PublicystykaZestawienia

Filmy, które ogrzeją wasze serduszka [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
'Graphic design is my passion'

Prosiliście w listach o przygotowanie listy filmów, które “sprawiają, że od razu robi się nam cieplej na serduchu, a całe zło świata znika”.

Jak dobrze wiecie, zawsze wysłuchujemy naszych fanów, a przygotowanie tej listy było niezwykłą przyjemnością. Nasi redaktorzy przypominając sobie te produkcje wylali morze łez i mamy nadzieję, że uda wam się znaleźć coś, co przypadnie wam do gustu.


Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham (2016)


fot. kadr z filmu Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham.

W sercu każdego z nas znajdzie się choć jedna książka czy film, który ma specjalne miejsce. Czasami sztuka zasługuje sobie na takie wyróżnienie, ponieważ coś w nas zmienia, a innym razem głęboko nas porusza. Dokument Pawła Łozińskiego Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham, zalicza się w moim przypadku do obydwu tych kategorii. Ilość emocji, jakie przeżyłem w trakcie seansu, a właściwie wyreżyserowanej sesji terapeutycznej, jest nie do opisania w kilkuset, czy nawet kilku tysiącach słów.

Matka (Ewa Szymczyk) wraz z córką (Hanna Maciąg), decydują się wziąć udział w terapii prowadzonej przez profesora Bogdana de Barbaro, który nie jest aktorem, lecz wybitnym psychoterapeutą i psychiatrą, specjalizującym się m.in. w terapii rodzin, tak bardzo ważnej dla opowieści Łozińskiego. Relacja rodzica i dziecka jest zaburzona. Panie nie potrafią się ze sobą dogadać nie tylko na płytkim, codziennym poziomie, ale i na głębokim spektrum emocjonalnym – nie rozumieją swoich potrzeb, emocji czy marzeń. W ciągu zaledwie 76 minut obserwujemy, jak profesor de Barbaro genialnie, z pełnią niesamowitej terapeutycznej zwinności, stawia właściwe pytania, które pomagają kobietom otworzyć się. Nie tylko przed drugą osobą, ale i przed sobą samą, co jest w życiu niezwykle trudne. Przyznanie się do swoich własnych ograniczeń i nawyków wyniesionych z domu, które mają wpływ na kształtowanie naszej relacji z dzieckiem, to rzecz niełatwa, ale sprawiająca ogromną satysfakcję.

Jeśli chcielibyście wiedzieć, jak mniej więcej wygląda terapia, to zachęcam do obejrzenia filmu za darmo pod tym linkiem. Dostaniecie nie tylko świetny obraz tego, jak wygląda proces terapeutyczny, ale i doznacie istnego katharsis, które sprawi, że w jakimś stopniu zastanowicie się nad własnym życiem i relacjami z bliskimi. Co w Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham, jest wholesome, poza tytułem? Zdecydowanie naprawa niezwykle zniszczonej relacji matki z córką, która postępuje z minuty na minutę.

(Paweł Gościniak)

Przed wschodem słońca (1995)


Fot. kadr z filmu Przed wschodem słońca.

Ci, którzy znają mój gust filmowy, wiedzą, że uwielbiam opowieści oparte na relacjach międzyludzkich. Dlatego też jestem fanem twórczości Linklatera, a w szczególności wymienionego tytułu –  nie znajdziecie drugiego, który z taką szczerością i delikatnością potrafi o nich opowiedzieć.

Amerykanin i Francuzka spotykają się w pociągu, i od słowa do słowa decydują się wysiąść razem i spędzić cały dzień na wiedeńskich ulicach. Tworzą bliską, romantyczną więź, nieustannie rozmawiając ze sobą i dzieląc emocje w chwili, gdy jednocześnie dochodzą do refleksji nad samymi sobą.

To wcielenie marzeń, które plątają się w głowach każdego z nas. Spotkania kogoś, z kim spleciemy się strumieniem świadomości od pierwszego kontaktu. Podjęcia spontanicznej decyzji. Nie musi być to od razu wysiadka w Wiedniu i miłość naszego życia. Może to być osoba poznana na ulicy naszego rodzinnego miasta, którą spotkaliśmy w drodze do szkoły lub pracy. Może to być ktoś, kto szukał towarzystwa na grupie filmowej. Może to być shitposter pobratymca. Nie ma to znaczenia.

Znaczenie ma to, że Przed wschodem słońca, uderzy w nas na poziomie podświadomości, sprawiając, że każda chwila jaką spędzą ze sobą Jesse i Celine, będzie oddziaływać na nas tymi samymi emocjami. Podczas mojego niejednego seansu cieszyłem się, śmiałem i płakałem razem z nimi. I przy tym czułem wszechogarniające mnie uczucie swobody i czystej radości. Czułem, że tak smakuje szczęście.

