FilmyKinoRecenzje

„Napoleon” – To gorzej niż zbrodnia, to błąd [RECENZJA]

Piotr Ponewczyński
fot. „Napoleon”
fot. „Napoleon” / mat. prasowe United International Pictures

Spodziewałem się przedstawienia Napoleona zgodnego z brytyjską propagandą – mały korsykański kapral, niekontrolujący gniewu, przodek tyranów Europy i egocentryczny, nieudolny w łóżku maniak. Okazało się, że obowiązkowy żart z wzrostu Bonapartego był jedną z lepszych części filmu.

Scott i Scarpa stworzyli komedię, która niestety wyszła śmieszna, a nie zabawna. Napoleon Phoenixa jest bliższy ostatniemu Jokerowi niż prawdzie historycznej: to zakompleksiony, niedojrzały zbój z Korsyki, który rzuca w żonę widelcami, a w rozmówców kwestiami zaczerpniętymi od Rossa Gellera. Korsykanin rozrywający swój płaszcz przed królewskimi żołnierzami i pytający, czy ktoś chce strzelić do swojego cesarza, został zastąpiony sztampową mową o tęsknocie za domem i pytaniem, czy pójdziecie ze mną po chwałę. 

Charyzmatyczny, wykształcony dowódca, jedna z najważniejszych postaci europejskiej historii, w filmie Scotta staje się żałosnym, skupionym wyłącznie na sobie oficerem-pantoflarzem, który jest nikim bez swej żony, lubuje się w humorze na poziomie kończonych po drugim sezonie sitcomów i doprowadza do załamania nerwowego ludzi nieprzyzwyczajonych do brytyjskiej propagandy. Vanessa Kirby jako Józefina zachwycałaby, gdyby jej związek z Napoleonem nie był przedstawiony na poziomie tragicznej relacji, wyciągniętej z kreskówki dla dorosłych. 

Przez niemal godzinę mamy (nie)przyjemność oglądać niezręczny romans oficera ze szlachcianką, sceny z życia małżeńskiego podszyte toksycznością i manipulacją, ujęcia in flagranti i listy czytane z offu. Wszystko to mogłoby się obronić jako poprawny wątek, gdyby nie utopienie go w sosie żenującej komedii. (Patrz: cesarz wciągający żonę pod stół celem przedłużenia dynastii przy strażnikach). Przez to bardziej emocjonalne i poważne sceny wydają się wyciągnięte z lepszego filmu. Śmierć Józefiny przynosi ulgę, ale nie Napoleonowi, tylko widzom. Wiemy, że kończy się cringe comedy i zostaje „sto dni”.

fot. „Napoleon”
fot. „Napoleon” / mat. prasowe United International Pictures

Drugi największy błąd twórców to trafienie w sam środek strefy mroku kina historycznego. Bez znajomości historii (choćby pobieżnego przekartkowania działu z podręcznika) konia z rzędem temu, kto zorientuje się na podstawie zekranizowanej prezentacji spisanej z Wikipedii, o co chodziło w epoce napoleońskiej. Jeśli zaś zna się wydarzenia od rewolucji francuskiej aż do kongresu wiedeńskiego, pozostaje siedzenie i żałowanie, że nie wzięło się bigosu na uspokojenie. 

Oblężenie Tulonu skupia się napędzanym krwią i prochem rozwoju postaci Napoleona z korsykańskiego zbira do korsykańskiego zbira-taktyka. Podbój Egiptu ogranicza się do fikcyjnego ostrzelania piramid i przywodzi na myśl sceny z Misji Kleopatra, tylko tutaj niestety przedstawione na poważnie. Austerlitz flirtuje z bitwą na jeziorze Pejpus z Aleksandra Newskiego, mijając się z prawdą historyczną na rzecz widowiskowości. Borodino liczy się w sekundach, pokazując szarżę kawalerii z lotu ptaka i pomijając całkowicie znaczenie bitwy w inwazji na Rosję. Bitwa pod Trafalgarem, kampania hiszpańska, Lipsk? A komu to potrzebne? Jedynie Waterloo, mimo rozmaitych błędów historycznych (flagi Belgii, złe jednostki miary czy Napoleon, oficer artylerii, dowodzący atakiem konnicy), broni się rozmachem i liczbą wojsk, choć boli niewykorzystanie najsłynniejszego one-linera epoki: „Niech nadejdzie Blücher lub niech nadejdzie noc”. Rozmaite postaci wojen napoleońskich często nie mają nawet linijki tekstu, cięcia tworzą nieomal historię alternatywną, a Polska pojawia się wyłącznie jako miejsce możliwego odwrotu.

Blücher uratował Wellingtona, a czy coś ratuje Napoleona? Jedyny polski wątek, czyli Dariusz Wolski za kamerą, dał z siebie wszystko, zwłaszcza przy scenach batalistycznych. Wnętrza francuskich budynków i plenery pałacyków zachwycają, podobnie jak kostiumy i dwie sceny żywcem wyciągnięte z obrazów: Bonaparte przed Sfinksem Jean-Léona Gérôme’a oraz Koronacja Napoleona Jacques-Louisa Davida. Mimo że produkcja jest w zasadzie dramatem dwojga aktorów, Paul Rhys jako szczwany lis dyplomacji Talleyrand mimiką i obrzydliwie słodkimi kłamstwami kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym, elementem filmu jest muzyka, zarówno ta stworzona na potrzeby produkcji, jak i wybrane utwory z epoki. Ah! ça ira, La Carmagnole, menuet Boccheriniego, czy też Concerto alla rustica Vivaldiego doskonale pasują do swoich scen, a muzyka Phippsa, zwłaszcza jego ciekawa wariacja na temat Kyrie Eleison, współgra z bohaterami i często stanowi jedyną zabawną część śmiesznej komedii.

Napoleon zawodzi. Wątek związku cesarza i Józefiny skłania do patrzenia na zegarek lub zaciskania zębów z zażenowania (w czym nie pomaga jedna scena żywcem zaczerpnięta ze Shreka 2), laicy historyczni się wynudzą, a znający epokę napoleońską wyjdą z objawami białej gorączki. Sama estetyka, stojąca na wysokim poziomie, nie uratuje filmu ze scenariuszem sklejonym z pobieżnego czytania Wikipedii i analizy niestabilnych par z popularnych seriali. Nie czekam już na czterogodzinną wersję reżyserską. Zamiast udać się do kina, polecam za tę kwotę kupić sobie w antykwariacie coś o epoce napoleońskiej i poprawić croissantem: z tego, w przeciwieństwie do tragicznej komedii Scotta, Bonaparte byłby dumny.


Korekta: Kamil Walczak

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.