PublicystykaZestawienia

Najlepsze 25 polskich filmów lat 2010-2019, czyli nie tylko Pawlikowski [ZESTAWIENIE]

Redakcja Filmawki
fot. Materiały prasowe / "Pan T."
Mija druga dekada tego wieku. Może nie przyniosła aż tak wielu rewolucji w światowym kinie (a o nim już niedługo), ale za to całkowicie odwróciła losy rodzimej kinematografii, która nauczyła się korzystać z dobrodziejstw utworzonego w 2005 roku Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

To dekada nowych nazwisk (Jagoda Szelc, Agnieszka Smoczyńska), ale również ugruntowania pozycji pewnych, dotychczas niedocenianych twórców – na czele z Pawłem Pawlikowskim, odpowiedzialnym za największe sukcesy na arenie międzynarodowej. Możecie być pewni, że tych twórców na naszej liście nie zabraknie. Odliczanie czas zacząć!


25. Chce się żyć


W polskim kinie brakuje tzw. feel-good movies. Mało który reżyser miałby odwagę i pomysł na przedstawienie prawdziwej historii chłopaka z porażeniem mózgowym w konwencji komediodramatu. Jednak Maciejowi Pieprzycy udała się ta sztuka w filmie Chce się żyć. Tuż obok przyziemnych, codziennych trudności życia pojawia się miejsce na rodzinną miłość i oddanie. Tym, co odróżnia tę produkcję od innych, jest pochylenie się nad życiem wewnętrznym głównego bohatera: ukazanie jego fantazji erotycznych i małych marzeń, których plan realizacji nadaje sens jego życiu.

Brawurowa rola Dawida Ogrodnika, który stworzył niezwykle wiarygodną postać Mateusza zamkniętego w swoim obezwładnionym ciele, jest godna wszelkich laurów. Gdyby Chce się żyć było filmem amerykańskim, z pewnością aktor mógłby liczyć na nominację oscarową. Tymczasem na polskim poletku nie doczekał się nawet głównej nagrody na festiwalu w Gdyni. Należy docenić również kreację małego Mateusza, którego zagrał Kamil Tkacz. Całość nie miałaby takiej pozytywnej siły bez ról Doroty Kolak i Arkadiusza Jakubika, czyli filmowych rodziców chłopaka. Dzieło Pieprzycy jest dowodem na to, że można tworzyć kino przejmujące, dotykające ważnych, pomijanych na co dzień tematów i nie czynić tego w sposób jednowymiarowy. Tak jak w życiu, i ta opowieść ma wiele odcieni, od smutku i łez do nadziei i śmiechu, zapewniając widzowi upragnione katharsis.

(Marta Ossowska)


24. Wspomnienie lata


We Wspomnieniu lata – chyba najsubtelniejszej tegorocznej premierze – przedstawiony zostaje skomplikowany związek dwunastolatka i jego strudzonej, choć wciąż buzującej namiętnością matki. To nietypowy duet: on błądzi w świecie dorosłych, bo odebrano mu dzieciństwo; ona zaś tęskni za młodością, chwyta się każdej okazji, by poczuć dawne afekty i na chwilę uwolnić się od trosk. Urszula Grabowska świetnie wypada w tej roli, gra w sposób wyważony i pozwala swojej postaci uciec od stereotypów.

Film prowadzony jest powoli i skrupulatnie dawkuje akcję. Dla Guzińskiego ważniejszego od słów są czyny, gesty i podszepty: emocje przekazywane są za pomocą trików montażowych, piosenek retro, czasem też jednoznacznego milczenia.