(Mikołaj Krebs)

Pozostać człowiekiem (2018)


Fot. kadr z filmu Pozostać człowiekiem.

O Pozostać człowiekiem pisałem już bardzo obszernie w recenzji, gdzie śmiało stwierdziłem, że jest to jeszcze bardziej chwytająca za serce wersja francuskich Nietykalnych. Trzymam się tej opinii do dziś, a sama hongkońska produkcja należy do mojego ścisłego top 10 filmów, nie tylko tych wholesome. Pozostać człowiekiem to opowieść o pokonywaniu barier, w tym językowej, w relacji z drugim człowiekiem. To historia o poświęcaniu własnych marzeń na rzecz innych ludzi, a także przygoda, w której reżyser Oliver Siu Kuen Chan na pierwszym planie pokazał przyjaźń dwóch zwykłych osób.

Sparaliżowany, przykuty do wózka inwalidzkiego, pochodzący z Hongkongu Cheong-wing (Anthony Chau-Sang Wong) oraz jego służąca, imigrantka, która przybyła do niego z Filipin, starają się odkryć, co to właściwie znaczy pozostać człowiekiem. Film szuka odpowiedzi na pytanie, czym jest człowieczeństwo. W moich oczach, produkcji udaje się to fantastycznie, szczególnie dzięki temu, że pokazuje ona proste, codzienne gesty, z których składa się prawdziwa, owocna relacja międzyludzka. To jeden z tych filmów, na których chce się płakać, trochę ze współczucia, trochę ze szczęścia. Ja płakałem, ale serce miałem pełne radości.

Przeczytaj również:  "Słuchajcie Dziewczyny!" - Viva la Vulva! [RECENZJA]
(Paweł Gościniak)

W odwiedzinach u pana Rogersa (2018)


Fot. kadr z filmu W odwiedzinach u Pana Rogersa.

Fred Rogers to w Stanach Zjednoczonych człowiek-instytucja. Postać, której kultowość i status w społeczeństwie można porównać chyba jedynie z Janem Pawłem II w Polsce. Pionier w kwestii telewizji dla dzieci, działacz na rzecz praw dziecka, reżyser, scenarzysta, wyświęcony pastor. Ale przede wszystkim – prowadzący „Mister Rogers’ Neighborhood”. Pierwszego programu w USA, który był skierowany do dzieci. Mister Rogers tworzył go z poczuciem misji – chciał pomagać dzieciom oswajać się z wielkim światem przez telewizyjne okno na jego sąsiedztwo. Nie bał się wprowadzać kontrowersyjnych treści, często sam łamał tabu. Nie straszne były mu tematy rozwodu, śmierci, dziecięcej depresji, niepełnosprawności, wojny. Wierzył, że uczucia dziecka są równie silne, co uczucia dorosłego i dlatego nie wolno ich okłamywać. Należy wyjaśniać im skomplikowane koncepty oraz zapewniać, że mają osobę, do której mogą się zwrócić.

W odwiedzinach u pana Rogersa (lub Won’t You Be My Neighbor) balansuje na granicy dokumentu a hagiografii. Seans tego filmu to 94 minuty odzyskiwania wiary w drugiego człowieka i w siłę dobrych uczynków. Oglądając produkcję Morgana Neville’a widz czuje się tak, jakby sam wychowywał się na programach tego sympatycznego jegomościa w kolorowym sweterku. Jest on tak fascynującą, magnetyzującą postacią, że nie da się nie wzruszyć patrząc, jak walczy o dobro dziecka, oferuje każdemu brzdącowi swoją uwagę, nikogo nie faworyzuje. Pan Rogers był osobą, której sama obecność miała możliwość zmienienia drugiego człowieka i część tej mocy udało się przekazać w Won’t You Be My Neighbor. Patrzcie i płaczcie – ze wzruszenia.

(Wiktor Małolepszy)

Król rozrywki (2017)


Fot. kadr z filmu Król rozrywki.

Uwielbiam filmy, które dają mi nadzieję – czy to zachęcają do realizacji marzeń, czy dają poczucie sensu w życiu. Król rozrywki to jeden z takich tytułów, ale muszę przyznać, że sam film nie ma w tym wielkiego udziału. Reżyser Michael Gracey stworzył produkcję, która kupiła serce moje i wielu jej fanów, moim zdaniem, niesamowitym, olśniewającym, i nie wiem jakim jeszcze soundtrackiem, który porusza ludzką duszę. Utwór A Million Dreams jest moim muzycznym prywatnym numerem 1 ze względu na to, jak ogromnie pozwala naładować mi baterie. Gdy kiedyś słuchałem go w czasie podróży z plecakiem po norweskich górach, czułem, jakby wyrosły mi skrzydła i mógłbym zrobić wszystko, niezależnie od rzeczywistości.

