“W Polsce jest miejsce na dobre horrory” – Rozmawiamy z Adrianem Pankiem, reżyserem “Wilkołaka” [WYWIAD]

Joanna Kowalska: Co sprowadziło Pana na Festiwal w Sokołowsku? Czy to pierwsza Pana wizyta tutaj?

Adrian Panek: Byłem tutaj zapraszany już dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy robiłem film krótkometrażowy Moja biedna głowa z cyklu Dekalog 89+. Kolejne zaproszenie było powiązane z moim pełnometrażowym debiutem, produkcją Daas. Wtedy niestety nie mogłem przyjechać. Tym razem się udało. Poza tym mam rodzinę na Dolnym Śląsku.

J.K.: Jak rozumie Pan ideę przyświecającą tegorocznej edycji Festiwalu. Jest nią „współpraca”. Czy jest ona w świecie kina aktualnie w ogóle potrzebna?

A.P.: (uśmiech) Wydaje mi się, że takie hasło przyświecało powstawaniu Polskiej Szkoły Filmowej, było istotne także w czasach PRL-u. Miało wpływ na rozwój polskiego kina w ogóle. Twórcy bardzo sobie pomagali. Były to zespoły złożone m.in. z reżyserów, producentów, scenarzystów. Chodziło o wzajemne wsparcie, zwyczajną obecność. Każdy element filmu był omawiany w licznym gronie. Dlatego też w szkołach filmowych uczą Ci, którzy wcześniej sami kształcili się w tych miejscach. Tworzą swoje produkcje od kilkudziesięciu lat. Z tego co pamiętam, taka idea była niezwykle istotna w czasie powstawania Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy. Wtedy takowych zespołów sensu stricto już nie było. Wojciech Malczewski i Andrzej Wajda wpadli więc na pomysł, aby stworzyć miejsce, gdzie filmowcy mogliby spotkać się jeszcze raz i właśnie tam omówić swoje projekty. Idea współodpowiedzialności obecna jest także w Polskim Instytucie Szkoły Filmowej. Świadczy o tym fakt, że specjaliści zasiadają w komisjach i oceniają prace innych. Dają im wskazówki, radzą jak projekt rozwijać dalej, sugerują poprawki. Rzeczywiście jest tak, że gdyby nie współpraca, to nie byłoby kinematografii.

J.K.: Dobrze, że jest ona promowana również w Sokołowsku. Przejdę zatem do Pana filmów, a konkretniej do Wilkołaka. Dlaczego zdecydował się Pan akurat na ten gatunek filmowy? Pokuszę się o stwierdzenie, że w Polsce jest on dość mocno… zaniedbany. Horrorów naszej rodzimej produkcji jest przecież bardzo mało.

A.P.: Byłem zagorzałym fanem tego typu filmów, kiedy byłem nastolatkiem. Sporo myślałem o tym, dlaczego czegoś takiego się w Polsce nie robi. Wywnioskowałem, z czego to wynika. Ciężko jest przenieść pewne konkretne sytuacje z kina amerykańskiego do Polski. Mówię o skali 1:1. Wyglądałoby to jeżeli nie śmiesznie, to w jakiś sposób nierealistycznie. Jesteśmy w stanie w bardzo wiele rzeczy uwierzyć, ale pod warunkiem, że dzieją się w filmach zachodnich. Natomiast w polskich niekoniecznie. Ze względu na małą ilość takowych produkcji w naszym kraju, jest to gatunek „nieopanowany”. Inaczej jest z komediami romantycznymi, kryminałami lub kinem historycznym.

Sama inspiracja do Wilkołaka związana była z rozmową, którą przeprowadziłem ze znajomym aktorem. Mówił mi o swoim dzieciństwie w Oświęcimiu, opowiadał historie, jak wraz z kolegami przechodził przez druty do obozu, który nie był pilnowany, jak w barakach pili swoje pierwsze wino. Była to w zasadzie historia o tym, jak życie znajduje swego rodzaju dziury – podczas tak wielkich tragedii płynie ono dalej, ludzie funkcjonują normalnie, słońce świeci, trawa rośnie. W tym wszystkim nie było jednak swoistego plot twistu. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie ciekawy temat. Dodatkowo połączył mi się on z innymi historiami dzieci z obozów koncentracyjnych, o których czytałem książki. Wyglądało to dokładnie tak, jak sytuacja z horroru, ze strasznej baśni. Był to dla mnie klucz do tego, aby Wilkołaka opowiedzieć w taki sposób. Oczywiście nie jest on stuprocentowym horrorem. To jest film na granicy różnych gatunków –  dramatu, horroru, thrillera. Posiada w sobie elementy każdego z nich. Jednak horror, wydaje mi się, jest w tym wszystkim bardzo ważny.

