Amazon PrimeRecenzjeSeriale

„Fallout”, czyli fabuła nigdy się nie zmienia [RECENZJA]

Piotr Ponewczyński
kadr z serialu fallout
Aaron Moten jako Maximus / mat. prasowe Amazon

Fallout, Fallout, Fallout. List miłosny do pulpowego sci-fi, dekonstrukcja lat 50. i amerykański sen w krzywym zwierciadle.

Czekaliśmy na swoją turę w piaskach Kalifornii, snuliśmy się przez zielony filtr w ruinach Waszyngtonu. Decydowaliśmy o losach Nowego Vegas, walczyliśmy w Nowej Anglii i Appalachach, aż w końcu doczekaliśmy się adaptacji serialowej. Czy Todd Howard dostarczył?

Główna bolączka fabuły serialowego Fallouta tkwi w jej sztampowości. Troje bohaterów przedstawia trzy warianty opowieści. Wyrwana z bezpiecznego gniazda, naiwna Lucy poszukuje zaginionego członka rodziny, rzucony na głęboką wodę nowicjusz Maximus próbuje odnaleźć bezcenny artefakt, mogący uratować lub zniszczyć świat. Natomiast zmęczony życiem Ghoul błąka się po pustkowiach w poszukiwaniu zemsty i świętego spokoju. Dorzućmy do tego character development z pierwszego roku scenopisarstwa, z obowiązkowym zdobyciem twardej skóry przy zachowaniu złotego serca, znalezieniem w sobie odwagi czy skruszeniem fasady cynika i doprawmy dosłownym momentem z głaskaniem pieska (choć Ochłap to nie byle kundel). Kolejne elementy fabuły to klasyka serii. Ucieczka z rodzinnej krypty, warowna osada handlowa, ruina przedwojennego świata i finał w przedwojennej atrakcji turystycznej. Wszystko znamy, we wszystko graliśmy i tylko czekamy, aż NPC podejdzie z questem o szukaniu figurek Vault-Boya. Wielki zwrot akcji jest oczywisty dla każdego z podstawową wiedzą o Vault-Tecu, ale – co ciekawe – ratują go małe zdrady sekretów drugoplanowych postaci i pomniejszy wątek śledztwa Norma, brata głównej bohaterki, którego śmiało nazwę najlepszym w serialu.

kadr z serialu fallout
Walton Goggins jako Ghoul / mat. prasowe Amazon

Trio głównych bohaterów tkwi w okowach scenariusza, czyniącego z nich wyjątkowo przewidywalne postaci. Ella Purnell, niczym Samotny Wędrowiec z trzeciej części, wyrusza w poszukiwaniu zaginionego ojca na kurs kolizyjny z okrucieństwem i radosną nieprzewidywalnością postapokaliptycznej Kalifornii. Tam jednak – co za niespodzianka – naiwny optymizm i slogany z krypty na niewiele się przydają, w starciu z obrzynami i mutantami. Postać Brytyjki przechodzi tradycyjny kurs od świeżaka do pełnoprawnej bohaterki, w którym do pełni sztampowości brakuje tylko przystrzyżenia sobie bojowej grzywki i żucia gumy. Aaron Moten jako Maximus, młody giermek w zardzewiałym już Bractwie Stali, to klasyczny przykład szeregowego żołnierza, który dostrzegłszy nierówności i hipokryzję w swej armii, wyrusza na własną, idealistyczną wojnę. Najsilniejszym ogniwem jest Walton Goggins jako Cooper Howard / Ghoul. Przedwojenny aktor i maskotka Vault-Tecu, a obecnie ghoul i łowca nagród. Strzela on przed pytaniem, nosi arsenał klawych giwer, kryje oczy pod kowbojskim kapeluszem, ma wszystkich gdzieś i za wiadro kapsli wyruszyłby na całe Bractwo Stali. Klasyczny Kurier z New Vegas. Niestety i tutaj nie uniknięto klasycznych tropów rewolwerowca o twardej skórze, choć z wrażliwym sercem, ale za to jego wątek przedwojenny mieści się w ścisłej czołówce. Kyle MacLachlan jako Hank, ojciec Lucy i nadzorca krypty 33, mimo krótkiego czasu ekranowego wciąż przykuwa do ekranu. Perłą w koronie pustkowia jest Moisés Arias w roli Norma, brata Lucy. Przez pierwsze odcinki miałem ochotę rzucić go na pożarcie radrakanom, ale kiedy jego wątek nabiera rozmachu, błyszczy on jak napromieniowany ghoul.

