Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Odyseja” – Piękny chram, ale bez bogów [RECENZJA]

Piotr Ponewczyński
fot. „Odyseja” / mat. prasowe United International Pictures

Muza musi mieć spiżowe gardło, skoro od prawie trzech tysiącleci śpiewa o mężu i nadal chcemy tego słuchać. Odyseja pokonuje nawet bratnią Iliadę pod względem liczby odwołań w kulturze, więc nic dziwnego, że po setkach adaptacji zreinterpretował ją Christopher Nolan. Czy Kalliope mu przyświeciła?

Niechronologiczne przedstawienie wątków, ciekawe, acz zarysowane z grubsza postacie i potencjał do wizualnego rzucenia widza na kolana. Epos brzmi jak samograj dla twórcy blockbusterów, ale niczym Laertyd na początku podróży, Nolan wytrwale trwał na swej ścieżce interpretacji dzieła, dążąc do bliżej nieokreślonego celu. Zamiast śledzenia fabuły odhaczamy kolejne zapisane w niej pocztówki z Morza Śródziemnego, próbując szybko odgadnąć, jaką to wyspę teraz pokazuje nam kamera i kogo odwiedzi Telemach. Współczesny język odbiera tę wybijaną heksametrem bądź trzynastozgłoskowcem rytmikę eposu, dobitnie przypominając, że to już nie czasy epickich ekranizacji spod znaku miecza, sandałów i poklatkowych potworów Raya Harryhausena. Trzy godziny filmu nie pomieściły całości pierwowzoru. Straciliśmy wiele wątków, postaci i miejsc, które po przedłużeniu akcji mogłyby uratować największą bolączkę adaptacji. Opowieść oparta na morzu cechuje się płytkimi postaciami.

Matt Damon jako Odyseusz to już nie archetyp sprytu i wytrwałości, ale bardziej eneidzki zbrodniarz i cwaniaczek za pięć drachm. Motyw „od bohatera do zera i odkupienie” widzieliśmy tyle razy, że można przewidywać jego zachowania trzy sceny do przodu nawet bez przeczytania Odysei. Anne Hathaway jako Penelopa to klasyczny przykład Nolana piszącego postacie kobiece na kolanie. Tegoroczna wersja królowej mogłaby paradować z dopiskiem o czcionce ułatwiającej szybkie czytanie, bo jedyna jej głębia poza wersją wyrytą w kulturze to odrobina żądzy władzy. Trójcę bohaterów dopełnia Telemach Toma Hollanda, który przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania i daje z siebie wszystko, co proponuje mu ta średnio interesująca interpretacja. Nolan większość postaci spłaszcza lub przedstawia na nowo jako nudne.

Sinon z archetypu oszusta i zdrajcy staje się smętną ofiarą. Kirke została zinterpretowana w przewidywalny sposób, który ratuje jedynie wyśmienity body horror, Agamemnon staje się co najwyżej wieszakiem na zbroję, a Helenę ograniczono do roli podarunku dyplomatycznego z dwiema linijkami uczuć. Przy całej świadomości taniochy zagrania kartą „smutny starzec i wierny pies”, Eumajos i Argos wiernie czekający na powrót pana budzą sympatię, ale całe przedstawienie skrada Antinoos. Robert Pattinson pożera scenerię jako obmierzły, przebiegły i pragnący Penelopy i władzy przywódca zalotników. Wiemy doskonale, jak ten tchórz skończy, ale tym większa satysfakcja, kiedy spotyka go zasłużona kara za pychę obrażającą bogów.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Głos z księżyca” (1989) | FEDERICO FELLINI: ciao a tutti!
fot. „Odyseja” / mat. prasowe United International Pictures

Szkopuł w tym, że tych bogów praktycznie nie ma. Kluczowe wątki wspierania ziemskich faworytów i kłótni na Olimpie zredukowano do subtelnych grzmotów i Odyseusza, który racjonalizuje zjawiska uważane przez załogę za karę boską. Jedynie Atena pojawia się jako wizja wyrzutów sumienia Odysa, mówiąca językiem psychologicznych banałów, a nie mądrości. Nolanowscy herosi nie są bynajmniej bohaterami, co oryginalnością nie powala od tysięcy lat. Banały o piekle wojny i okrucieństwie wojowników rzucane przez rozmaitych cywili wypadają blado, szczególnie kiedy przed chwilą widzieliśmy płonącą świątynię i cmentarzysko ofiar wojny.

