PublicystykaZestawienia

Wiek niewinności, czyli krótki przewodnik po filmach o dorastaniu

Patrycja Mucha
Lato miłości
Kadr z filmu "Lato miłości"

Stworzenie przewodnika po filmach o dojrzewaniu to tylko z pozoru prosta sprawa. Do filmów o nastolatkach mamy często szczególny stosunek, bo próbujemy odnaleźć w nich własne doświadczenia – a gdy je znajdziemy, przywierają one do nas jak legginsy do nogi. Wiemy, że nie zawsze to, co nam się podoba, jest dobre, ale jednak poczucie komfortu jest tak cenne, że pielęgnujemy je latami (tak jak znoszone legginsy). W mojej pamięci Ona to on (reż. Andy Fickman) czy Historia kopciuszka (reż. Mark Rosman) uchodzą za wyjątkowej klasy dzieła. Ale to pamięć 14-letniej mnie, fanki Pamiętnika księżniczki. Nie każdy zapewne doceni wyjątkowy talent komediowy Amandy Bynes i Heather Matarazzo.

Ponieważ zaś każde kolejne pokolenie ma swoje ulubione filmy o nastolatkach — mam wrażenie, że Charlie (reż. Stephen Chbosky) jest dla dzisiejszych dwudziestolatków tym, czym dla mnie były Wredne dziewczyny (reż. Mark Waters) — i nic nigdy nie będzie im równe, postanowiłam, że w swoim przewodniku odwołam się mniej do emocji, a bardziej do kinofilskiej pasji. Koniec zatem z wyborami generacyjnymi (jakkolwiek chciałabym przepchnąć do zestawienia Ona to on) — witajcie nowe horyzonty! Polecę Wam po jednym filmie o dorastaniu z każdej dekady, począwszy od lat 50. — choć i przedtem powstawały wspaniałe filmy o pierwszych razach, rozwianych marzeniach i wycieczkach w nieznane — aż po drugą dekadę XXI wieku. Nie zawsze to filmy najlepsze, ale zawsze warte Waszego czułego spojrzenia.


50s — “Noc myśliwego”, reż. Charles Laughton (1955, USA)


Filmy o dorastaniu
Kadr z filmu „Noc myśliwego”.

Jedyny film w reżyserii Charlesa Laughtona (świetnego aktora o długiej i owocnej karierze) częściej jest określany arcydziełem filmu noir niż klasykiem kina o dojrzewaniu. Trudno się temu dziwić, bo jego maestria warsztatowa — złowieszczo oświetlone zło uosobiane przez Roberta Mitchuma; niewinność, ale też bierność subtelnie portretowanej przyrody; chropowata faktura obrazu — rzuca na kolana i niemal każe się sobą zachwycać.

Gdyby jednak odsunąć na bok tę bezwzględność czarnego kryminału, Waszym oczom ukaże się łagodność i stanowczość, z jaką bohaterowie filmu, nastoletni John i jego młodsza siostra Pearl, walczą o prawo do godnego dojrzewania. Ścigani przez fałszywego pastora muszą odejść z domu, który dłużej nie daje im już bezpieczeństwa, by znaleźć schronienie w naturze, wśród drzew i biegających w trawie królików. Surowa rzeczywistość miesza się tu z baśniowością, a zło czai się w kojącej ciało i duszę melodii, która zwiastuje przyspieszoną dorosłość. Jej widmo — nawet, jeśli przez chwilę nieobecne — zaczai się na młodych w najmniej spodziewanym momencie.


60s — “Mam 20 lat”, reż. Marlen Chucyjew (1965, ZSRR)


Mam 20 lat
Kadr z filmu „Mam 20 lat”

Mam 20 lat Chucyjewa to, jak wiele filmów o nastolatkach, chłopacka opowieść o tym, że nawet najlepsza ekipa wiecznie młodych ziomków musi zmierzyć się z widmem dorastania. Jedno podwórko, jedna huśtawka, jedna paczka papierosów: zamiast snuć fantazję o ucieczce do wielkiego świata — jak robią to np. chłopaki z Nad rzeką, której nie ma Andrzeja Barańskiego Siergiej, Kolia i Sława wytworzyli swój mały, swojski świat, którego nie może pochłonąć monumentalna Moskwa. Od czasu do czasu dają się ponieść gdzieś dalej, żebyśmy mogli podziwiać to miasto w pełnej krasie.

