Advertisement
American Film Festival 2024FestiwaleFilmyRecenzje

„The Brutalist” – aż poleje się beton | Recenzja | American Film Festival 2024

Joshua Wojciechowski
kadr z filmu the brutalist
fot. „The Brutalist” / materiały prasowe American Film Festival

W 2023 roku zdobywca Oscara za najlepszy film – Christopher Nolan – udowodnił, że widzowie nadal pragną rozległych, biograficznych opowieści. Chociaż bardzo śmiałym byłoby sugerowanie, jakoby The Brutalist mógł odnieść tak wielki sukces komercyjny, jak Oppenheimer, to poziomem realizacji i wizją wcale mu nie ustępuje.  Autor projektu – Brady Corbet – podjął się stworzenia jednego z najambitniejszych dzieł kinowych tego roku. Efekt jest zachwycający.

Najnowszy film Corbeta to monumentalna opowieść o Ameryce. Opowieść o projektowaniu powojennego kraju i o tym, co zostało wmieszane w jego fundamenty już na etapie budowy. The Brutalist można potraktować przede wszystkim jako intrygujące i bogate w znaczenia doświadczenie imigranta, ale również jako medytację nad tożsamością, władzą i przywilejami. Corbet, poprzez rozległy scenariusz tworzy miażdżącą krytykę sposobów, w jakie zamożna i uprzywilejowana klasa Ameryki czerpie korzyści, dzięki pracy i kreatywności imigrantów, jednak nigdy nie uznaje ich za równych sobie.

Tytuł odnosi się do stylu architektonicznego, praktykowanego przez bohatera filmu – László Totha (Adrien Brody), urodzonego na Węgrzech żydowskiego architekta, ocalałego z Holokaustu, który emigruje do USA w 1947 roku. Warto wspomnieć, że film zaczyna się od intensywnej sekwencji ledwie czytelnych ruchów, nagranych w jednym ujęciu. Można to uznać za ukłon w stronę reżysera Syna Szawła – László Nemesa, który w swoim filmie opowiadał o rzeczywistości w Auschwitz, operując kamerą w bardzo zbliżony sposób.

Po przybyciu na nowy kontynent, węgierski architekt próbuje rozpocząć karierę na nowo, czekając jednocześnie na przybycie swojej żony. Może liczyć na pomoc kuzyna, który całkiem dobrze zaadaptował się do nowego otoczenia. Nawet zmienił imię, aby budzić sympatię miejscowych. Zmienił on również nazwę swojej firmy meblarskiej na taką, która wzbudza skojarzenia z amerykańską tradycją. Kuzyn zaprasza László do współpracy przy nowym projekcie – renowacji biblioteki zamożnego klienta. Plan jednak kończy się niepowodzeniem – przynajmniej w oczach zleceniodawcy, który początkowo nie godzi się na opłacenie prac. Tym samym, pokłady gościnności kuzyna się wyczerpują i od tej pory László musi liczyć na siebie. Podejmuje się on prac fizycznych oraz pomaga przy renowacji kręgielni. Nie ma już amerykańskiego snu. Jest tylko próba przetrwania.

Ogromny talent architekta jedynie chwilowo trwa w zastoju. Dostrzega go bogaty mężczyzna o prezydenckim nazwisku – ojciec poprzedniego zleceniodawcy. Proponuje on spotkanie w swojej rezydencji oraz, niedługo później, pracę przy ambitnym projekcie. Wskrzesza karierę węgierskiego artysty, dając mu wolną rękę przy realizacji wizji.  Właściciel dworu, jest człowiekiem niezwykle charyzmatycznym i pewnym siebie, jak również impulsywnym, ekscentrycznym, dociekliwym. Takim, który poza swoim bogactwem, posiada też dobry gust i wyobraźnię. Rozpoznaje on talent Tótha. Z czasem jednak pokazuje również ciemniejsze obszary swojej osoby. Pierwotna fasada okazuje się coraz bardziej złudna i obskurna w swoim prawdziwym obliczu – taka sama i Ameryka, początkowo pobudzająca wyobraźnię i marzenia, następnie stopniowo sprowadzająca na ziemię. W swojej dostojnej postawie sponsor projektu nie pokazuje, że przemoc i zazdrość też są mu bliskie. Można dojść do wniosku, że podświadomie żyje we wstydzie – z powodu własnej przeciętności próbuje otaczać się wybitnymi jednostkami i w jakimś stopniu przywłaszczać sobie ich osiągnięcia. To również zdaje się alegorią.

Przeczytaj również:  Galeria Pominiętych, czyli zestawienie filmów, których zabrakło w redakcyjnej topce 2025

Odtwórca głównej roli – Adrien Brody – w 2003 roku zdobył Oscara  za rolę w Pianiście Romana Polańskiego. Film był przełomowy dla jego kariery aktorskiej. Od tamtego czasu regularnie występował w różnorodnych produkcjach (m.in. Obłęd, Eksperyment, Z dystansu, O północy w paryżu, Blondynka) oraz został stałym współpracownikiem Wesa Andersona (Asteroid City, Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun, Grand Budapest Hotel, Pociąg do Darjeeling). Pomimo tego, aktor nigdy więcej nie osiągnął tak wybitnego poziomu jak ponad dwie dekady temu. Aż do teraz. Adrien Brody zdecydowanie oferuje tu najlepszą rolę od czasu rozsławienia polskiego kompozytora Władysława Szpilmana.