J.K.: Oscylując wokół Pańskich wyborów dotyczących stylów filmowych, nawiążę także do Daas. Jego akcja dzieje się w wieku XVIII. Z kolei motyw wilkołaka można odczytać na wiele sposobów. W obu przypadkach mamy do czynienia z pewną swobodą interpretacyjną. Skąd wzięły się akurat takie inspiracje?

A.P.: W obu tych filmach?

J.K.: Tak. Można to oczywiście podzielić, ponieważ są one skrajnie różne.

A.P.: Mnie z kolei obie te historie wydają się dość współczesne. Jedna z nich to opowieść o ślepej wierze w fałszywego mesjasza, przedstawiająca historię Jakuba Franka. Wydaje mi się, że nasze czasy właśnie takie są. Racjonalizm oraz to, co wydarzyło się w XIX i XX w. zaowocowały tym, że aktualnie dość sceptycznie patrzymy na nasze boskie pochodzenie i na świat jako pewien ład zamierzony przez Boga. Natomiast opowiedzenie tego językiem współczesnym wydawało mi się mniej atrakcyjne, niż osadzenie akcji w wieku XVIII. Ówczesny anturaż nadawał się idealnie.

J.K.: Tak po prostu?

A.P.: (śmiech) Po prostu. Daas było opowieścią o styku człowieka i Boga. Z kolei Wilkołak mówi o styku człowieka i zwierzęcia – człowieczeństwie z drugiej strony. Wszystko to, co działo się podczas II wojny światowej, sam nazizm, teoria doboru gatunku, ostre walki, eksterminacja – to dowody na naszą zwierzęcą naturę. Trudno było sobie wyobrazić lepszy czas akcji filmu.

J.K.: W takim razie można powiedzieć, że obie produkcje są opowieściami o relacjach?

A.P.: Chyba każdy film jest opowieścią o jakiejś relacji. W ich przypadku na pewno tak jest. Rzeczywiście tutaj są to ekstrema, czyli człowiek mocno wyniesiony ponad swoją naturę oraz osobnik sprowadzony do roli zwierzęcia. Także tak, chodzi o relacje.

J.K.: Pozostanę zatem przy Wilkołaku. Zdjęcia i udźwiękowienie tego filmu są według mnie genialne. To samo tyczy się także scenografii. Jak w takim razie doszło do nawiązania współpracy z twórcami  zdjęć oraz muzyki?

A.P.: Autorem zdjęć do Wilkołaka był Dominik Danilczyk, mój kolega ze szkoły filmowej. Tak naprawdę współpracowaliśmy ze sobą dość długo, przy okazji projektów komercyjnych – teledysków, reklam, zrobiliśmy razem również wcześniej wspomniany film krótkometrażowy. Ten wybór wydawał mi się naturalny. Rozmawialiśmy wcześniej o samym zamyśle na film. Był dużym jego entuzjastą. Zastanawialiśmy się, w jaki sposób to opowiedzieć i tak naprawdę od razu przyszła nam do głowy taka idea, że inscenizacja powinna być bardzo dynamiczna. Kamera miała być swego rodzaju uczestnikiem przedstawianych wydarzeń, aktywnie i nieustannie towarzyszyć bohaterom. Nawet w momentach, w których na ekranie dzieją się rzeczy dość statyczne, ona jest wszędobylska i stara się opowiedzieć wszystko to, co jest dookoła. Podczas klasycznych scen, przykładowo, gdy postacie siedzą przy stole i rozmawiają, jest na tyle dużo ustawień kamery, że montaż staje się bardzo dynamiczny.

J.K..: Faktycznie. Cały czas coś się dzieje. Osobiście nieustannie miałam wrażenie, że uczestniczę w życiu bohaterów. Obserwuję ich ukradkiem, ale widzę każdą twarz osobno, każdy jest dla mnie kimś i każdy ma coś do opowiedzenia. Sceny z dzieleniem jedzenia są piękne, wręcz idealne, jeżeli chodzi o immersję samą w sobie oraz o poznanie bohaterów. Ich cech. Wszyscy są razem, ale diametralnie się od siebie różnią.