(Albert Nowicki)


23. Pokłosie


Pokłosie opowiada historię, o której wiele osób wolałoby zapomnieć. Co więcej, dla co poniektórych w ogóle się nie wydarzyła. Wyparcie i bezpieczne miano „tematu tabu” wydają się uspokajać sumienia również bohaterów filmu Władysława Pasikowskiego. Ciężko jest być moralistą, wymaga to także nie lada odwagi, ale taką właśnie postawę przyjmuje reżyser. Nie stroni od alegorii chrystusowego męczennictwa, wydawania śmiałych osądów a nawet wyroków. Dlatego też na Pokłosie ciężko jest spojrzeć inaczej niż oczami samego Pasikowskiego. Urzeka jednak fakt, że w całej historii nie ma miejsca na chociażby jedno zbędne zdanie. Teatralność każdej wypowiedzi idealnie współgra z dramaturgiczną koncepcją oraz elementami śledztwa wewnątrz małej, tajemniczej społeczności.

Z pozoru niepozorna i spokojna wieś tak naprawdę jest kopalnią cichych umów między ludźmi, a tym samym miejscem, które zostałoby sprawdzone jako ostatnie. Tu zaczyna się i kończy opowieść o tym, jak zgubna może być dociekliwość. W ostatecznym rozrachunku pozostaje jedynie (lub „aż”) pamięć, której ogromnej wartości już nikt nie odważy się podważyć

(Joanna Kowalska)


22. Córka trenera


Córka trenera jest jak powiew ciepłego, letniego wiatru w duszny dzień tuż po przejściu burzy. Gdy rodzimi twórcy zasadzają się na POWAŻNE tematy, Łukasz Grzegorzek woli zająć się namacalnym konkretem, w tym przypadku historią ojca i córki walczącej w turniejach tenisowych. Nie interesuje go wielka narracja, uniwersalizacja przekazu, socjoekonomiczna analiza polski powiatowej. Interesuje go relacja dwójki postaci, analiza ich marzeń i lęków, sprawdzenie, na ile marzenia i plany rodzą się w głowach najmłodszych, a na ile są tam wsadzane siłą przez rodziców. Z tego też względu znakomite role Jacka Braciaka i Karoliny Bruchnickiej pomagają zrozumieć wszelkie niuanse między ich bohaterami, przepływy emocji.

Nie potrzeba wielu dialogów, wystarczy kilka ukradkowych spojrzeń, westchnień i wybuchów złości, by odmalować uczuciową panoramę ludzi na życiowym zakręcie. Proste to, a jakże prawdziwe i ujmujące. A że przy okazji zrealizowane z niezwykłym wyczuciem, okraszone pięknymi zdjęciami i uważną pracą kamery, to finalnie na polskim rynku pojawił się produkt wybitnie sundance’owy, szczery, bezpretensjonalny, z ambicjami na pozostanie pozycją klasyczną dla tych, którzy od wielkich narracji bardziej cenią minimalizm, konkret i reżyserską uczciwość. Seans Córki trenera na pewno to wszystko zapewnia.

(Marcin Kempisty)


21. Tylko nie mów nikomu


Pod względem technicznym jest to zapewne najsłabsza pozycja w naszym zestawieniu. Niesławne ujęcie z mlekiem i inne wizualne wypełniacze, którymi twórcy przeplatają opowiadane historie z pewnością nie zasługują na nagrody.

A jednak, jest w filmie Sekielskich coś, co sprawia, że produkcję tę ogląda się w niesamowitym skupieniu. Jeśli przymknie się oko na walory artystyczne, zobaczymy rzemiosło twórców, którzy nie są reżyserami, ale utalentowanymi dziennikarzami, którzy poświęcili setki godzin na dotarcie do ludzi i materiałów związanych z tuszowaniem pedofilii w Kościele katolickim.

Po premierze filmu usłyszałem rozczarowane głosy, że dokument nic nie zmienił. Zupełnie się z tym nie zgadzam i jestem przekonany, że Tylko nie mów nikomu okaże się z perspektywy czasu bardzo ważnym filmem kończącej się dekady. Dekady, u schyłku której Smarzowski, a później Sekielscy, zdemitologizowali świętość polskiego kleru i sprawili, że nieistniejący wcześniej poza dużymi ośrodkami miejskimi temat systemowej pedofilii w kościele zawędrował na usta nie tylko liberałów, ale dużej części społeczeństwa.

