„Dziennik panny służącej” – Gianina w Paryżu | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026
Radu Jude zapracował na miano czołowego satyryka współczesnego społeczeństwa – wytykał kapitalistyczny wyzysk w Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata, konserwatywne sygnalizowanie cnoty w Niefortunnym numerku lub szalonym porno czy nadprodukcję pustych tekstów kultury w Draculi. Na tle podobnych komentatorów wyróżnia go nieustanne poszukiwanie nowych form wyrazu. Ma na swoim koncie filmy nakręcone iPhonem, korzystające z technologii AR, nawet używające generatywnego AI. Niejednokrotnie zderza fabułę z dokumentem, często w prowokujący sposób, starając się wzbudzić u widza refleksję. Gdy jednak przed seansem najnowszego Dziennika panny służącej na MFF Tauron Nowe Horyzonty poruszył temat zagranicznego rodowodu tego filmu – to jego pierwsza produkcja nakręcona poza Rumunią – wyznał, że jest sprzedajnym artystą i po prostu dano mu kasę na zrobienie czegoś we Francji. Na co on przystał, bo, cytuję: „Gdybyście dali mi chociaż 10 euro, to już jutro nakręciłbym coś we Wrocławiu”.
Można potraktować to jako autokrytyczny dowcip, jeden z wielu w twórczości Jude, lecz jest w tych słowach coś, co łączy go z główną bohaterką Dziennika… Reżyser powiedział, że pomimo kręcenia we Francji i za francuskie pieniądze, jest to na wskroś rumuński film, opowiadający o problemach tego społeczeństwa. Tytułową bohaterką jest bowiem Gianina, rumuńska migrantka, sprzątająca dom i opiekująca się synem burżuazyjnej francuskiej pary. Kobieta, która nie narzeka na swój los, bo, podobnie jak Jude w swoim dowcipie, nie może sobie pozwolić na to, żeby nie pracować. Pewnie zestawienie uznanego autora europejskiego kina z harującą na emigracji kobietą to lekkie nadużycie – uważam jednak, że nastawienie rumuńskiego reżysera pochodzi z tego samego źródła, co Gianiny, kobiety, która urodziła się i wychowała w kraju Europy B.
Jest w tym filmie genialna scena, kiedy Gianina zostaje wciągnięta przez swojego pracodawcę – pana Donnadieu – w polityczny konflikt. Podczas kolacji dochodzi do kłótni między nim – proukraińskim liberałem – a jego kolegą, który mówi, że popiera ideę „Europy dwóch prędkości”, nieporadnie maskując swoje prorosyjskie sentymenty. Donnadieu przedstawia więc Gianinę jako reprezentantkę wschodniej Europy, żeby pokazać swojemu adwersarzowi, że Rosja jest wrogiem, a on darzy ginących na wojnie Ukraińców swoim wielkim współczuciem – pomimo, że kobieta sama nie jest w żaden sposób zainteresowana rozmowami na polityczne tematy.

Ta scena, będąca swoistym uwspółcześnieniem kłótni Taty Mikołajka z książek Goscinny’ego, to jeden z wielu momentów w tym filmie, kiedy Jude ostro piętnuje fasadową sympatię Francuzów do imigrantów ze wschodu. Od zawsze był on przede wszystkim mistrzem słownego humoru – w przedziwnej mieszance aforyzmów, politycznych komentarzy, cytatów z filozofów i wulgaryzmów, odnajduje sprzeczności oraz kontrasty naszej rzeczywistości i nie inaczej jest w Dzienniku…. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że zaszczepienie jego charakterystycznego stylu pisania dialogów na francuskim gruncie zaowocowało tym efektywniejszą krytyką, bo dotykającą społeczeństwa, gdzie rozwarstwienie i poczucie wyższości względem innych narodów jest na znacznie innym poziomie, niż w rodzimej Rumunii.
Dziennik panny służącej w oczywisty sposób nawiązuje do klasycznej powieści Octave’a Mirbeau. Sam tekst zostaje dosłownie przytoczony w scenach, kiedy Gianina bierze udział w spektaklu amatorskiego teatru studenckiego. Wciela się ona w główną rolę, tym samym będąc służącą nie tylko w pracy, ale również i w spektaklu. Sceny te niebezpośrednio korespondują z jej pracą u rodziny Donnadieu, w groteskowy sposób zwracając uwagę na pewnego rodzaju fetyszyzację podporządkowania, znajdowania się w niższej pozycji w relacji władzy. Tak jak w tekście Mirbeau objawia się to w seksualnych fantazjach pracodawcy względem służącej, tak w życiu Gianiny widać to w niezręcznych komentarzach pana Donnadieu, w zamierzeniu miłych i wspierających, wychodzących jednak na patronizujące – jak wtedy, gdy chwali jej zupę, mówiąc, że musiała dodać tam „szczyptę Rumunii” lub twierdząc, że jej bajki są dużo lepsze niż „Asterix z tym grubasem Obelixem”. Rumuński reżyser w przewrotny sposób każe się zastanowić, czy taka pozorna sympatia nie jest gorsza niż nieskrywana fascynacja, szczególnie, że parę razy stawia owych współczujących imigrantom Francuzów w sytuacjach, gdy tej sympatii zaczyna im brakować.

Nie byłby to też film Jude, gdyby nie pojawiła się współczesna technologia. Tym razem korzysta on jednak z niej dość powściągliwie, bo bez dinozaurów grasujących po rumuńskich parkach i wygenerowanych wampirów – lecz równie efektywnie. Znaczna część filmu rozgrywa się na ekranach telefonów podczas wideorozmów Gianiny z jej kilkuletnią córką, którą kobieta zostawiła w Rumunii z babcią. To jedne z najsłodszych scen w filmografii reżysera, głównie za sprawą tego, że faktycznie wydają się być kręcone przez małe dziecko. Dziewczynka filmuje śpiącą w łóżku babcię, kurę, która zaraz zostanie pozbawiona głowy, śnieg za oknem i samą siebie – gdy wścieka się na matkę, nie potrafiąc zrozumieć i zaakceptować ich rozłąki. Jude na przestrzeni swojej filmografii konsekwentnie umieszcza w centrum kobiety, pokazując ich niewidzialną pracę i ciężar społecznych oczekiwań. W Dzienniku panny służącej jednak, jak nigdy wcześniej, uwydatnia koszt tej pracy, który ponoszą zarówno matki wyjeżdżające za chlebem za granicę, babcie wychowujące na emeryturze ich dzieci oraz córki, które muszą dorastać z dala od swoich matek. Całkiem nieźle, jak na film sprzedajnego reżysera.
korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Skandynawista, autor prac naukowych o „Midsommar” oraz „Scenach z życia małżeńskiego”. Poza Skandynawią lubi też pisać o kinie Azji i muzyce.