A.P.: Bardzo dziękuję. Ten nastrój buduje też światło. To jest tylko i wyłącznie zasługa operatora i jego koncepcji. Dominik starał się świecić tak, aby wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie. Oczywiście musiał uzyskać efekt pewnej ekspresji, która jest kojarzona z tego typu kinem. Wydaje mi się, że udało mu się to osiągnąć. Natomiast jeżeli chodzi o muzykę i Antoniego Komasę-Łazarkiewicza, to kiedyś widziałem pewien film dokumentalny o wspinaczach niemieckich. Zacząłem go oglądać od połowy, opowiadał o wyprawie w jakieś rejony Ameryki Południowej. Strasznie spodobała mi się w nim muzyka. Specjalnie czekałem aż do samego końca napisów końcowych, żeby zobaczyć, kto ją skomponował. Okazało się, że był to właśnie Antoni. Od tego momentu bardzo chciałem z nim pracować. Pojawiła się ku temu okazja, a on sam słyszał już wcześniej o moim pomyśle na Wilkołaka. Zgłosił się do mnie i wyraził swoje zainteresowanie tym projektem. Pomijając małe perturbacje, poszło dość gładko.

J.K.: Wyszło naprawdę dobrze. Muzyka idealnie współgra z pozostałymi elementami filmu. Należą mu się słowa uznania.

A.P.: Też tak uważam.

J.K.: W Wilkołaku niezwykle istotna wydaje się być kwestia współpracy z dziećmi. Zdecydował się Pan na młodych bohaterów. Odpowiednie prowadzenie ich na planie nie jest z pewnością łatwym zadaniem.

A.P.: Kiedy nie pracuje się z profesjonalnymi aktorami, to stara się dobrać postacie w taki sposób, aby osoby, które je odgrywają, były jak najbardziej fizycznie, osobowościowo, charakterologicznie podobne do nich. Tak też jest w przypadku dzieci. My spędziliśmy dość sporo czasu organizując castingi w większych polskich miastach, szukając młodych osób, które w jakiś sposób byłyby w stanie zasugerować poobozową traumę. Chodziło nam o dzieci niegrzeczne, posiadające swoje „charakterki”.

J.K.: Czyli chaos widoczny w filmie był częścią planu?

A.P.: Dokładnie tak. To były specyficzne poszukiwania. Udało nam się znaleźć kilkanaście dzieciaków, z którymi później współpracowaliśmy dalej i robiliśmy zdjęcia próbne. Oczywiście jest to zadanie dla wielu osób. Reżyserka castingu do tego filmu jeździła po świetlicach środowiskowych i wyszukiwała potencjalnych aktorów. Następnie, wraz z drugim reżyserem, przygotowywaliśmy je do ról oraz do poszczególnych scen. To był ciągły coaching. Ktoś nieustannie pilnował, żeby uczyły się tekstu, rozumiały, co robią w danej scenie. Na planie była również specjalnie wyznaczona osoba, która pilnowała, żeby dzieci nie pozabijały się podczas przerw. Pracowałem wcześniej z młodymi ludźmi i wiedziałem, że jest to dość trudne. W momencie, gdy ma się jedno dziecko, nie jest to łatwym zadaniem, a kiedy jest ich ósemka, to już prawdziwy horror (śmiech). Chcieliśmy, żeby młodzi aktorzy czuli się komfortowo, ale równocześnie zdawali sobie sprawę z tego, że jest to praca, a nie rozrywka. Oni mocno się ze sobą zaprzyjaźnili. Spędzili razem dwa miesiące – spali w jednym hotelu, grali wspólnie. Nawet na pokaz w Gdyni przyjechali wszyscy razem. Przypominało to spotkanie przyjaciół z kolonii, którzy nie widzieli się od dłuższego czasu.

J.K.: Czy tłumaczył im Pan, jakie role odgrywają? Wiedziały, że są dziećmi z obozu koncentracyjnego, czy jednak były nieświadome?

A.P.: Dzieciaki były w wieku od 6 do 15 lat. Nie pracowaliśmy z każdym tak samo. Te starsze wiedziały już o obozach koncentracyjnych, uczyły się o nich w szkołach, oglądały filmy lub słyszały o tym od swoich rodziców. Natomiast jakoś bardzo mocno nie wałkowaliśmy tego tematu. Nie staraliśmy się ich przerazić tym, co się tam działo. Bazowaliśmy na wiedzy ogólnej każdego z nas. Tak naprawdę zbudowanie ról pod tym względem nie było konieczne. Szukaliśmy dzieci, które miały to już w sobie – pewien rodzaj energii, pozwalającej im na właściwe oddanie postaci. Poza tym opowiadaliśmy głównie o relacjach. Kto kogo lubi, kto dla kogo jest zagrożeniem, kto jest zazdrosny i o kogo, kto kogo kocha. Była to historia o tym, co w nich jest ludzkiego. Bez otoczki historycznej.

Inaczej na pewno pracowaliśmy z Matyldą, która grała Małą. Powiedzieliśmy jej, że jest to film o elfach. Ona za to jest ich strażniczką. Stworzenia te żyją w lesie, a ona nie może się odezwać, bo jeżeli to zrobi, to elfy znikną. Matylda właściwie miała tylko swój świat i te wskazówki. Opowieść o jej bohaterce była dostosowane do wieku aktorki.

