„Bez wyjścia” – każdy orze jak może [RECENZJA]
Ile razy po rozmowie o pracę zdarzyło ci się usłyszeć słowa „ma pan/i idealne kwalifikacje, ale niestety wybraliśmy innego kandydata?”. Mi zdecydowanie za często i jeśli mam być szczera – jestem tym już nieco zmęczona. Jak dobrze, że w Bez wyjścia Park Chan-wook podsuwa w takich przypadkach idealne, choć nieco radykalne rozwiązanie. Ale w końcu czasami naprawdę nie ma innego wyboru….
Krytyka neoliberalizmu i wyliczanie absurdów, do których doprowadza ludzi drapieżny kapitalizm to niemal narodowe dziedzictwo koreańskich filmowców. Nic dziwnego – w końcu, na przełomie lat 90. i 00., gdy na ekrany kin wchodziły debiuty fabularne nowofalowców, niewidzialna ręka wolnego rynku szalała w najlepsze, a na świeżo wprowadzone świadczenia emerytalne trzeba było sobie zapracować od podstaw. Nie mówiąc o tym, że zbudowane na wątłych fundamentach nadzieje wkrótce i tak roztrzaskał azjatycki kryzys finansowy.
Trudno powiedzieć, aby dwadzieścia lat później koreańskiemu społeczeństwu żyło się diametralnie lepiej. Dziś zamiast ekonomicznej zapaści straszy przede wszystkim kryzys demograficzny, choć na horyzoncie majaczy kolejny wielki przeciwnik – redukcja etatów i automatyzacja pracy w dobie AI. Wniosek? o posadę nadal trudno, a jednym z największych lęków jest ją stracić. Zwłaszcza będąc głową rodziny – tak, jak główny bohater Bez wyjścia.

W twórczości Parka Chan-wooka ostatnich paru lat mogliśmy dostrzec pewne odejście od groteski i gatunkowego ekscesu w stronę neo-noirowych, wysmakowanych wizualnie kryminałów (Podejrzana), także w anturażu historycznym (Służąca). W Bez wyjścia – filmowej adaptacji powieści Donalda E. Westlake’a Ostre cięcia – miłość i przemoc ponownie splatają się w nieśmiertelnym uścisku, przywodząc na myśl mrok i nihilizm kultowej Trylogii Zemsty. Tym razem reżysera nie interesują już dłużej mechanizmy odwetu; jego uwagę przyciągają natomiast patologie współczesnego rynku pracy oraz napędzane przez patriarchat, nieosiągalne wzorce męskości.
Późne lato. O zbliżającej się wielkimi krokami jesieni przypominają jedynie wirujące w powietrzu płatki przekwitającego drzewa wiśni. You Man-su urządza z rodziną grilla – w ramach nagrody od nowych właścicieli firmy, w której pracuje otrzymał węgorza, którego z uśmiechem na ustach smaży domownikom. Nasz protagonista to bez dwóch zdań mężczyzna spełniony; posiada wszak wszystkie atrybuty udanego życia: kierownicze stanowisko w firmie papierniczej, atrakcyjną żonę, dwójkę zdolnych dzieci, dom z ogrodem i dwa piękne golden retrievery. Jednak podkręcona saturacja barw nadaje tej scenie nuty fałszu – promienie słońca kłują w oczy, a odgłosy przyrody zdają się nienaturalnie wyostrzone i głośne, sugerując, że owa krucha idylla w każdej chwili może się rozpaść.

I tak się w istocie dzieje. Wkrótce na skutek przejęcia firmy przez zagraniczny kapitał You Man-su traci dotychczasową posadę. Jak sam kwituje – po dwudziestu pięciu latach pracy zostaje mu dwadzieścia pięć minut na zabranie swoich rzeczy. Jednak w oczach mężczyzny, który przez lata pełnił rolę żywiciela rodziny i samodzielnego gwaranta jej dobrobytu, utrata stanowiska nie jest jedynie odcięciem źródła dochodu. To przede wszystkim plama na honorze, a zarazem podważenie samego fundamentu jego dotychczasowej tożsamości.
Nasz bohater nie daje się jednak złamać i stawia sobie ambitny cel – znalezienie nowej pracy w zawodzie w ciągu trzech miesięcy. Jednak, gdy po ponad roku wciąż wykłada towar na półkach supermarketu, telefon nadal milczy, a rodzinie zaczyna zagrażać sprzedaż domu, mężczyzna decyduje się sięgnąć po bardziej niekonwencjonalne środki i pójść po trupach do celu.
Biorąc pod uwagę to, jakie koreańskie dzieła kultury ostatnich lat przebiły się do międzynarodowego mainstreamu – z Parasite i serialem Squid Game na czele – złośliwcy mogliby zarzucić Chan-wookowi żerowanie na sprawdzonych tropach. Jednak w odróżnieniu od utytułowanego obrazu Bong Jon-hoo, w Bez wyjścia deterministyczna walka o byt rozgrywa się horyzontalnie – co paradoksalnie czyni ją jeszcze bardziej dramatyczną. You Man-su nie próbuje wspinać się po szczeblach drabiny klasowej; chce jedynie utrzymać się na powierzchni. Jednak zachowanie statusu quo wymaga od niego zwrócenia się przeciwko ludziom o bliźniaczej pozycji społecznej, co on: ojcom i mężom; doświadczonym specjalistom, zmiażdżonym przez system, któremu poświęcili całe zawodowe życie.