Na wydźwięk A Million Dreams czy całego soundtracku, w którym znajdują się tak genialne utwory jak Never Enough, zdecydowanie wpłynęła fabuła filmu. P.T. Barnum (Hugh Jackman), historyczny, żyjący w XIX wieku bohater, planuje spełnić swoje marzenie – chce otworzyć w Stanach Zjednoczonych cyrk, który ma okazać się jednym z największych na świecie. Król rozrywki przeprowadza nas przez niesamowitą, choć częściowo wybieloną względem faktów opowieść o relacjach rodzinnych i miłości do swojej żony Charity (Michelle Williams). Pokazuje nam również wykluczenie, z jakim borykali się i nadal mają problem ludzie odbiegający od “normy”, tacy jak chociażby osoby z niskorosłością, o nadmiernym owłosieniu czy innym kolorze skóry. Do obsady dołączyli także Zac Efron czy Zendaya, więc pod względem aktorskim film jest w porządku. Boli trochę fabuła, która, o ile piękna w swych założeniach, nie daje do końca rady. Mimo wszystko polecam gorąco, bo Król rozrywki to niesamowite przeżycie, po którym, być może, jak ja będziecie tańczyć z parasolką w deszczu w rytm A Millions Dreams.

(Paweł Gościniak)

Małe kobietki (2019)


fot. kadr z filmu Małe kobietki.

Jest w filmie Gerwig takie ciepło, które nosiły w sobie filmy Franka Capry. Chodzi o postawienie w centrum rodzinnych relacji. Ukazanie ciągłości dobrych uczynków. Mocy więzów krwi, ale też otwartości na drugiego człowieka.

Świat Małych kobietek to, rzecz jasna, książkowa idylla, dodatkowo wzmocniona przez celowe przejaskrawienie dobrych wspomnień Jo. Gerwig jednak umiejętnie neutralizuje reminiscencyjną słodycz goryczą teraźniejszości. Wiek dorosły to dla dziewczyn czas próby. Każda z nich, zanim stanie się kobietą, będzie musiała zdefiniować swoją własną pozycję i nastawienie wobec nadchodzącej, niewyglądającej wesoło przyszłości. Sytuacja kobiet w okresie, o którym pisała Louisa May Alcott była daleka od dobrej, co dodatkowo rzutowało na ich status i szanse w męskim świecie.

Jednak Kobietki pokazują, że przy pomocy zwyczajnej ludzkiej uprzejmości i empatii można wiele zdziałać w świecie, a całą frustrację i ból da się zmienić w coś zachwycającego. Są w tym filmie sceny, które wyciskają z oczu łzy swoim tragizmem, lecz o wiele mocniejsze są te, w których obserwujemy wzajemną dobroć. Gdy bogaty sąsiad familii March obdarowuje Beth swoim pianinem tuż po tym, jak ona wyświadcza pomoc biednej rodzinie, film przekazuje nam stare, lekko naiwne, ale piękne przesłanie – że każdy dobry uczynek kiedyś do nas wróci. Frank Capra, gdyby mógł, przyklasnąłby na pewno z uznaniem.

Przeczytaj również:  10 filmów studia A24, które powinny zostać grami [ZESTAWIENIE]
(Wiktor Małolepszy)

ParaNorman (2012)


fot. kadr z filmu ParaNorman.

Jak to zwykle bywa w przypadku moich rekomendacji, nie sposób będzie nie odwołać się do moich osobistych przeżyć. A te dzisiaj będą sięgać aż do mojego dzieciństwa, kiedy to mały Norbert został wiele lat temu wprowadzony do mrocznego, ale i przyjaznego świata Tima Burtona. Wciąż będąc fanem klasycznego Disneya i Pixara, filmy Tima pokazywały mi, że jest wciąż miejsce dla innych. Dla tych dziwaków, którzy od wyjścia na rower wolą książkę albo komiks, a czasem też i film.

I choć Burton już od lat nie radzi sobie tak, jak życzyłby sobie tego kilkuletni ja, jest jeden film który zapełnił tę wielka dziurę w moim gotyckim serduszku. W niewielkim amerykańskim miasteczku żyje młody chłopiec o imieniu Norman, któremu towarzysko nie wiedzie się zbyt dobrze. Zamiast spędzać czas z kumplami, ogląda w domowym zaciszu filmy o zombie razem ze swoją martwą babcią. Jak to? Głównie dlatego, że Norman posiada niespotykany dar widzenia i rozmawiania z umarłymi, co dodatkowo przysparza mu kłopotów. Ale gdy nad miastem zawisa rzucona przez straszną wiedźmę klątwa, tylko on zdaje się rozumieć powagę sytuacji.

