„Paryż i dziewczyna” – Recenzja

Paryż i dziewczyna
Kadr z filmu „Paryż i dziewczyna”

Paryż i dziewczyna w reżyserii Léonor Serraille zaczyna się tam, gdzie zapewne w latach 60. kończyłby się nowofalowy film Jean-Luca Godarda. Paula (Laetitia Dosch) rozstała się z artystą Joachimem i bezskutecznie stara się do niego wrócić. Stoi pod oknami jego domu, wrzeszczy, tupie, aż w końcu uderza głową o drzwi, rozcina sobie przy tym skórę na czole, z której systematycznie będzie płynąć krew. I tak też potoczy się życie bohaterki – rana do końca się nie zasklepi, a kobieta będzie odnajdywać okruchy szczęścia, gubić je i na nowo ich poszukiwać. C’est la vie!

Autorki nie interesuje gatunkowa love story. Mimo że skutecznie podszywa się pod stylistykę Nowej Fali (czy to za pomocą specyficznych cięć montażowych, narracji z offu, czy kwestii wypowiadanych przez aktorów wprost do kamery), to jednoznacznie odcina się od sposobu postrzegania rzeczywistości przez ówczesnych twórców. Niezależnie od pozornej błahości tematu (a raczej sposobu, w jaki zostaje on przedstawiony), ma się wrażenie, że debiut Léonor Serraille jest próbą podjęcia dyskusji z protoplastami nowoczesnego kina francuskiego i staje się okazją do zredefiniowania pewnych pojęć. Francuzka nie odtwarza, jak to zrobił Michel Hazanavicius w niedawnym Ja, Godard, lecz na podstawie tamtych doświadczeń poszukuje własnego języka wypowiedzi.

W tym kontekście symptomatyczny jest już wybór najważniejszej osoby dla tego filmu – bohaterem nie jest zraniony artysta pozostawiony przez Muzę, tylko jego kochanka, która przez dziesięć lat miała nadzieję, że ich relacja będzie jednak odrobinę poważniejsza. Kobieta prowokacyjnie odrzuca sztukę, za nic mając wcześniejsze pozowanie do zdjęć. Chce po prostu żyć. Wykrzyczane przez nią „pragnienie” bycia śmiertelną (ujawniające się zapewne poczuciem obecności w konkretnym „tu i teraz”) stanowi kontrapunkt dla legendarnej kwestii Jean-Pierre’a Melville’a Do utraty tchu – „Umrzeć i stać się nieśmiertelnym!”

Historia samotnej Pauli nie jest zatem oderwana od rzeczywistości, co mogłoby się ujawniać w kinofilskiej pasji do tworzenia zapadających w pamięć scen. Bohaterka zostaje wrzucona w sam środek zwykłego życia – trudzi się znalezieniem odpowiedniego mieszkania, ma kłopoty z podjęciem pracy, a na dodatek nie może liczyć na wsparcie matki, z którą wiecznie się kłóci. Mimo to buntuje się przeciwko zastanym normom i nie pozwala sobie na jakiekolwiek odstępstwa od nonkomformizmu. Nie robi tego jednak wskutek ideologicznego ukąszenia, lecz z czystej przekory. Kreację Dosch dzieli wiele od heroin podobnych do Anny Kariny, znacznie jej bliżej do Grety Gerwig – brakuje tylko zapisania się na kurs tańca. Tak samo rozpycha się łokciami, próbując odnaleźć dla siebie miejsce. Jej postać jest jednak bardziej ekstrawertyczna, przepływa przez nią więcej energii. Dosłownie pochłania świat każdą komórką swojego ciała, bardzo w tym przypominając Magę z Gry w klasy pióra Julio Cortazara. Wprawdzie początkowo nie jest jeszcze do końca sobą i podszywa się pod inne osobowości (a to kradnąc czyjś płaszcz, a to podając fałszywe imię), lecz kolejne perypetie uczą Paulę, że „bycie” we własnym ciele i odpowiadanie na wezwania serca to najlepsze, co może jej się przytrafić.

Jednym z ciekawszych zabiegów stosowanych w filmie jest niepokazywanie budowli charakterystycznych dla Paryża. Jeżeli ktoś nie zna tego miasta, to musi uwierzyć bohaterom na słowo, że znajdują się oni właśnie w tym mieście. Serraille unika pocztówkowych widoków podsycających pragnienie zobaczenia „światowej stolicy miłości”. W jej obiektywie nie ma miejsca dla kafejek wypełnionych ludźmi pałaszującymi bagietki, nie ma zadymionych knajp, gdzie można przeczyścić drogi pokarmowe odrobiną koniaku, nie ma również zakochanych par spacerujących nad brzegami Sekwany. Serraille pokazuje metropolię od strony prekariatu, desakralizując obiekt kultu tak wielu artystów i kinomanów.

Paryż i dziewczyna to pochwała niedopasowania, pean na cześć ludzi znajdujących się na marginesie społeczeństwa późnego kapitalizmu, gdzie celebracja poczucia bezsilności przeistacza się paradoksalnie w afirmację życia. To opowieść poprowadzona w niezwykle delikatny i ujmujący sposób, pod której humorystyczną warstewką kłębią się realne problemy. Nie dziwi więc, że ten obraz otrzymał Złotą Kamerę za najlepszy debiut na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2017 roku, ponieważ dzieło Léonor Serraille zaskakuje na każdym poziomie, dostarczając zarówno czystej rozrywki, jak również stymulując do zastanowienia się, na ile zdobycze Francuskiej Nowej Fali mogą być jeszcze wykorzystywane we współczesnym kinie.

3.5/5

Fot. materiały prasowe / Aurora Films

Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville’a i Kurosawy. Wyróżniony w XXII Konkursie im. Krzysztofa Mętraka.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.