World-building wskazuje na to, że diabeł może i tkwi w szczegółach, ale Todd Howard zajął się tłem i spowodował jeszcze większe szkody. Fallout nazywano post-postapokalipsą, w której cywilizacja zaczęła się odbudowywać. Scenariusz jednak wyciąga kolejną pochodną z zagłady i unicestwia resztki nadziei w świecie po Wielkiej Wojnie. Trudno znaleźć scenę bez znajomych produktów z franczyzy – Nuka Cola i Sunset Sarsaparilla wciąż uświetniają stacje benzynowe. Stimpaki i AntyRad czekają w każdej apteczce, a menu krypt i powierzchni jest znane każdemu graczowi. Niestety, na wiele ikonicznych elementów uniwersum poza cameo, takich jak szpony śmierci, supermutanty czy też Enklawę, przyjdzie nam poczekać do prawdopodobnego drugiego sezonu. Poszarganie świętości w ostatnim kadrze sezonu nie napawa mnie optymizmem. Muzykę skupiono na utworach z post-Vegasowych gier, lecz wciąż jest ona jednym z najbardziej nastrojowych elementów produkcji.

kadr z serialu amazon
fot. „Fallout” / materiały prasowe Amazon

Fallout zawsze śmieszył i straszył jednocześnie, lecz serialowi nie do końca to wychodzi. Najwięcej śmiechu budzą małe głupotki żywcem wyciągnięte z gier, ale większość dialogów głównych bohaterów to zgrane teksty, mogące co najwyżej wywołać delikatne wypuszczenie powietrza nosem (poza osławioną już rozmową w 4 Krypcie, przez którą z zażenowania zęby bolą). Multum drobnych ról aktorów komediowych stara się dośmiesznić produkcję, lecz przez nieemocjonalne dialogi ich wysiłki padają na jałowy grunt. Sytuacja wygląda nieco lepiej na froncie horroru. Wprawdzie nie odczujemy wrażenia, jakbyśmy uciekali z pistoletem w ręku przed szponem śmierci, ale połączenie strachu ze smutkiem umierającego świata i grozą bycia marionetką w ręku korporacji przynosi rezultaty. Nie uświadczysz jumpscare’a z ghoulem ani ciężkiej atmosfery opuszczonej krypty pełnej promieniowania. Prędzej zastanowisz się nad swoją bezradnością i bezsilnością, w razie nawet tak cukierkowej apokalipsy.

Mimo wszystkich swoich wad, Fallout wywołuje mnóstwo bezceremonialnej radochy rodem z końcowych faz gier, kiedy możemy już robić wszystko, co nam się podoba. Ghoul rozstrzeliwujący połowę miasteczka z widocznym perkiem Krwawa Miazga? Radośnie obrzydliwa walka ze zmutowaną salamandrą przy In the Mood? Szalone spotkania z indywiduami na pustkowiach? Wielka bitwa w ruinach Obserwatorium Griffitha, przy której Mia i Sebastian dosłownie odlecieliby w kosmos? Wszystko to wywołuje uśmiech na twarzy zarówno u graczy, jak i nowych fanów. Ale kiedy zgaśnie już ekran, niestety nie pomaga to na bolączki słabego scenariusza i świętokradczych decyzji w sprawie uniwersum. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, choć głównie w celu zobaczenia, jak Howard z ekipą naprawią pozostawiony przez siebie bałagan. Do tej pory możecie mnie znaleźć gdzieś na południe od znaku Welcome to fabulous New Vegas, gdyż zabawa w kowboja z żądzą krwi i władzy nigdy się nie znudzi.

 

Przeczytaj również:  Moje Millennium Docs Against Gravity

Korekta: Krzysztof Kurdziej, Anna Czerwińska

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.