Nad rodzinnym miasteczkiem Normana roztacza się aura godna wszystkich post-ekspresjonistycznych mieścin Burtona, wymieszana z dawką Twin Peaks i szczyptą klasycznego amerykańskiego ogólniaka. Projekty postaci są niezwykle przemyślane a przeurocza animacja poklatkowa, sprawia, że nie sposób oderwać wzroku od kolejnych pięknych fotografii. Czuć wyraźnie, że cały sztab realizacyjny obrał bardzo klarowne inspiracje, bowiem każdy detal ParaNormanajest małym majstersztykiem.

Nie muszę też zdradzać zbyt wiele z fabuły, by łatwo było dostrzec, jakich tematów dotyczy film Chrisa Butlera. ParaNorman będzie zatem pozycją idealną dla przedstawiciela w zasadzie każdej demografii i grupy społecznej. Zrozumienie dla innych jest bowiem ideą dość elementarną, a w szczególności dla kogoś, kto niczym Norman bardziej zdawał się lepiej rozumieć duchy niż własnych znajomych, a więcej pożytku miał z dobrej lektury niż wieczoru spędzonego na boisku. ParaNorman daje nadzieje takim zbłąkanym dzieciakom jak ja, że inny to nie to samo co zły. I każdy kolejny seans raz za razem mi o tym przypomina.

(Norbert Kaczała)

Klopsiki i inne zjawiska pogodowe (2009)


Fot. kadr z filmu Klopsiki i inne zjawiska pogodowe.

Nie inaczej sprawa ma się z niedocenianym klasykiem duetu Phil Lord/Chris Miller. Ambitny młody wynalazca, Flint Lockwood postanawia wyrwać swoje miasteczko pośrodku oceanu z kulinarnego i umysłowego marazmu. Gdy wszystkim już zbrzydły sardynki i szarość nieba, Flint przypadkowo wysyła w niebo swoją maszynę, zmieniającą wodę w jedzenie. Z nieba zaczynają spadać burgery, lody, pączki i tytułowe Klopsiki. Jednak nie jest to sytuacja idealna i cała masa rzeczy zdąży po drodze pójść nie tak.

Tutaj poza wspomnianą afirmacją inności z poprzedniego filmu, mamy do czynienia z bardzo istotnym umiłowaniem czystej kreatywności. Lord z Millerem przypominają nam wszystkim, że nigdy nie jesteśmy zbyt mali aby coś zrobić i zmienić. Ważne żebyśmy nigdy nie tracili wiary w swoje umiejętności, pasję i wspierali się nawzajem. Jest to też film bardzo ważny dla rodziców wszelakich indywidualistów, za którymi mogą czasem nie nadążać. Przypomina, że nawet jeśli nie potrafią zrozumieć pewnych pomysłów własnych pociech, niech ich nie zniechęcają. Rozmowa, wsparcie i obustronna ciekawość to fundamenty dobrego i dumnego rodzica. Bo skoro nawet taki wilk morski jak Pan Lockwood się tego nauczył, ty też możesz hipotetyczny rodzicu.

Tu również szczególną uwagę warto zwrócić na specyficzny styl animowania bohaterów. Twórcy nie trzymają się restrykcyjnych zasad przeznaczonych dla mainstreamowej animacji trójwymiarowej. Filmowi Millera i Lorda o wiele bliżej do klasycznych seriali z Cartoon Network, gdzie proporcje ciała i jego permanentne wykrzywianie, rozciąganie, zwijanie i skręcanie są na porządku dziennym. Klopsiki zyskują dzięki temu bardzo specyficzny rytm i estetykę, które zadbają o to, by nawet najmłodsi czuli się wizualnie dopieszczeni.

Gdyby ktoś z Was potrzebował od życia niewielkiego motywacyjnego kuksańca, Klopsiki i inne zjawiska pogodowe będą chyba najbardziej wysmakowanym (pun very intended) z kuksańców. Przypominają dobitnie, że powinniśmy stale podtrzymywać przy życiu tlącą się gdzieś w głębi nas iskierkę dziecięcego szaleństwa, bo kto wie, może kiedyś dzięki niej zostaniemy bohaterami w rodzinnych stronach i sprawimy, że inni też będą chcieli stworzyć coś niezwykłego.

(Norbert Kaczała)
Strony: 1 2

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.