J.K.: Dziecięca niewinność.

A.P.: Tak, ale to chyba właśnie Matylda miała największy „charakterek”. Była najbardziej inteligentna, jeśli chodzi o społeczne zachowania i rozumienie relacji w ekipie. Potrafiła też robić dowcipy. Kiedyś wracała z Panią Anetką, już po zdjęciach, przez pałac, w którym było ciemno. Schodziła z nią po schodach, trzymana była na rękach. Wzrok skierowany miała w drugą stronę. Powiedziała Pani Anetce, że idzie za nimi jakaś dziewczynka. Opiekunka obróciła się i stwierdziła, że nikogo tam nie ma. Matylda stwierdziła, że to prawda, ponieważ ta postać jest teraz z drugiej strony. Po raz kolejny okazało się, że to nieprawda. Nagle Matylda powiedziała: „No tak, bo ta dziewczynka nie ma nóżek”. Wkręciła Panią Anetkę, że śledzi je jakiś duch.

J.K.: Jest to na swój sposób przerażające… Bardzo ciekawi mnie jednak to, jak wyglądała praca z psami na planie. Musiały być one przeszkolone, to pewne. Jak zachowywały się w korelacji z dziećmi? W Wilkołaku niektóre sceny wydają się być szczególnie niebezpieczne.

A.P.: Psy udało nam się znaleźć wcześniej niż dzieci. Pracowaliśmy z węgierską grupą, która zazwyczaj trenuje wilki. Jednak ze względu na to, że współpracowali z moimi producentkami już wcześniej, udało nam się przekonać ich do wytrenowania dla nas owczarków. Była to wieloetapowa praca. Grupa ta stacjonowała w Budapeszcie, także dużo rozmawialiśmy przez Skype’a. Wspólnie analizowaliśmy, co można zrobić i jak to będzie funkcjonowało. Później raz spotkaliśmy się w pałacu, jeszcze przed zdjęciami. Omówiliśmy wszystkie sceny po kolei. Następnie oni wrócili do dalszych treningów. Przyjechali jeszcze raz, tuż przed oficjalnym rozpoczęciem zdjęć, aby oswoić psy do odgrywania ról i współpracy. Nie było z tym jakiś większych kłopotów. Oczywiście pracowaliśmy tak, aby dzieci nie były narażone na niebezpieczeństwo. Owczarki to jednak zwierzęta dość spore, dlatego trzymaliśmy je osobno i nie było możliwości zaprzyjaźnienia się z nimi.

J.K.: Czy widzi Pan jakąkolwiek przyszłość dla polskiego horroru? Czy twórcy filmowi sięgną po ten gatunek i czy znajdzie się dla niego miejsce w kinach?

A.P.: Wydaje mi się, że tak. Kilka takich filmów już powstało. Istnieją przecież Córki dancingu Agnieszki Smoczyńskiej, był Demon Marcina Wrony. Aktualnie powstaje jakiś horror o zombie z tego, co mi się kojarzy. Myślę, że jest to zasługa istnienia jakiegoś stabilnego systemu finansowania filmów w Polsce. Zapaść, która miała miejsce w 90. latach, już się skończyła. Naturalnie uzupełniamy powstałe luki i opóźnienia. Staramy się znajdować na to własny pomysł. Moim zdaniem tak właśnie będzie. W Polsce jest miejsce na dobre horrory.

J.K.: Na zakończenie, jeżeli oczywiście mogę, chciałabym zapytać się o to, kiedy zobaczymy kolejny Pana film?

A.P.: Obecnie pracuję nad retrofuturystycznym filmem, który opowiada o Stanisławie Lemie i Philipie Dicku, a dokładniej o sprawie z lat 70. Dick miał obsesję na punkcie Lema. Węszył on komunistyczny spisek. To historia o tym, że w jakiś sposób jest to prawda. Film jest w trakcie przygotowań, więc trzeba będzie jeszcze trochę na niego poczekać. Niedawno skończyłem jeden serial kryminalny i zaczynam kolejny, więc cały czas pracuję. Data premiery jeszcze nieznana (śmiech).

J.K.: Też kompletnie odrębna tematyka z tego, co wnioskuję. Coś innego niż Daas czy Wilkołak.

A.P.: Być może, ale gdzieś mi się to wszystko razem rymuje.

J.K.: Może to jest właśnie klucz do lepszego zrozumienia Pańskich produkcji. Bardzo cenna rada. Dziękuję za rozmowę, to był wspaniale spędzony czas.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.