I właśnie w tej bratobójczej walce kryje się klucz do emocjonalnego ciężaru filmu. Reżyser świadomie odchodzi od prostych dychotomii – biedni kontra bogaci, dobrzy kontra źli. Żadne z posunięć Man-su nie odbywa bez rozterek – w każdym z przeciwników dostrzega lustrzane odbicie siebie. Jeden z mężczyzn z bezsilności popada w alkoholizm, drugiemu rozpada się związek, inny utknął w pracy poniżej swoich kwalifikacji. W świecie Bez wyjścia nie ma jednoznacznych wrogów, więc też nigdy nie nadchodzi katharsis. Jak w zamkniętym kręgu, cały cykl się powtarza.
Jednakże najnowszy obraz Chan-wooka, poza błyskotliwą satyrą na rzeczywistość późnego kapitalizmu, pozostaje także wnikliwym studium toksycznej męskiej ambicji i postępującego rozpadu tkanki rodzinnej. Duża w tym zasługa kreacji aktorskiej Lee Byung-huna (znanego m. in. ze Strefy Bezpieczeństwa, Ujrzałem Diabła czy Squid Game), który z właściwą dozą ekspresyjności oddaje szaleństwo mężczyzny, uwięzionego w piekiełku, którym sam stworzył. Ostatecznie krwawe poszukiwania pracy w życiu nie osiągnęłyby takiej skali, gdyby główny bohater choćby dopuścił do siebie możliwość przekwalifikowania. W roli wyjątkowo sprawczej partnerki wtóruje mu Son Ye-ji, dowodząc przy tym, że jej aktorskie zdolności daleko wykraczają poza dotychczasowe doświadczenie z k-dram.
Mimo ciężaru poruszanej tematyki, Chan-wook umiejętnie miesza rejestry, co sprawia, że pod kątem gatunkowym filmowi najbliżej jest do czarnej komedii. Humorystycznym lejtmotywem, regularnie powracającym w toku akcji są choćby wideo-calle od żony głównego bohatera, które odbiera – praktycznie zawsze – w samym środku brudnej roboty. Nie mówiąc o całym wachlarzu zmyślnych, papierniczych metafor, wśród których porównanie „bezużyteczny jak makulatura” to zaledwie szczyt góry lodowej. Innym, cynicznym mrugnięciem oka w kierunku widza są również analogowe sposoby działania Man-su. Nietrudno dostrzec w tym aluzję do współczesnego trendu życia offline i zdystansowania od internetowej rzeczywistości, który akurat w tym przypadku – umożliwia zatarcie cyfrowego śladu po występkach bohatera.

Warstwa formalna również stoi na najwyższym poziomie – co w przypadku twórcy znanego ze swojej technicznej precyzji nie powinno nas szczególnie dziwić. Nie brakuje tu zarówno kreatywnych chwytów montażowych, gry oświetleniem jak i przemyślanego wykorzystania warstwy audialnej w celu na przemian budowania dyskomfortu i ironii sytuacyjnej (pewna scena rozgrywająca się w akompaniamencie popowej piosenki na pełen regulator zostanie ze mną chyba na zawsze). Podziw budzi także bogata symbolika, ale to temat zdecydowanie zasługujący na osobną analizę.
Bez wyjścia to żywy dowód na to, że mimo ugruntowanej renomy, Park Chan-wook bynajmniej nie spoczywa na laurach. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym projektem wspina się na artystyczne wyżyny, wnosząc powiew świeżości nawet w obszary tematyczne, które wydawałyby się kulturowo wyeksploatowane. A przy tym, pozostaje być może jedynym żyjącym twórcą, któremu pod tym względem można po prostu zaufać.
Wiele gorzkich słów można by za to napisać o potraktowaniu filmu przez tegoroczny sezon nagród, a zwłaszcza skandalicznym pozbawieniu nominacji do Oscara – o braku wyróżnień w Wenecji nie wspominając (po seansie można tylko kręcić głową z niedowierzaniem jakim cudem nagroda za Najlepszą Reżyserię trafiła do twórcy Smashing Machine…). Jednak odkładając na bok gratyfikację zachodnich festiwali, Bez wyjścia to w dalszym ciągu obraz nietuzinkowy, angażujący i szalenie aktualny.
korekta: Daniel Łojko
Miłośniczka kina azjatyckiego i krytyki feministycznej. Dużo mówi o kulturze, a jeszcze więcej o niej pisze. Kocha cykać fotki analogiem, literaturę piękną i muzykę z lat 70.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Parasite, Sorry to bother you
