Advertisement
Codzienne nagrody, program VIP i cashback na złe dni. Bonusy reload dla stałych graczy. Przejrzyste warunki obrotu (wagering) i szybka weryfikacja. Dołącz do społeczności na Slotoro Kasyno. Baw się bezpiecznie.
FilmyKinoRecenzje

„Ice Cream Man” – o smaku makabryczno-groteskowym [RECENZJA]

Jarosław Kowal
Ice Cream Man
Kadr z filmu „Ice Cream Man” / Kino Świat

Co też strzeliło do głowy Eliemu Rothowi, by wspomagać się sztuczną inteligencją w czasach, gdy jej generatywne zastosowanie wzbudza ogromny (i słuszny) sprzeciw? Recenzje i oceny Ice Cream Mana w dużym stopniu są bombardowane ostrą krytyką właśnie z tego powodu, a przecież te krwawe lody są całkiem niezłe i wcale nie potrzebowały sztucznego wzmacniacza smaku.

Roth nie po raz pierwszy sabotuje własną karierę. Debiutował w 2002 roku solidną, definiującą jego styl jako przepełniony groteską i przemocą Śmiertelną gorączką, ale trzy lata później – na fali popularności Piły – nakręcił głośny i istniejący wyłącznie dla wzbudzenia taniej sensacji Hostel. Później długo tworzył prawie udane filmy z ciekawymi konceptami i zapadającymi w pamięć pojedynczymi scenami (The Green Inferno, Kto tam?, remake Życzenia śmierci), dał się poznać jako prawdziwy miłośnik i znawca filmu grozy w rozciągniętym na trzy sezony dokumencie History of Horror, zaskoczył udanym slasherem Noc Dziękczynienia, a nawet bardziej koszmarną ekranizacją gry wideo Borderlands. Na każdy krok do przodu prędzej czy później wykonywał kilka wstecz. Ice Cream Man również drepcze w tę i z powrotem.

Użycia SI bronił argumentem niewielkiego zakresu. Karty graficzne miały się zagotować jedynie przy generowaniu krótkiej retro-animacji i w trakcie retrospekcji, na którą nałożono dodatkowo kamuflaż w postaci ziarnistego filtru imitującego kamerę 16mm. To faktycznie niewiele, ale po co w ogóle? Po co normalizować zasadę, zgodnie z którą jeżeli w małej dawce, to sięganie po narzędzie służące do konstruowania zaawansowanych plagiatów jest w porządku? Być może Roth nie zagląda do internetu i nie zauważył, że w wielu miejscach w Ameryce trwają właśnie szeroko zakrojone protesty przeciwko budowaniu centrów danych i serwerowni dla SI, a szkoda, bo wybrał drogę na skróty tam, gdzie było to kompletnie niepotrzebne.

Ice Cream Man
Kadr z filmu „Ice Cream Man” / Kino Świat

Jeżeli jednak przymknąć oko na ten poważny mankament, Ice Cream Man okazuje się jedną z lepszych pozycji w jego nierównym dorobku. Pod warunkiem, że widz będzie spełniał ściśle dookreślone kryteria. To musi być osoba, która sceny z otwieraniem czaszki i nabieraniem fragmentu mózgu za pomocą gałkownicy do lodów nie przyjmie z obrzydzeniem, przerażeniem, zażenowaniem czy zbulwersowaniem, tylko ze śmiechem. Preferująca humor w najczarniejszym możliwym wydaniu. Okrutniejszy niż w Martwym złu Sama Raimiego, Reanimatorze, Powrocie żywych trupów albo Martwicy mózgu, a w dodatku serwowany z kamienną twarzą.

Nieliczni zaśmieją się z tych żartów, a przez nieśmiejących się zostaną ocenieni jako niespełna rozumu. Na szczęście w kinie wciąż jest jednak miejsce dla wszystkich. Kogoś rozbawi namiętna relacja Jima Levensteina z szarlotką, kogoś innego skakanka z ludzkich jelit. Czy jest to „bezsensowne epatowanie przemocą”, jak twierdzi część krytyków? Możliwe, ale czy w większym stopniu niż cała filmografia ojca chrzestnego gore, Herschella Gordona Lewisa, Cannibal Holocaust, Pluję na twój grób albo Terrifier?

Każdy, kto sięga po tego rodzaju horror, powinien mieć świadomość, że pisze się na spektakl w teatrze makabry, a te wszystkie flaki i hektolitry przelanej posoki to przerysowana estetyczna konwencja niewiele mająca wspólnego z realnym okrucieństwem. Powodów znacznie mniejszej tolerancji na stosowanie takich środków ekspresji przez Rotha można się doszukiwać w szeroko zakrojonym pastwieniu się nad Borderlands w internecie, w fatalnej decyzji o użyciu sztucznej inteligencji w postprodukcji, a także w politycznych komentarzach opowiadających się za zbrojnymi działaniami Izraela. Zarzuty nie do podważenia, ale ciążą na jednej osobie, a nie na całym zespole pracującym nad Ice Cream Manem i rezultatem wspólnej pracy.