Bogacz i inwestor, Harrison Van Buren, jest wspaniale zagrany przez Guya Pearce’a. Jego kreacja charakteryzuje się dostojną postawą, zadbanym wąsem i męskim, dudniącym tonem, zrodzonym z regularnej degustacji trunków pochodzenia maderskiego. Być może ta postać została po części zainspirowana wydobywcą ropy naftowej z Aż poleje się krew Paula Thomasa Andersona, w którą doskonale wcielił się Daniel Day-Lewis. Inne skojarzenie, które może wzbudzać usposobienie jak i uroda samego aktora to wyrazisty porucznik Aldo, zagrany przez Brada Pitta w Bękartach wojny Quentina Tarantino.  W obu przypadkach obserwujemy lekko przerysowane, dominujące sylwetki z mocno zarysowaną szczęką i wąsem oraz słyszymy osobliwy ton głosu wskazujący na wysoką pewność siebie, jak i lekką arogancję, poczucie wyższości, chęć zdominowania rozmówcy.

kadr z filmu the brutalist
fot. „The Brutalist” / materiały prasowe American Film Festival

Relacja między László i Van Burenem to wiele kontrastujących aspektów: artysta – sponsor, imigrant – Amerykanin, pracownik – wyzyskiwacz. Ostatecznie jest to jeszcze coś o wiele mroczniejszego. Związek między panami staje się coraz bardziej napięty i osiąga punkt kulminacyjny w ich, wizualnie spektakularnej, wizycie w kopalniach marmuru we Włoszech. To segment filmu, który jest zarówno przepiękny, przerażający, jak i intensywnie metaforyczny. Ogrom melancholii i bogactwa znaczeń zamglonej scenerii przywodzi na myśl najlepsze fragmenty twórczości Thodōrosa Angelopoulosa.

Ambicja jest wszechobecna w każdym aspekcie The Brutalist. Nie tylko w wizji głównego bohatera, ale również w wizji Brady’ego Corbeta. W swoim trzecim filmie reżyser zdecydował się nakręcić wielką, amerykańską epopeję, jakich już prawie nie doświadczamy we współczesnym kinie. W obrazie udało się genialnie odtworzyć Stany Zjednoczone XX wieku. Historia rozgrywa się na przestrzeni kilku dekad. Oglądać  tę epopeję, to jak przenieść się do minionego wieku i minionej ery filmowania. Wielkość tego filmu nie polega jedynie na tym, że „już się takich nie kręci”, ale także na tym, że nikt nie zawraca sobie głowy opowiadaniem rozległych narracji z takim kunsztem formalnym i odwagą. Zostało to docenione na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Wenecji, który przyznał Corbetowi nagrodę dla najlepszego reżysera.

Przeczytaj również:  „Klangor: sezon 2” – na jednej ze świnoujskich plaż [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]

Autor już na samym początku daje znać, że kręci odważny film z konkretną wizją artystyczną. Napisy początkowe są surowe, a przedstawiony obraz statyczny, powolny, pozbawiony efekciarstwa. The Brutalist jest przestrzenią dla wspomnianych wcześniej, godnych podziwu występów aktorskich, ale całokształt nie byłby tak emocjonalnie przekonujący, gdyby nie sposób, w jaki operator, Lol Crawley, uchwycił aktorów i krajobrazy. Kadry w filmie bez przerwy zachwycają i nadają całości monumentalnego, wielkiego oblicza. Wizualnie osiągnięto perfekcję. Projekt dźwiękowy jest równie fenomenalny. Ścieżka dźwiękowa Daniela Blumberga świetnie łączy się z zaprojektowaną przez Corbeta formą. Warstwa audio bezbłędnie oddaje sytuacyjny absurd, nadzieję, horror czy manipulację.

To kino stworzone z rozmachem, ale też przejrzystością, dzięki uporządkowanej narracji i skupieniu na losach jednostki. Ma w sobie coś wyjątkowego i tajemniczego. Jest zaplanowane i skonstruowane równie rzetelnie, co epokowy mit, o którym opowiada. The Brutalist jest dziełem potężnym pod każdym względem, ilustrującym to, w jaki sposób sztuka sięga przeszłości, przekraczając przestrzeń i czas, aby ukazać wolność myśli i tożsamości, często odmawianych jej twórcom.

Można żartować, że najbardziej brutalną rzeczą w The Brutalist jest jego boleśnie długi metraż. W praktyce jednak, opowieść ogląda się z ciągłym zainteresowaniem – zupełnie się nie dłuży. Jest to całkowicie autorska wizja Corbeta, która od samego początku intryguje i utrzymuje zainteresowanie widza, pomimo spokojnego tonu narracji. Taki rzetelny sposób kręcenia, to styl, pod którym mógłby się podpisać nawet sam Martin Scorsese w swojej najwyższej formie. Czy jego filmy kiedykolwiek się dłużyły?

Jeżeli w tym roku zdecydujecie się obejrzeć tylko jeden szalenie ambitny i długi film o architekcie, którego marzeniem jest projektowanie budynków definiujących przyszłość, niech będzie to potężny w swoim naturalistycznym brudzie The Brutalist Brady’ego Corbeta, zamiast błyszczącego, epickiego upadku – Megalopolis Francisa Forda Coppoli.


korekta: Krzysztof Kurdziej, Rafał Skwarek

+ pozostałe teksty

Tęsknię za współpracą Schradera ze Scorsese i wyczekuję nowych dzieł Andersona (o którego Andersona chodzi, należy się domyślić po pierwszej części zdania). Jestem po psychologii, może dlatego w kinie najbardziej interesuje mnie człowiek i doceniam twórców, którzy potrafią się do niego zbliżyć.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.