FilmyKinoRecenzje

Od wypłaty do wypłaty – „Świat po pracy” [RECENZJA]

Łukasz Al-Darawsheh

„Jestem taki zajęty”, powtarza niewidzialny pracownik. Jego głos, powielany między ujęciami, pustymi korytarzami i licznymi spotkaniami, w pewnym momencie zmienia się w jednoosobową symfonię; ciężko pracuje, żeby stworzyć podwaliny pod późnokapitalistyczny Świat po pracy.

Świat nie sili się na subtelności, nie potrzebuje ich, bo i po co, kiedy film Gandiniego z założenia ma być zarówno dokumentem, jak i poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, jak wygląda przyszłość pracy, nad którą już od dłuższego czasu wisi widmo robotyzacji i automatyzacji. Praca rozumiana jest tutaj nie jako rynek pracy, a raczej jako stan bycia, społeczny fenomen i wypadkowa wszystkich ludzi pracy. Oczywiście na miano człowieka pracy (albo – patrząc przez kapitalistyczną soczewkę – człowieka w ogóle) zasługuje tylko ten, kto pracuje ponad normę, a każde zadanie traktuje jak nowe wyzwanie. Nie bez powodu film otwiera wspomnienie starożytnych Spartan – ludzi, którzy sens znajdowali jedynie w ciągłej walce, bo nie potrafili żyć bezczynnie. Porównanie między Spartą a tą obrośniętą już mitem współczesną etyką pracy jest szyte grubą nicią, potrzebną reżyserowi, który poprzez powierzchowną afirmację mitu pracy pragnie nie tylko dokonać jego satyry, ale i dekonstrukcji.

Świat Po Pracy / materiały prasowe Against Gravity

 

Reżyser zabiera nas w podróż dookoła świata w osiemdziesiąt minut; kamera dzielnie skacze z kontynentu na kontynent, wszędzie szukając tego samego – pracy. Przyjmuje przy tym dość uniwersalistyczne podejście, jakoby etos pracy do upadłego – bądź co bądź swoje źródła mający w filozofii purytańskiej – absolutnie przekroczył kulturowe granice i stał się tym, co jednoczy nas wszystkich bez względu na pochodzenie.

Podczas podróży najciekawszy jest chyba wątek kuwejcki, skupiony na społeczeństwie, które pracować nie musi, ale w którym praca wpisana jest do konstytucji jako jedno z podstawowych praw. I tak młodzi Kuwejtczycy zatrudniani są masowo w rządowych agencjach, gdzie spędzają po osiem godzin dziennie, czas zapełniając czytaniem, graniem na telefonie czy spaniem. To ostatnie, oczywiście, tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Nie znaczy to, że w Zatoce Perskiej wszyscy cieszyć się mogą dobrobytem, nagrodą w zamian za performowanie ciężkiej pracy – ostatecznie Kuwejt zbudowany jest na cierpieniu, pocie i śmierci robotników-migrantów, którzy po cichu i w ukryciu wykonują wszystkie „podłe” zajęcia, potrzebne, by społeczeństwo mogło funkcjonować. Pojawia się paralela tyleż ciekawa, co niepokojąca – robotnicy w układzie Kafali pełnią funkcję podobną do robotów w społeczeństwie postindustrialnym. Ich jedynym zadaniem jest wykonywanie niewdzięcznej pracy tak, żeby reszta społeczeństwa mogła cieszyć się tym, jak łatwe stało się życie, kiedy praca nie jest już potrzebna, i fantazjować o dochodzie podstawowym. Mechanizm ten zresztą też jest globalny, bo podobny los spotyka pracowników na pensji minimalnej w Stanach Zjednoczonych.

Przeczytaj również:  „Dwójka nieznajomych próbujących się nie pozabijać”. Każdy musi pożyć | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Niestety, Świat po Pracy gubi swój pazur niemal tak szybko, jak go znajduje. Największym problemem dokumentu jest jego rozwodnienie – Gandini sięga po mnóstwo tematów, próbując w ciągu niespełna półtorej godziny zmieścić całą historię i istotę pracy, ostatecznie nie podejmując żadnego z nich dokładniej, nad żadnym nie pochylając się dostatecznie długo. Efektem jest całkiem miałki, nijaki doku-esej, który z całej góry niezwykle skomplikowanych i ciekawych zagadnień wyciąga szereg banalnych refleksji, każda nieco bardziej wtórna od poprzedniej. Nawet jeśli pojawia się nadzieja na coś bardziej ekscytującego, jak wcześniej wspomniany temat Kafali czy segment o NEET-ach (not in employment, education or training), szybko zostaje ona zagłuszona przez wszechobecny szum. Wystarczyłoby go wyciszyć i zawęzić pole widzenia, a Świat po Pracy miałby szansę stać się dziełem wybitnym.

Problematyczna też w tym wszystkim jest rola reżysera, który ustawia się w wygodnej pozycji narratora odległego i wszechwiedzącego; takiego, który palcem wskazuje problemy współczesnego świata, a z opowieści niczego nieświadomych ludzi buduje swoją własną, głębszą historię. Niestety i ta zabawa w demiurga ma swoje niedociągnięcia. Próbom wprowadzenia swoich bohaterów w dialog, poprzez – technicznie bardzo umiejętne – cięcia i jukstapozycje, brakuje szczerości. W tym delikatnie sztucznym, ornamentalnym świecie nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że przypomina on bardziej tekturową makietę, prototyp gotowy rozpaść się przy najmniejszym szturchnięciu. Wszystko zgrzyta, ale zgrzyty te nie są niestety zamierzone.

Przeczytaj również:  w0rldtr33 – bezpieczeństwo dzieci w sieci [RECENZJA]

 

Świat Po Pracy / materiały prasowe Against Gravity

Gandini dba o to, by jego filmy wyglądały dobrze. Każde ujęcie doprowadzone jest do perfekcji, idealnie wyważone; nie zawsze piękne, czasem wręcz celowo szpetne, ale zawsze w pełni stosowne do tego, o czym film akurat chce opowiedzieć. Gdyby nie wszechobecne gadające głowy, zapomnieć by można, że oglądamy dokument, nie fabułę.

Estetyczne zacięcie idealnie wplata się w całokształt filmu. Ostatecznie przecież liczy się to, co piękne, a w pracy chodzi głównie o to, żeby wyglądać na zajętego. Rynek pracy to kolejna okazja pięknych i bogatych, żeby się pokazać i utrwalić swoją pozycję. Praca niewidoczna jest zaś nieistotna, brakuje jej polotu, uroku i aury prestiżu.

Warto zaznaczyć, że Świat po pracy nie jest filmem złym, a zwyczajnie pełnym niewykorzystanego potencjału, zagubionym we własnej strukturze, ambicjach i zaskakująco krótkim metrażu. Mimo wszystko, jako próba zrozumienia i analizy późnokapitalistycznych związków między pracą, klasą, geografią i społeczeństwem, pozostaje dziełem potrzebnym. Niestety, za tym pięknym zamysłem nie kryje się równie piękny efekt końcowy. Otrzymujemy coś, czemu bliżej jest do lektury uzupełniającej, niż solidnego zgłębienia tematu. Bez głębszego kontekstu Świat jest filmem stworzonym po to, aby zmarszczyć brwi, udawać przejętego i, ostatecznie, o nim zapomnieć.

Korekta: Zuzia Ledzion

 

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Szwedzka Teoria Miłości

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.