(Andrzej Badek)


20. Serce miłości


Gdy większość twórców światek sztuki współczesnej nadal traktuje jako idealne pole do żartów i kąśliwych uwag (vide Velvet Buzzsaw, czy wybitne, acz ironiczne The Square) najbardziej szczerym i ciepłym obrazem okazało się być “Serce miłości”, autorstwa kuratora sztuki, badacza filmu eksperymentalnego, Łukasza Rondudy. On jako jedyni nie kwestionował czemu artyści parają się współczesną formą wyrazu – a pokazywał, po prostu, zwyczajnie, jak tworzą.

Przeczytaj również:  Czas na zmianę - aktorskie redefinicje w filmach A24

Serce miłości to dwie genialne role pierwszoplanowe, znakomicie ze sobą kontrastujące. Justyna Wasilewska na ekranie przechodzi nie jedną metamorfozę, będąc raz mistrzynią vogue’a, raz Kobietą-kot, raz błądzącą w życiu kobietą poszukującą swojego miejsca na ziemi. Z drugiej strony Jacek Poniedziałek, który przepoczwarza się w Wojtka Bąkowskiego, odtwarzając raz po raz jego każdy ruch, jakby został perfekcyjnie zaprojektowanym przez niego awatarem performatywnym.

Wreszcie, drugi film twórcy Performera to perła wizualna, zachwycająca swym pietyzmem z jakim podchodzi do kierowania obrazów, gdy każdy kadr można by było oprawić w ramkę i powiesić nie tylko na ścianie, ale i w ramach wystawy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Gdyby was pytali po co nam “modern art” – pokażcie im “Serce miłości”.

(Maciej Kędziora)


19. Córki dancingu


Historia tego filmu i drogi, jaką musiała przejść jego reżyserka, Agnieszka Smoczyńska, współgra wręcz idealnie z jego treścią i formą. Debiutantce wielu mówiło, że oszalała chcąc pracować w tym zawodzie, a opór jaki napotkała, kiedy pokazała swoim mistrzom scenariusz filmu o krwiożerczych syrenach w Warszawie lat 80. XX w., ostatecznie ją przekonał, że czas tych mistrzów zabić. Żeby opowiedzieć swoją historię, Smoczyńska chwyciła po najbardziej śmieciową, kampową estetykę musicalu – pełną blichtru, brokatu i cielesności. Sprzyjający klimat Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pozwolił debiutantce opowiedzieć o seksualności, miłości i siostrzeństwie w sposób odważny, zabawny, sprośny i seksowny.

Nic dziwnego, że choć obraz został w miarę pozytywnie przyjęty przez krytyków, to polscy widzowie wręcz ostrzegali przed jego seansem. Poszukiwanie nowych, alternatywnych do mainstreamu form opowiadania musi się spotkać z niezrozumieniem i wybranie właśnie takiego sposobu na wejście do branży jest niesamowitym dowodem odwagi. Agnieszka Smoczyńska spotkała się na szczęście z nagrodami za tę odwagę – nie tylko dostała nagrodę za najlepszy debiut na Festiwalu w Gdyni, ale też została wyróżniona na festiwalu Sundance i gdy film wszedł do amerykańskich film, tamtejsza krytyka się w nim zakochała. Dziś, 4 lata po premierze filmu, w Polsce wciąż nie zrobił tak wyśmienitego, feministycznego obrazka. I można nad tym jedynie ubolewać.

(Szymon Pietrzak)


18. Wszystkie nieprzespane noce


Zaskakująco mało jest twórców, którzy chcieliby zgłębić stan ducha młodych dorosłych. Tych z wielkich miast – studentów, marzycieli, fatalistów. Pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia, jak określił je wieszcz o literackim pseudonimie. Lecz czy faktycznie zasługują oni na tak niepochlebny tytuł? Czy wypowiadane przez nich słowa, wklepywane i korygowane przez wbudowaną w smartfonie sztuczną inteligencję wyrazy, nie składają się na żadną sensowną, odkrywczą wypowiedź? Michał Marczak nie odpowiada wprost.

