„Witajcie w Hope” – Co kot wyskoczy | Recenzja | Octopus Fim Festival 2026
Niewiele jest tak zaufanych destynacji eksportowych dla fanów kina gatunkowego jak Korea Południowa. Od dekad reżyserzy udowadniają tam, że ograniczenia formy filmowej istnieją tylko w naszych głowach, a stworzenie udanego mariażu najmniej (pozornie) przystających do siebie form i treści jest wręcz banalne. Zdarzy się nawet, że tak radykalne połączenia doceni sama oscarowa Akademia albo jury festiwalu w Cannes, z którego właśnie na nasze ekrany trafi Witajcie w Hope Na Hong-jina. Czy po dziesięciu latach od wspaniałego i niepokornego Lamentu koreański reżyser zamierza ponownie nas zaskoczyć? Czy łatwo będzie wysiedzieć przez 160 minut, czekając na kolejny zwrot akcji?
W nadmorskim miasteczku Hope wydarzyło się coś niezwykłego: wszechobecna destrukcja, zabici mieszkańcy i żadnych konkretnych odpowiedzi. Pojedynczy ocaleni świadkowie donoszą o wielkim potworze, który bez skrępowania biega po ulicach miasta, nie dając się unieszkodliwić. Spacyfikowania stwora próbuje podjąć się lokalny policjant Bum-seok, wraz z napotkanymi po drodze sojusznikami. I to tyle od strony fabularnej. Nie zdążymy nawet dopić swojego napoju i dojeść resztek popcornu, a zostaniemy wrzuceni w wir nieustającej akcji, destrukcji i krwawej jatki. Przez niemal dwie godziny, bez ani chwili oddechu. I jest to prawdopodobnie największy atut filmu Hong-jina, miejscami ocierającego się o status geniusza destrukcji. Ciągły pęd po okolicy za tajemniczą kreaturą to uczta dla oczu, która aż prosi się o gwałtowne zerwanie z fotela kinowego. Nieważna jest niewiarygodna ilość amunicji, krętych uliczek czy niezdemolowanych jeszcze sklepów wielobranżowych, grunt że się dzieje.

Jednak (podobno) żaden haj nie może trwać wiecznie, a ta wysokooktanowa gonitwa za potworem musi kiedyś wytracić tempo. Nie inaczej jest tutaj, bo gdy obiecująca batalia z monstrum po raz kolejny przystaje z powodu pokazu kręcenia bączków i obrotów o 180 stopni na szosie, zaczynamy odczuwać potrzebę odmiany. Może inni bohaterowie? Kolejna przeszkoda do pokonania? Słabość potwora, o której wcześniej nie wiedzieliśmy? Motywacja inna niż nie dać się zeżreć? Może później, poczekaj jeszcze z godzinkę. Skłamałbym twierdząc, że seans zamknięcia Octopus Film Festival nie usatysfakcjonował mojego wewnętrznego dziecka, które wyobrażało sobie pędzącego za oknem samochodu, którym jechałem, dzikiego stwora, który próbuje nas dogonić. Ale byłbym równie nieszczery, gdybym uznawał to za wystarczające na 160 minut metrażu stworzonego przez twórcę uwielbianego przeze mnie Lamentu. Tu musi być coś jeszcze. I ku zaskoczeniu nikogo, jest. Na sam koniec. Znowu
Co to za szanujący się koreański film gatunkowy, który nie obróci w pewnym momencie swoich własnych założeń o wspomniane wyżej sto osiemdziesiąt? Choć informacje z festiwalu w Cannes i opisy dystrybutorskie zasugerowały mi dość czytelnie skąd wziął się potwór, masa elementów wciąż czekała na odkrycie. I gdy nasz prestidigitator zaczął odsłaniać karty, uśmiech nie przestawał schodzić z mojej buźki. Znowu poczułem się jak podekscytowany dzieciak, a gdy na niebie pojawiło się [TO COŚ], na nowo odzyskałem energię z pierwszych scen filmu. Jednak zanim tętno zdążyło wrócić do normy, światła na sali zapaliły się, a ja zostałem z większą ilością pytań niż przed seansem. Celowa zgrywa z widza? Zapowiedź sequela? Zasnąłem w trakcie seansu i czegoś nie pamiętam? Odpowiedź brzmi: może. Nie mam w sobie dość zawiści, by jednoznacznie przekreślić pomysł Na Hong-jina, ale nie potrafię pogodzić się z faktem, ile repetytywnych scen akcji moglibyśmy poświęcić kosztem próby zamknięcia ostatniego z wątków. Lub chociaż dopracowania do estetycznie.

Nie mam zielonego pojęcia, jak realnie przeliczyć koszty produkcji wymagające wielkiego gruzowiska w portowym miasteczku. Ale z pewną dozą pewności zakładam, że kilkukrotne użycie tej samej alejki zostawi nieco więcej zaskórniaków na dopracowanie efektów komputerowych i wykluczy konieczność zatrudniania hollywoodzkich aktorów. Boleśnie ironiczne jest, że największą bolączką koreańskiego filmu jest udawanie filmu amerykańskiego. Skala niby większa, nazwiska bardziej znane, dialogi bardziej ekspozycyjne, ale nie po to wybrałem się na seans z tego regionu i sygnowany tym nazwiskiem, aby przypomnieć sobie czemu kino „głównego nurtu” coraz częściej mnie rozczarowuje. Są filmy, które za grosze osiągają cele niewyobrażalne dla wielkich studiów, i aż dziw bierze, że Hope nie jest kolejnym przykładem. Może jakaś wersja redux, za połowę stawki dla Pary Aktorów z Hollywood?
Witajcie w Hope jest trochę jak życie w takim właśnie małym miasteczku. Pełno w nim ograniczeń, kuriozalnych postaci i decyzji przez nie podejmowanych oraz kompletnie zbędnych w waszej strefie komfortu rzeczy, ale nie sposób go nie kochać. Znacie dobrze jego zakamarki, wiecie, gdzie się udać i jak dobrze spędzić w nim czas, a z odrobiną otwartej głowy największe absurdy stają się całkowitą normą. Wiele wad, masa uroku, no i tak się żyje w tej wiosce rybackiej. Przecież tutaj nigdy nie było normalnie.
Korekta: Michalina Nowak
Tekst powstał w ramach patronatu medialnego nad Octopus Film Festivalem.
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