Świat bez bogów i herosów prosiłby się o godne uwagi potwory, ale i tutaj film nie przedstawia się w najlepszym świetle. Polifem to już niegodna współczucia ofiara fortelu z Nikim (wyciętego całkowicie z fabuły!), a wyrwane z nienajgorszego horroru monstrum pozbawione osobowości. Syreny, Scylla i Charybda, Lajstrygonowie? W najlepszym razie odhaczony punkt na mapie, w najgorszym bijatyka w plastikowych zbrojach. Honor ratuje najmniej pamiętna scena z podróży Leartydy. Islandzkie plenery wulkaniczne godnie przedstawiają granice znanego świata Hellenów, a sama rozmowa z duchami w Hadesie to najgłębszy psychologicznie moment filmu.

Zarówno przy warstwie wizualnej, jak i dla zanurzenia w przedstawionym świecie diabeł tkwi w szczegółach. Widoki na wyspy i winnobarwne morze zachwycają, ale tandetne zbroje z Agamemnonem w napierśniku wyglądającym jak tani wydruk 3D, wnętrza świątyń nadające się bardziej na deski teatru, czy walki w Troi wyglądające jak pożar w fabryce kartonów wołają o pomstę do Olimpu. Marokańska pustynia odgrywająca wybrzeże nieopodal zielonogórzystego Ilionu wybija z immersji w pierwszych minutach filmu, potem jest tylko gorzej. Frazesy o upadku cywilizacji i końcu epoki brązu brzmią jak artykuły o niedzieli handlowej pisane pod SEO.

Przeczytaj również:  „Supergirl” – Space operetta [RECENZJA]

Na nieszczęście fanów historii starożytnej Nolan przeczytał pół strony o ludach morza i zdecydował się wszyć ten termin w fabułę jako mrugnięcie okiem do miłośników uczenia się historii ze słabych memów, co prowadzi do dialogów na poziomie obrażającym najpodlejsze produkcje MCU. Muzyka Göranssona kompletnie nie zapada w pamięć, służąc jako najprostsze narzędzie do wywoływania wzruszenia, strachu bądź podziwu. Aojda Travis Scott budzi większe uznanie samą niecodziennością interpretacji.

Jednak w Odysei tkwi coś zachęcającego poza trzema godzinami w klimatyzowanej sali. Trzeci akt kipi akcją, a walka z zalotnikami po przymknięciu oka na realizm pozostawia uśmiech na twarzy. Matt Damon próbujący wrócić do domu to gatunek sam w sobie i wiemy, że w końcu mu się uda, ale nadal mu kibicujemy z całego serca, chociażby dla pożegnania z Argosem. Pojedyncze perły utrzymują akcję na powierzchni, a sceny rodem z horroru są niespodziewanie warte uwagi. Nolan znalazł się zdecydowanie bliżej naddartej książki w miękkiej oprawie z tłumaczeniem z domeny publicznej i kolorowymi brzegami, niż rytmicznego śpiewu rapsoda, ale to wciąż Muza śpiewa o mężu.

Korekta: Magda Wołowska

+ pozostałe teksty

Twórca Historycznych memów, fan historii, musicali i TV Tropes; w wolnym czasie pisuje pasty o kinie, sprawdza dokładność historyczną filmów i wyśmiewa nadużywane motywy

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.