Zamiast odpowiadać, Wszystkie nieprzespane noce są jak stopklatka z tych momentów, gdy najwięcej się owych nieznaczących nic słów mówi. Albo bełkocze bez opamiętania, gdy alkohol, substancje psychoaktywne i adrenalina podsuwają coraz to kolejne głupoty na język. Ale o czym oni mówią? O planach na przyszłość (albo ich braku). O miłości (albo tęsknocie za nią). O tęsknocie? Nie, o tym się nie mówi. Ją słychać tylko w ciszy. Gdy o 5 nad ranem Warszawa zostaje zespolona chocholim tańcem – czekając na impuls, który znów wyśle ją na eksplorację ulic własnego życiowego zagubienia. Możecie mówić, że proste – ale dla mnie relatable af.

(Wiktor Małolepszy)


17. Pan T.


Pisząc o Panu T. w ramach zestawienia dekady na kilka tygodni przed jego ogólnopolską premierą ukazujemy jego wartość – niezbywalną, wyjątkową, jak i skazujemy go na niższe miejsce w rankingu. Bo z całą pewnością, za pół roku film o latach 50. z wybitną rolą Pawła Wilczaka zapiszę się w annałach historii rodzimej kinematografii, a co za tym idzie – za pewne walczyłby tu o czołowe miejsca.

Nie zmienia to jednak faktu, że nie sposób tego quasi-Tyrmandowskiego dzieła pominąć. Bowiem nie sposób wskazać równie samoświadomego jak dzieła Marcin Krzyształowicza, przepełnionego ciętym jak notki z Dziennika 1954 humorem, bystrym okiem i zmysłem inscenizacyjnym, czerpiącego garściami z filmografii Paolo Sorrentino. Zresztą skojarzenie z Wielkim pięknem jest tu na miejscu; choć tam gdzie Włoch dokumentował Rzym, twórca Obławy skupia się na absurdzie, duszącym stołeczne miasto bardziej niż wódka i gęsta nikotyna z paczek Sportów.

Szkoda tylko, że niczym pisarz będący inspiracją dla dzieła, o Panu T. jest obecnie tak cicho. To miejsce spełnia więc również rolę pewnego apelu: idźcie do kina, nie zawiedziecie się.

(Maciej Kędziora)


16. Twój Vincent


Twój Vincent to pierwszy na świecie w pełni malowany film fabularny i wyjątkowa biografia człowieka sztuki. Trzeba przy tym zaznaczyć, że jego fabuła jest drugorzędna. Film przemawia do widza przede wszystkim obrazami. To właśnie na płótnach pokrytych malunkami w charakterystycznym stylu holenderskiego artysty przedstawiono życie i śmierć Van Gogha.

Twój Vincent stworzony przez malarkę i reżyserkę Dorotę Kobielę oraz producenta Hugh Welchmana nie ma być może efektownie skomponowanej narracji, lecz zachwyca olśniewającą formą. Każda klatka wygląda jak obraz Van Gogha – krajobrazy pulsują i wirują, podobnie jak pociągnięcia pędzlem tworzące ludzkie twarze.

Zrealizowanie filmu wymagało zaangażowania 125 artystów i stworzenia aż 65 000 malowanych kadrów, które obejmowały 120 najbardziej znanych dzieł malarza. Twój Vincent to jednak nie tylko imponujące liczby i piękne wizualizacje. To przede wszystkim ujmujący hołd dla twórczości nietuzinkowej postaci.

(Marcelina Kulig)


15. Atak paniki


Wydaje mi się, że obecność Ataku paniki w tego typu zestawieniach ma bardzo szczytne znaczenie. O filmie Pawła Maślony można mówić na różne sposoby: hołubić – jak na standardy naszego podwórka – strukturalne nowatorstwo czy ganić za wyboisty asymetryzm historii. Ale oddanie krytycznej sprawiedliwości się tu po prostu należy. To jedna z najlepszych w ostatnich latach próba stworzenia “czegoś” swojego, poturbowana co prawda pewnymi deficytami, ale odważna i zdatna emocjonalnie. W postrzępionej, achronologicznej narracji film faktycznie nabiera kolorów, a aktorzy zachowują ponadprzeciętny poziom.

