presją upływającego ekranowego czasu, w formie dwugodzinnego filmu. Majewskiemu narracja filmowa jest zwyczajnie niepotrzebna.

Nie sposób streścić Doliny Bogów – a nawet jeśli, to nie warto. Bo nie o wydarzenia i akcję, w tradycyjnym sensie, tutaj chodzi. Zgodnie ze słowami Jeana Luca Godarda, każdy film powinien mieć początek, środek i zakończenie – niekoniecznie w tej kolejności. Zgodnie ze słowami Davida Mameta – to właśnie dlatego francuskie filmy są tak cholernie nudne. Dolina Bogów to studium czasu – film bez początku, środka i zakończenia. Nudny, nie do końca spójny, ograniczony swoją formą. Gdy po wieczornym seansie próbowałem w jakikolwiek sposób poukładać sobie przynajmniej część wrażeń, doszedłem do wniosku – i sam się ze sobą zgodziłem – że czas, w rozumieniu filmowym, jest wrogiem Lecha Majewskiego. W ramach warsztatowego ćwiczenia, chciałbym całkowicie pozmieniać kolejność scen w filmie i pokazać taki montaż nowej widowni. Czy doszliby do innych wniosków i spojrzeli na całość z innej perspektywy? Wątpię.

Dolina Bogów jest wyzwaniem – ale takim rozbitym na serię pomniejszych wyzwań. Większość scen działa na poziomie symbolicznym i jako takie się bronią, ale zebrane w jedną całość wydają się tracić siłę i sens. Zresztą można mieć wrażenie, że scenariusz Majewski zaczął pisać jako młody twórca zafascynowany podaniami rodowitych mieszkańców Ameryki. Pracował nad nim w kwiecie wieku i kariery (na przykład podczas realizacji Wojaczka, opowiadającego o zbuntowanym, niepogodzonym ze światem i sobą pisarzu). Całość dokończył całkiem niedawno, przytłoczony szybko postępującą erozją wartości we współczesnym świecie. Z założenia eklektyczny i natchniony, wielowątkowy i skomplikowany projekt stał się niezgrabną oraz pozbawioną formy mieszaniną przemyśleń.

Przeczytaj również:  Pierwszy konkurs, urodziny VHS Hell i definicje gatunkowości - Rozmawiamy z dyrektorami Octopus Film Festival [WYWIAD]
Dolina Bogów
John Malkovich w “Dolinie Bogów” – fot. noizz.pl

Wobec intelektu i wyobraźni reżysera nie sposób nie okazać skromności i pokory. To, o czym opowiada Majewski, jest – a przynajmniej bywa – fascynujące, frapujące i wyzywające. Sposób, w jaki o tym opowiada, popada już jednak w banał. Twórca wydaje się za bardzo zafiksowany na punkcie słuszności i siły swoich przemyśleń. Tak bardzo, że zapomina o bohaterach, którzy maja te wnioski nieść na swoich barkach. Obły i bezkształtny aktorsko Josh Hartnett gubi się w tej opowieści – a ja dopatruję się w tym winy Majewskiego. Wizyta jego bohatera u psychoanalityka (udane, lecz nic niewnoszące camego Johna Rhysa-Daviesa) sprawia wrażenie sceny spisanej z notatnika nastoletniego scenarzysty zafascynowanego twórczością Tarkowskiego czy Bergmana. To banialuki (inaczej tego nie da się określić) o końcu cywilizacji i czarnym słońcu wiszącym nad miastem (którego to słońca nie jest dane nam zobaczyć). Brakowało Straussowskiej Zarathustry w tle, chociaż nawiązań do Kubricka było co najmniej kilka.

Gdzieś między pozowaną, artystowską manierą a całkiem słuszną dozą wyrafinowanego, poetyckiego piękna, kroczy Majewski i stawia krok raz tu, raz tam. Jako widz staram się dostrzegać różnicę między złą sceną, a artystycznym wyborem. W Dolinie Bogów widziałem wiele złych scen. Wspomniana wizyta u terapeuty, kłótnia bohatera Hartnetta z żoną, wątek indiańskiego małżeństwa i prób poczęcia syna. Również niemal wszystkie momenty z Berenice Marlohe i jej przeterminowana, wyeksploatowana rola szlachetnej prostytutki… Lista jest naprawdę długa, a na jej szczycie – coś, co w najlepszym wypadku można nazwać parodią Wielkiego Piankowego Ludzika z Pogromców Duchów. Obok, pomiędzy, przed i po – sekwencje niezapomniane i robiące wrażenie. Jak choćby spółkowanie człowieka z ziemią i późniejsze narodziny ich dziecka (!). Jak opętane, transowe tańce indian, jak tenisowa rozgrywka w pałacu najbogatszego człowieka świata. Wybory Majewskiego bywają dyskusyjne, ale gdy już jego talent świeci, to światłem własnym i intensywnym, a nie – wyblakłym i odbitym.

Przeczytaj również:  "Komar" – Krwiopijca z Wall Street [RECENZJA]

Nie brakuje również cytatów i odniesień do historii oraz sztuki. Majewski daje się poznać jako fan Kubricka i Malicka. Partytura z Mechanicznej Pomarańczy towarzyszy finałowym scenom, a na ekranie w epizodycznej roli pojawia się Keir Dullea. Czyli niezapomniany Dave Bowman z Odysei Kosmicznej. Zresztą, film pozuje lekko na Odyseję, a nieco nawet bardziej, na Drzewo życia. W podobny sposób Majewski chce wpleść losy pojedynczego człowieka w szerszy kontekst życia, umierania i odradzania się naszej planety. Czy może bardziej metafizycznie: naszego świata. Nie sposób nie zauważyć także rymu z Obywatelem Kanem.

Dolina Bogów
Josh Hartnett w “Dolinie Bogów” – fot. IMDb.com

Majewski stawia siebie obok mistrzów celowo czy ironicznie? Trudno mieć wyrobione zdanie. Brakuje mu narracyjnego sznytu Kubricka, wizualnego majestatu Malicka i inscenizacyjnego geniuszu Wellesa. Warto jednak zauważyć, że Dolina Bogów jest filmem na wskroś autorskim. Majewski pracował przy projekcie jako producent, scenarzysta, reżyser, współtwórca zdjęć, production designer i montażysta! Nie można odmówić mu (któżby śmiał!) talentu i zdolności na każdym z tych pól.

Nie można jednocześnie oprzeć się wrażeniu, że sensowniejsze byłoby spojrzenie innego montażysty na końcowy materiał. Czas filmowy w tym sensie odróżnia się od tego spędzonego z książką lub w galerii sztuki tym, że jest jednocześnie tym samym czasem dla widza i dla dzieła. Rytuał czytania lub oglądania wystawy pozwala obserwatorowi spędzić z dziełem tyle czasu, ile potrzebuje. Obcując z Doliną Bogów, chciałoby się w jednych scenach pobyć dłużej, a w innych – w ogóle. Sugerowane przez dystrybutora wątki narracyjne są bardzo cienkim spoiwem, żeby nie powiedzieć – niepotrzebnym. Majewski nie przywiązuje uwagi do historii, nie wydaje się zainteresowany prowadzeniem aktorów, za nic ma dramaturgię i immersję. Wobec tego,  forma filmu fabularnego – nawet jeśli eksperymentalnego – działa tylko na szkodę przekazu, treści i symboliki. Nie jest to pierwsza próba tego typu – niestety nie jest to też próba udana.

 

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Drzewo życia, Młyn i krzyż, 2001: Odyseja kosmiczna

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.