Klasyka z Filmawką – “Leon zawodowiec”, czyli moje serce ma inny kształt

Miłość stanowi jedno z najpiękniejszych doznań, jakich człowiek doświadcza w swoim życiu. Motyw uczuć międzyludzkich od lat zajmuje czołowe miejsce w popkulturze. Sięgają po niego artyści z różnych dziedzin sztuki, od pisarzy aż po filmowców. Jednym z niezapomnianych filmów o miłości z lat dziewięćdziesiątych jest Leon Zawodowiec w reżyserii Luca Bessona. Opowiada on o więzi łączącej tytułowego prywatnego zabójcę z Matyldą, której rodziców zamordowali skorumpowani policjanci z działu narkotykowego.

Zobacz też: “Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw” [RECENZJA]

Chociaż Matylda ma zaledwie dwanaście lat, z każdą kolejną minutą filmu ewoluuje w twardą, silną, nieustraszoną i zdeterminowaną w dążeniu do celu młodą kobietę. Postać ta może służyć za alegorię dopiero co kiełkującego feminizmu. Kształtujący się charakter dziewczynki przywodzi na myśl dynamiczny rozwój feministycznych ideologii, które od XIX wieku zalewały świat, wywołując kontrowersje i zamęt w konserwatywnych, patriarchalnych środowiskach. Taka właśnie jest filmowa Matylda. To nieokiełznana emancypantka XX wieku, która przełamuje schematy i testuje granice swoich możliwości. Zagubiona w tłumie pospolitych, zwyczajnych ludzi uparcie szuka tożsamości, odważnie podąża niekonwencjonalnymi drogami i niezależnie od opinii innych brnie do przodu. Niesamowity popis dała tutaj Natalie Portman. Już wtedy udowodniła, że ma ogromny potencjał i prawdopodobnie wyrośnie na utalentowaną aktorkę. W 2010 roku potwierdziła to rolą baletnicy Niny Sayers w Czarnym Łabędziu, za którą zgarnęła statuetkę Oscara. Zadziorna aparycja małoletniej jeszcze wtedy Portman w zestawieniu z jej wyrazistą grą aktorską zaowocowała kreacją indywidualistki, która z dumą eksponuje własną odrębność.

Bohaterka ta pociąga za sobą wszechobecny w Leonie motyw buntu. Buntuje się ona wobec niesprawiedliwości, konwencji społecznych, a przede wszystkim nie akceptuje krytyki skierowanej w kierunku kobiet uprawiających „męskie” zawody. Sam wątek przyjaźni zabarwionej czułością oraz poświęceniem, która łączy Leona i Matyldę, stanowi protest przeciwko tradycyjnemu spojrzeniu na miłość. W tytułowego bohatera wcielił się francuski aktor Jean Reno. Idealnie ukazał on dylematy moralne, wewnętrzne rozterki i dramat płatnego zabójcy. Mimo okrutnej profesji w głębi duszy pozostał on przecież dobrym człowiekiem.

Chociaż ze strony dwunastolatki jest to zapewne pierwsza, mglista fascynacja, nie mająca zbyt wiele wspólnego z płciowym pożądaniem, tylko z pragnieniem wsparcia, znalezienia autorytetu i twardej ojcowskiej ręki, Leon i Matylda wciąż uchodzą za ewenement na tle znanych par złoczyńców kinowych. Zamiast namiętnego duetu „killerów” wyjętych spod prawa niczym Bonnie i Clyde, mamy do czynienia ze spółką dwóch odmieńców, przypominającą relację nauczyciela, mistrza lub ojca z przybraną córką, którą uczy, jak trzymać broń w ręku.  Reżyser najwyraźniej zapragnął uświadomić widzów, że nie należy uciekać przed tym, co nietypowe, niecodzienne. Powinniśmy iść za głosem serca i pielęgnować nawet najbardziej nietypowe relacje międzyludzkie. Może akurat jedna z nich pomoże nam odzyskać sens życia?

Zobacz też: “Mowa ptaków” – Dlaczego wszystko musi się rymować? [RECENZJA]

Twórcy Leona Zawodowca przestrzegają przed nieetycznymi zachowaniami i zbaczaniem na złą drogę, propagując równocześnie szlachetne formy postępowania. Film śmiało można porównać do kampanii antynarkotykowej czy reklamy alarmującej przed skutkami łamania prawa, nosi wręcz znamiona dydaktyczne. Gdyby podzielić produkcję Bessona na kilka części, wyglądałby ona jak odcinki drogi poprzecinane znakami ostrzegawczymi. Jeden z nich brzmiałby „nie zabijaj”, drugi „nie pal, nie kradnij”, a trzeci „postępuj zgodnie z własnym sumieniem”.

Luc Besson nie wkłada tylko buntu usta bohaterów, poruszając przy tym aktualne problemy społeczne, ale również usiłuje eksperymentować z utartą formą i stylem kręcenia gangsterskich historii, tak popularnych w latach dziewięćdziesiątych. Film wywodzi się z francuskiego nurtu cinéma du look, rozpropagowanego w latach 80. XX wieku przez takich twórców jak Leos Carax, Jean-Jacquesa Beineix czy samego Bessona. Widać tutaj wyraźnie charakterystyczne próby łączenia kultury wysokiej z kulturą pop, przedstawianie korupcji wśród policjantów („tych złych”) – na uwagę zasługuje przede wszystkim Gary Oldman, który z niebywałą ekspresją oraz charyzmą odegrał rolę Normana Stansfielda, jednego z najbardziej wielbionych przez publiczność czarnych charakterów w historii kina – oraz wszechobecną undergroundowość.

Leon Zawodowiec nie epatuje drastycznością i agresją. Przemoc w produkcji francuskiego reżysera występuje zaledwie w kilku momentach, zaś sceny morderstw nie rażą brutalnością ani zbytnim rozlewem krwi. Naturalizm, służący dotąd za niezbędny element w produkcjach tego gatunku, zastępują tutaj subtelne acz surowe ujęcia niebezpiecznych ulic, zakamarków i nieco zaniedbanych bloków mieszkalnych. Chociaż film Bessona na pierwszy rzut oka posiada dość ponury klimat, a jego scenografia jest skąpana w estetyce brudu, kojarzy się on bardziej z symboliczną przypowieścią o zwycięstwie dobra nad złem, miłości nad pogardą i nienawiścią niż z kinem akcji. To „ostry” film familijny z piekła rodem, w którym – jak w bajkach Krasickiego – każdy z bohaterów służy za symbol i ma przypisane pewne stałe cechy. W końcu latorośl pielęgnowana przez Leona na zawsze pozostanie alegorią dozgonnej, wiecznej miłości. Już na początku seansu chciałoby się wyrecytować tradycyjną formułę znaną z baśni na dobranoc: Dawno, dawno temu mała dziewczynka o imieniu Matylda poznała Leona. Spotkanie to na zawsze odmieniło ich życie i pozwoliło im zacząć wszystko od nowa…

Zobacz też: Dziewięć żyć KOTÓW na ekranie [ZESTAWIENIE]

W końcu czym okazałaby się kinematografia bez dwunastolatki z pistoletem w dłoni ubranej w kusą spódniczkę i mężczyzny w czarnych lenonkach?

Luc Besson udowodnił widzom, że miłość niejedno ma imię. Kochać można każdego, zaś prawdziwe uczucie uskrzydla i motywuje do pokonywania własnych słabości. Nieważne, czy mamy do czynienia z miłością braterską, matczyną czy przyjacielską. Wystarczy chcieć obdarzyć drugą osobę kawałkiem samego siebie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.