Przeczytaj również:  „Czarna kula” – Daje fula | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026

Oddać Rothowi można natomiast to, że posiadł rozległą wiedzę na temat swojego ulubionego gatunku filmowego i swobodnie z niej korzysta. Kiedy niewinnie wyglądające dziecko bez cienia emocji morduje rodzica, od razu przychodzi na myśl otwierająca hiszpańskie Szczątki scena z siekierą. Kiedy akcja się rozkręca i panowanie nad miasteczkiem przejmują mordujące z uśmiechem na twarzy każdego dorosłego dzieciaki, przed oczami natychmiast stają całe sekwencje z Czy zabiłbyś dziecko?, również hiszpańskiej produkcji (jestem na dziewięćdziesiąt procent pewien, że w obydwu jeden z chłopców nosi nawet dokładnie tę samą żółtą koszulkę z motocrossowcem). Kiedy zdrowe dzieci są zmuszane przez te przemienione do zjadania demonicznych lodów, skojarzenia mogą wędrować z kolei ku zakażonym wścieklizną pasztecikom z Piję twoją krew albo do przysmaku z Substancji z 1985 roku.

Ice Cream Man
Kadr z filmu „Ice Cream Man” / Kino Świat

Jest tego jeszcze sporo. Na przykład zawiła procedura pozbycia się czarnego charakteru, wymagająca spełnienia wielu bardzo szczegółowych warunków, wydaje się żartobliwie nawiązywać do metod unieszkodliwiania morderców z horrorów z końcówki ubiegłego stulecia (chociażby Freddy’ego Kruegera), a upojone cukrem dzieci ganiające ulicami za tymi nielicznymi stroniącymi od słodyczy to po prostu subtelne przeobrażenie każdego filmu o żywych trupach, tyle że z lodami zastępującymi wirusa.

Interesujące miejsce w historii horroru zajmuje wreszcie sam zawód lodziarza. Po klaunie drugi z najbardziej niepokojących, choć z założenia mających wzbudzać sympatię i radość. Wyjątkowo interesująco został przedstawiony w komiksie o identycznym tytule (autorstwa W. Maxwella Prince’a i Martína Morazzo), ale i na ekranach ma silną reprezentację. Najpopularniejsza wersja to oczywiście Lodziarz z Clintem Howardem z 1995 roku, a do tego różne warianty pojawiały się także w Legionie z 2010 roku, Opowieściach z krypty czy Mistrzach horroru, gdzie niewinność została zdradzona podwójnie, bo na antagonistę wybrano klauna-lodziarza. Roth po swojemu układa ten kolaż niezliczonych inspiracji. Podobnie jak jego kumpel, Quentin Tarantino, ale bez podejmowania prób ubierania filmu klasy B w szaty kina artystycznego.

Wszystkie te zapożyczenia służą prostemu pomysłowi – skontrastować kolorową, wyidealizowaną codzienność dzieciaków z przedmieścia z makabryczną, ekstremalną przemocą. Prawie jak aktorska wersja Przyjaciół z wesołego lasu, z tym że w pewnym momencie proporcje odwracają się. Trudno wtedy nadążyć za kolejnymi cudacznymi metodami uśmiercania ofiar, serwowanymi przez reżysera jedno po drugim w zawrotnym tempie.

Zaskakujące jest w tym kontekście zakończenie, bo po dziewięćdziesięciu minutach makabreski nagle miny rzedną. Skojarzenia luźno grawitują ku Siedem, ale z tą różnicą, że o ile u Finchera nastrój od początku do końca jest ciężki, o tyle tutaj wkracza niespodziewanie i przygniata swoją wagą. To nie jedyny taki moment. Kilka scen wcześniej zdesperowana matka popełnia samobójstwo, święcie przekonana, że w obronie własnej zabiła syna, ale ten chwilę po oddaniu przez nią strzału wstaje jakby nigdy nic. Takie momenty zbijają z tropu i zmuszają do zweryfikowania, czy aby na pewno wszystko tutaj jest tylko zabawą. Jak to często w niskobudżetowych horrorach bywa, da się też tu i ówdzie wyłapać grubo ciosane, powierzchowne, ale zarazem wymowne komentarze dotyczące naszej codzienności. Chociażby ksenofobii, konsumpcjonizmu czy próżności nowobogackich rodzin wygodnie żyjących w swojej bańce za kilkaset baniek dolarów.

Fabuła Ice Cream Mana jest pretekstowa i taka powinna być. To nie jest arthouse’owy horror studia A24. Ma jednak odpowiednio zarysowany kierunek i na tyle mocne zakończenie, by cała ta masakra w jakiś sposób została umotywowana. Czarny humor, gore, żadnych taryf ulgowych, żadnego przepraszania. Komu nieobce są takie zapomniane klasyki z dolnej półki sprzed lat, jak Uliczny chłam, Pierożki ciotki Lee, Killer Party, Dziewczęcy klub, Body Melt albo Satanistyczne cheerleaderki, prawdopodobnie od razu zrozumie intencje Rotha i najpewniej będzie w niebo (piekło?) wzięty w trakcie seansu. Kto jednak do tego niszowego klubu nerdów nie przynależy, a członkostwo nie jest przecież obowiązkowe, prawdopodobnie uzna, że wszystko to było głupie, płytkie i nie wynagrodziło poświęconego czasu. To dobrze. Dla fana tego rodzaju filmów to największa zachęta, kiedy świat ich nienawidzi.

Przeczytaj również:  „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” – Nowy Jork znów ma swojego bohatera [RECENZJA]

Korekta: Krzysztof Kurdziej

+ pozostałe teksty

Jarosław Kowal – redaktor naczelny portalu Soundrive, kurator festiwalu Jazz Jantar, a także współpracownik Mint Magazine, Dwutygodnika, Pełnej Sali, radia Jazzkultura i portalu PopMatters. W przeszłości związany z podcastem Nightslime, magazynami Kawaii i Noise, portalami Film.org.pl, Fathers, Uwolnij Muzykę i z Radiem Kapitał.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.