Advertisement
Codzienne nagrody, program VIP i cashback na złe dni. Bonusy reload dla stałych graczy. Przejrzyste warunki obrotu (wagering) i szybka weryfikacja. Dołącz do społeczności na Slotoro Kasyno. Baw się bezpiecznie.
FilmyKinoRecenzje

„Koniec ulicy Dębowej” – jurajski park kieszonkowy [RECENZJA]

Jarosław Kowal
Kadr z filmu „Koniec ulicy Dębowej” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.
Kadr z filmu „Koniec ulicy Dębowej” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Na końcu ulicy Dębowej w Gdańsku znajduje się Katedra i Zakład Medycyny Sądowej, gdzie lata temu, w ramach zajęć studenckich, jako obserwator brałem udział w sekcji zwłok. Również przed seansem Końca ulicy Dębowej nastawiałem się na doświadczenia ekstremalne. Za kamerą stanął w końcu twórca jednego z najważniejszych horrorów XXI wieku, Coś za mną chodzi, ale okazało się, że tym razem zaserwował pozycję kompletnie innego kalibru.

Davida Roberta Mitchella do horroru wciąż ciągnie i raz po raz dawał temu upust, ale gdyby szukać filmów pokrewnych z Końcem ulicy Dębowej pod względem nastroju i konstrukcji, należałoby wskazać raczej na takie produkcje jak Goonies, Gremliny, Łowcy potworów Freda Dekkera, Brama Tibora Takácsa albo na Crittersy czy – co ze względu na obecność dinozaurów jest porównaniem obligatoryjnym – Park Jurajski.

To kino familijne z dreszczykiem, które dobrze się sprawdzi w charakterze wstępu do filmów grozy dla najmłodszych, co nie musiałoby oznaczać, że dorosłym nie ma nic do zaoferowania. Najlepszy przykład produkcji, w której i jedni, i drudzy dostali coś dla siebie to Duch Tobe Hoopera (choć wciąż trwają dyskusje, na ile twórca Teksańskiej masakry piłą mechaniczną faktycznie podejmował decyzje, a na ile to producent Steven Spielberg miał ostatni głos). Mitchell zaskoczył jednak zachowawczością i kompletnym brakiem pomysłu na to, co zrobić ze swoimi bohaterami po postawieniu ich w niecodziennej sytuacji, na jakiej bazuje cały scenariusz.

Koniec ulicy Dębowej
Kadr z filmu „Koniec ulicy Dębowej” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Ulica Dębowa (i kilka sąsiednich, dla ścisłości) w wyniku tajemniczego zdarzenia została przeniesiona do prehistorii. Nie dowiadujemy się dlaczego i to akurat dobrze. Nie ma niczego gorszego od poświęcania połowy filmu osadzonego w nietypowych realiach na wyjaśnienia i paranaukowe teorie. Szkoda natomiast, że rodzina Plattów po zmianie miejsca zamieszkania razem z dawnym adresem niewiele ma do roboty. Najpierw widzimy oczywiście, jak wszyscy mieszkańcy okolicy odkrywają swoje położenie i albo giną, albo próbują rozszyfrować, co ich spotkało. Później z kolei powinien się pojawić wątek szukania drogi do domu, ale reżyser sięgnął po inną kliszę.

Wysłał młodocianego Briana (Christiana Convery’ego) na irracjonalną misję ganiania za psem w tym wrogim otoczeniu, jego siostrę Audrey (Maisy Stella) do gonitwy za nim, a ich rodziców (Anne Hathaway i Ewana McGregora) do uganiania się z nimi, co z wystarczająco odległego dystansu przypominałoby pewnie zakończenie każdego odcinka Benny’ego Hilla. Nie tylko jest to wtórne i niezbyt absorbujące (poza tą jedną sceną z ojcem/mężem, utrzymaną w zgoła odmiennym tonie), ale nawet do tego stopnia nijakie, że dla urozmaicenia znalazło się miejsce na „komediową” scenkę z kopulującymi dinozaurami. Po autorze Coś za mną chodzi i Tajemnicy Silver Lake można było oczekiwać znacznie więcej.

Sprzymierzeńców nie ma w dawnych mieszkańcach Ziemi, którzy prezentują się znacznie gorzej niż w starszym o ponad trzydzieści lat Parku Jurajskim. To jednak problem o znacznie większej skali i wielokrotnie już opisywany – mimo lepszych narzędzi technologicznych, cięcia kosztów i krótkie terminy realizacji drastycznie obniżają jakość cyfrowych efektów specjalnych. Przed seansem można było zresztą zobaczyć zwiastun wracającego na ekrany Terminatora 2 i nawet T-1000 w stanie ciekłym wyglądał znacznie lepiej niż dinozaury, których ataki na ogół są bardzo chaotyczne, bo tylko tak dało się ukryć lichość modeli, na bazie których powstały. To wręcz zaskakujące, jak słabo wykorzystano główny pomysł na ten film, czyli umieszczenie dinozaurów na spokojnej amerykańskiej ulicy z początku lat 80. Aż prosiło się o destrukcję i całkowite szaleństwo, a zamiast tego jest tylko niekończąca się bieganina pomiędzy budynkami. Nie ma ani jednej sceny, która mogłaby na dłużej zapaść w pamięć.

Przeczytaj również:  „Czarna kula” – Daje fula | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026
Koniec ulicy Dębowej
Kadr z filmu „Koniec ulicy Dębowej” / Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Na szczęście znacznie lepiej sprawdza się obsada z krwi i kości, a zwłaszcza Hathaway, która gra tak, jakby nie zorientowała się w licznych mankamentach scenariusza i w każdą scenę wkłada sto procent zaangażowania. Mogła bez obaw o czepialstwo krytyków dać z siebie absolutne minimum i pozostawić ciężar odbioru filmu na barkach tego jedynego high conceptu, ale zarówno kiedy zmaga się z wielkimi gadami, jak i w ledwo zarysowanym wątku poczucia niespełnienia w życiu zawodowym i rodzinnym wchodzi na najwyższe obroty. To dzięki jej reakcjom, emocjom, łzom, krzykom i śmiechowi Koniec ulicy Dębowej żyje i zatrzymuje widza przed ekranem. To nic, że transformacja, jaką przechodzi jej bohaterka, jest kolejną powtórką z rozrywki. Od razu przywodzącą na myśl najpierw z trudem radzące sobie z sytuacją, później sprawujące nad nią całkowitą kontrolę Ellen Ripley albo Sarę Connor. Od sceny, w której niemal płacze nad utraconym maszynopisem po kryjomu pisanej książki do sceny, w której przemierza sąsiedztwo ze strzelbą w dłoni zachodzi w niej na tyle realna przemiana, że jednocześnie całemu filmowi dodaje wiarygodności.

Nie sposób stwierdzić, czy Mitchellowi nie udało się zmaterializować kolejnego fascynującego pomysłu, czy po prostu tym razem go zabrakło, ale Koniec ulicy Dębowej jest wyraźnie poniżej jego możliwości. To niezły, rozrywkowy film, o którym za rok nikt nie będzie pamiętał.

Korekta: Krzysztof Kurdziej

+ pozostałe teksty

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.