Przeczytaj również:  "Reanimator" – 90 litrów krwi i cunnilingus w wykonaniu uciętej głowy [CAMPING #58]

Maślona smakowicie irytuje widza, to właśnie jemu i swoim bohaterom po wirtuozersku gra na nerwach, podbudowując klimaks filmu. W luźnej atmosferze ktoś mógłby to porównać do klimaksu Mangolii Paula Thomasa Andersona i wbrew powadze tej analogii wcale nie byłby daleki od prawdy. W dyskusji o swoistości i wybrakowanej autorskości kina na polskim padole warto przywoływać mikroelementy Ataku paniki, coby nie zapomnieć, że takowa autorskość przecież funkcjonuje, jeszcze nie kwitnie, ale dumnie istnieje.

(Kamil Walczak)


14. Fuga


Nie jestem miłośnikiem debiutanckiego filmu Agnieszki Smoczyńskiej i może dlatego uważam Fugę za film dużo bardziej spełniony, choć bardziej konserwatywny w swojej strukturze, pozbawiony wizualnych i fabularnych ekscesów. Oto po latach do domu wraca kobieta, która wydawało się, że już umarła. Niczego nie pamięta, niczego nie żałuje, jest już zupełnie inną osobą, próbującą od nowa zbudować sobie życie. Nie ma jednak na to szansy, bowiem jest “zachęcana” do powrotu do domowych pieleszy i pracy nad ratowaniem małżeństwa, jak również do ponownego wzięcia udziału w procesie wychowawczym jej dziecka.

Smoczyńska, za scenarzystką i znakomitą w roli głównej Gabrielą Muskałą, tworzy kino społeczne z mocnym przesłaniem idącym w poprzek dominującej tradycji. Pod płaszczykiem opowieści o schorzeniu psychicznym tworzy zupełnie inną historię o emancypacji, potrzebie samorealizacji, pragnieniu zbudowania domowej rzeczywistości na zupełnie innych warunkach. Być może to kino za bardzo dosłowne, niemniej jednak Fugę należy bardzo cenić za spójność dramaturgiczną, fantastyczną grę wspomnianej Muskały oraz Łukasza Simlata, a także za zachętę do szczerej rozmowy na temat ról społecznych w Polsce.

(Marcin Kempisty)


13. Mowa ptaków


I śmieszno, i straszno – mówi główny bohater, Marian, do swojej protegowanej, byłej wychowanki. To idealne podsumowanie najnowszego dzieła Xawerego Żuławskiego, dzielącego równie mocno co Polska, którą prezentuje na ekranie. Kraju narodowców, upadłej inteligencji, filmowców, sztuki, lewicy, butnej młodzieży. Ojczyzny spowitej widmem mistrza – Gustawa vel Andrzeja Żuławskiego.

Jest śmieszno, no początku kończącym, jest śmieszno na początku zaczynającym. Bywa śmiesznie również momentami, czy to w momencie pojawienia się braci Mroczków na ekranie, czy podczas jednej z tyrad protagonisty.

Jest strasznie gdy Mowa ptaków zaczyna nas ściskać za gardło, dusić jak alkoholowa libacja bez możliwości ucieczki. Z każdą sceną nasila się gorycz tkwiąca gdzieś w przełyku, z każdym dialogiem odkrywają się nowe ścieżki interpretacyjne, w które popycha nas Xawery, rzucając pojedyncze słowa w ramach tytułowego języka.

Wreszcie jest genialnie. Bo w nieco ponad dwie godziny Żuławski zamknął wszystko to, co uczyniło nasze rodzime kino i nasz rodzimy teatr polityczny lepszym w przeciągu ostatniej dekady. To piękna spowiedź nie tylko postgrobowego twórcy “Opętania” ale również spowiedź współczesnej Polski, nie pojmującej wciąż własnej tożsamości.