Wydaje się, że Siergiej chce zatrzymać czas, żeby wszystko zostało jak dawniej: leniwie opowiada o kolejnych porach roku, sugerując, że za każdym razem wszystko odbywa się w ten sam sposób. Choć właśnie wrócił z wojska, już prawie zapomniał, że kiedykolwiek wyjechał z miasta. Za wszelką cenę próbuje zatrzymać przy sobie kumpla, świeżo ożenionego Sławę, z Kolią zaczynają go różnić poglądy polityczne. Mimo to udaje, że nic się nie zmienia, choć powoli zmienia się wszystko, w tym — zauważa niechętnie — on sam. Moskwa jest w filmie Chucyjewa wyjątkowo gościnna, nawet jeśli jednocześnie przeraża swoim majestatem — oglądanie zaułków ulicznych, parków, ławek, osiedli i placów jest jedną z największych przyjemności, jakie daje widzce seans Mam 20 lat. Oferuje jednocześnie nadzieję na to, że nie każda paczka przyjaciół z młodości musi się rozpaść u progu dorosłości.

Przeczytaj również:  Hania Rani o swoich ulubionych filmach I Audiowizualni Wydanie Specjalne

70s — “Motyle”, reż. Janusz Nasfeter (1972, Polska)


Motyle
Kadr z filmu „Motyle”

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć przez wielu zapomnianego – a przez niektórych ukochanego – Janusza Nasfetera. Gdyby Nasfeter tworzył we Francji, miałby dzisiaj zapewne większą sławę, ale robił filmy w kraju, w którym najważniejsze były Polska Szkoła Filmowa, nonszalanccy buntownicy i Andrzej Wajda. Motyle to film wygrzany w letnim słońcu, zapisany na starych, szybko płowiejących taśmach. Mimo że jego bohaterami są dzieci-prawie-nastolatki, nietrudno odnaleźć w ich zachowaniach odbicie naszych własnych lęków, frustracji i marzeń. Monika, Edek i Honorka wcielają to, czego boimy się przez całe życie, nie tylko gdy dorastamy. Odrzucenie, niespełniona miłość czy desperacja bolą jednak najbardziej, gdy przeżywane są po raz pierwszy. Toteż wakacje, które już na zawsze zapiszą się w pamięci bohaterów łzami i nagłymi wybuchami śmiechu, jarzą się intensywnością uczuć i patosem słów większych niż życie. Melancholijny nastrój ostrzega: strzeż się letniej miłości.


80s — “W zakolu rzeki”, reż. Tim Hunter (1986, USA)


Film o dorastaniu
Kadr z filmu „W zakolu rzeki”

… albo ja, martwa dziewczyna i wszyscy, których znamy. Spokojna myślisz, że już nigdy nie obejrzysz dziwniejszego filmu z Keanu Reevesem niż Johnny Mnemonic. Oglądasz wreszcie W zakolu rzeki i już wiesz: nigdy nie mów nigdy. W zapomnianym przez boga (i najwyraźniej wszystkich spoza Karoliny Północnej) mieście morderstwo jest kolejną z rzędu pospolitych katastrof, które wydarzają się każdego dnia. Jest na tyle ekscytująca, by zainteresować szkolną gawiedź, ale nie na tyle istotna, by ją emocjonalnie poruszyć.

Z grupy nastolatków, oglądających trupa z rutynową ciekawością, wyróżnia się Matt, który na widok martwej dziewczyny, leżącej nago nad brzegiem rzeki wśród niezbyt wysokich traw, nie odczuwa może współczucia, ale przynajmniej głęboko doznaje dysfunkcji świata. Młodzieńcze rozterki i nocne eskapady, związane bezpośrednio z popełnionym przez wyrzutka Samsona morderstwem, odbywają się w turpistycznie malowniczej, małomiasteczkowej przestrzeni, w której gnije wszystko — nie tylko truchło. Ponieważ dojrzewanie jest momentem granicznym i czasem intensywnych doznań, bywa że wszystko wokół dostosowuje się energią do tego stanu. Właśnie dlatego W zakolu rzeki jest w pewnym sensie — podobnie jak Stań przy mnie Roba Reinera — wybitnie osobliwe, ekstremalne, zdziczałe. Tak jak dorastanie.


90s — “Donikąd”, reż. Gregg Araki (1997, USA)


Film o dorastaniu
Kadr z filmu „Donikąd”

Donikąd to moja ulubiona część nastoletniej trylogii Gregga Arakiego. Dla każdego, kto wychował się w latach 90., będzie to nostalgiczna przebieżka (z nutą obrzydzenia, nie przeczę) przez kurioza tej dekady, począwszy od teleewangelisty sprzedającego w telewizji chrześcijaństwo jak proszek do prania, przez podjarkę Słonecznym partolem i obsesję filmowania kamerą wideo każdej bzdury, aż po ikony najntisowej popkultury w postaciach Christiny Applegate, Shannen Doherty i Rose McGowan. Dla całej reszty to okazja, by poczuć zeitgeist schyłkowej epoki XX wieku. Gregg Araki, obok Harmony’ego Korine’a, najlepiej uchwycił nastroje „straconego pokolenia” tamtego czasu, które wyrosło na śmieciowym żarciu i wychowane było w lęku przed HIV. Świat był wtedy kolorowy jak nigdy dotąd, a nastolatki osiągały wyżyny odczuwanego smutku. Żeby odbić się od dna do naszych pokojów wpuszczono Britney Spears i boys bandy, ale zanim to się stało, filmy coming of age zdziwaczały. Jeśli mi nie wierzycie, to zaraz Was przekonam.