(Maciej Kędziora)


12. Demon


Demon jest produkcją, o której mówiono stanowczo zbyt mało. „Polskość” w demonicznym wydaniu, a wszystko to przepełnione mroczną stroną religijności. Marcin Wrona stworzył plac zabaw do użytku własnego, na obszarze którego zręcznie rozkłada na części pierwsze, a następnie układa w hybrydową całość wiele gatunków filmowych. Trochę horroru, odrobinę psychologicznego thrillera, garść „folkloru życia codziennego”. Z tego pozornego chaosu powstało dzieło kompletne – czerpiące (często wręcz zuchwale korzystające z cytatów) z kultury, literatury oraz kinematografii.

Demon nie jest jednak jedynie „zlepkiem” tego, co gdzieś już kiedyś każdy widział, a w pełni samodzielną opowieścią o tym, czego oczy nie potrafią ujrzeć, a rozum pojąć. Nawet stopniowo zanikający sceptycyzm nie pomaga w zrozumieniu. To doskonały dowód na to, że w Polsce jest miejsce na realizację tego typu produkcji i wcale nie muszą one okazać się jedynie nieśmiałym podrygiwaniem reżysera w rytm melodii, którą słyszy jedynie on. Świat pozazmysłowy w polskim kinie nadal pozostaje nie w pełni zbadany, a jak widać, próby zgłębienia go nie oznaczają od razu śmierci wszystkich uczestników ekspedycji.

(Joanna Kowalska)


11. Monument


Jeżeli miałbym powiedzieć, co w kinie cenię najbardziej, to byłyby to dwie rzeczy: amerykańskie komedie o nastolatkach i potrzeba obejrzenia danego filmu jeszcze raz. Monument nie jest amerykański i bynajmniej nie opowiada o ludziach nastoletnich, ale ta druga część się zgadza. Kiedy widziałem ten film po raz pierwszy (na zeszłorocznym festiwalu Nowe Horyzonty), byłem nim głęboko zdegustowany. Kiedy obejrzałem go drugi raz (już w normalnej kinowej dystrybucji), byłem nim głęboko zachwycony. Dlaczego tak się stało? Nie wiem, ale się domyślam.

Jagoda Szelc jedną rzecz powtarza cały czas: interpretację każdy może mieć swoją i nie ma w tym niczego złego. Nie zaprzeczę, ale dodałbym do tego jeszcze jedno stwierdzenie: można też interpretacji nie mieć w ogóle. Chociaż nie sposób nie docenić tego, że Monument to film przemyślany pod względem fabularnym, produkcja, w której każdy szczegół ma jakieś znaczenie, każdy dialog znajduje odzwierciedlenie w szerszej perspektywie, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko wzruszyć ramionami i przejść obok tych intelektualnych gimnastyk całkowicie obojętnie. Okej, fajnie, ale po co? Z takim nastawieniem wyszedłem z pierwszego seansu. Gdy jednak wszedłem na salę kinową po raz drugi, zdawałem już sobie sprawę z obecności takich a nie innych plot twistów i rozwiązań akcji, dzięki czemu obejrzałem zupełnie inny film.

Film, który fakt bycia pracą dyplomową obraca na swoją korzyść, a oczywiste wymogi takich a nie innych aktorskich popisów indywidualnych i grupowych przekuwa w niezbędną część całości. Film, którego formalna dyscyplina pochłonęła mnie w całości, którego pierdząca, ambientowa muzyka wybijała mnie z rytmu i wbijała w fotel jednocześnie, którego przesadzona tajemniczość działała na mnie lepiej niż niejeden nowofalowy horror (a nowofalowe horrory działają na mnie naprawdę dobrze). Film, który jest cudowną panoramą ludzkich lęków i portretem reakcji na to, co nieuniknione (czymkolwiek by to nie było). Obejrzałem film, który nie był filmem – był przeżyciem, które pochłonęło mnie w całości i przywróciło mi wiarę nie tyle w kino polskie, co w kino w ogóle. I właśnie taki film wam polecam.

(Michał Piechowski)

Strony: 1 2

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.