Przeczytaj również:  "Maggie", czyli doskonały seans na letni wieczór ze szklanką wina [RECENZJA]

Główny bohater Donikąd, Dark, codziennie przeczuwa zbliżającą się apokalipsę, ale nikt nie chce słuchać jego historii o pojawiających się znienacka kosmitach, którzy zjadają młodych ludzi i wypijają na imprezach cudze browary. Towarzystwo woli grać w „kick the can” (kolejny znak lat 90.), tworzyć krótkotrwałe, acz intensywne związki lub przesiadywać w Dziurze (to nazwa knajpy). Filozoficzne dumanie przeplata się ze scenami imprezowych orgii, a kadry rozświetla neonowa zieleń lub głęboki granat. W tym wszystkim znajduje się jednak od czasu do czasu miejsce na czułość i serdeczne spojrzenia, choć — nie ma co ukrywać — toną one w tym apokaliptycznym rozpasaniu. Bo jeśli świat ma się skończyć, to przynajmniej podczas niekończącego się melanżu.

P.S. Nie wierzcie Rotten Tomatoes. Nie wszystko złoto, co poważne. I na odwrót.


00s — “Lato miłości”, reż. Paweł Pawlikowski (2004, Wielka Brytania)


Lato miłości
Kadr z filmu „Lato miłości”

Żadna lista filmów o dojrzewaniu nie może obejść się bez filmu z latem w tytule. Jak pisała Karolina Kostyra — autorka Wiosennej bujności traw, jedynej polskiej książki poświęconej tematyce coming of age w kinie — lato to czas dla młodości wyjątkowy. Często właśnie wtedy, w czasie wolnym od szkolnej rutyny, wśród intensywnej zieleni oświetlanej prażącym słońcem, niespodziewanie zaskakuje bohaterów Nieznane. Przybiera postać tajemniczej dziewczyny albo buntownika w skórzanej kurtce. W Lecie miłości Nieznane ma twarz Emily Blunt. W rajskiej, a przez to nudnej krainie Yorkshire, mogą się cichaczem wydarzyć rzeczy zupełnie szalone.

Gdy Mona wygrzewa się na łące w promieniach letniego słońca, znikąd pojawia się Tamsin, księżniczka na białym koniu. Razem zaczynają bawić się w czarownice, kąpać w jeziorze, przebierać i brać udział w religijnych zgromadzeniach odbywających się na lokalnych pagórkach. W powietrzu wisi jednak widmo niepewności, strachu i intrygi. Dojrzewanie wśród zielonych wzgórz, kamiennych posiadłości i wysokich traw wydaje się nieobarczone żadnym ryzykiem, jednak ta beztroska będzie miała swoją cenę. Pawlikowski w Lecie miłości daje odczuć nadciągający rozpad idylli. Wakacje muszą się przecież skończyć, a wraz z nim odejdzie Nieznane, które staje się ostatecznie wyjątkowo nieznośne i destrukcyjne.


10s — “Team Hurricane”, reż. Annika Berk (2017, Dania)


Film o dorastaniu
Kadr z filmu „Team hurricane”

Najbardziej dziewczyński z dziewczyńskich filmów o dojrzewaniu. Team Hurricane właściwie nic nie opowiada — Annika Berk uwalnia nastolatki od przymusu podporządkowania się zwięzłej dramaturgicznie opowieści i daje im wolność rozmawiania o czym tylko chcą i jak długo mają na to ochotę. Bohaterki filmu czeszą sobie włosy, kąpią w basenie z kolorowymi żelkami, śmieją się przy jedzeniu, a przede wszystkim są dla siebie wsparciem w trudnych momentach. Wbrew pozorom te „trudne momenty” to nie złamane dziewczęce serca — nikt tu nie chce rozmawiać o miłości i „chłopakach”.

Dziewczyny chcą za to dzielić się wątpliwościami, wykrzyczeć swój gniew, opowiadać o chorobach, przez które przechodzą i wspólnie próbować oswoić lęki, bez strachu przed powierzchowną oceną. Neonowe kolory ożywiają zwyczajne rozmowy, a teledyskowy montaż nadaje całości szalonego, niepokornego, młodzieńczego rytmu. Świetnie rozumiemy wszystkie nastolatki, bo dzięki intymnej atmosferze i kameralnej inscenizacji można dobrze je poznać i poczuć z nimi więź. Nie znam drugiego takiego filmu: ciepłego i empatycznego, w którym bohaterki nie zazdroszczą sobie nawzajem, nie knują, nie podrywają cudzych parterów, różnie wyglądają, różnie się zachowują i nie wszystkie chcą być królowymi balu maturalnego.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.