KomiksKulturaRecenzje

„Furia”, czyli arturiańska legenda, której nie znaliście [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek
Okładka komiksu „Furia” / fot. Kultura Gniewu

Dzielność i dokonania króla Artura stały się obiektem wielu legend i opowieści. Te, wychwalające jego odwagę, w większości skupiały się na poczynaniach słynnego bohatera i pozostałych Rycerzy Okrągłego Stołu czy też czarodzieja Merlina. W popkulturze pojawiały się jednak historie, w których ci znani wszystkim bohaterowie schodzili na drugi plan albo ukazywani byli w karykaturalny wręcz sposób. Jedną z takich opowieści jest właśnie Furia, świeżo wydana przez Kulturę Gniewu powieść graficzna.

Za scenariusz komiksu odpowiedzialny jest Geoffroy Monde, a za jego sferę wizualną odpowiada ilustrator Mathieu Burniat. W stworzonej przez nich Furii przenosimy się do królestwa Pendragonu, którego bohaterem i władcą jest właśnie król Artur. Ten jednak swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą – otrzymujemy bowiem obraz upadłego herosa, którego złote czasy stanowią historię. Teraz, gdy wszystkie heroiczne czyny ma już za sobą, Artur spędza większość czasu na tronie – lub obok niego, gdy w pijackim ciągu nie jest w stanie się do niego doczołgać. Jak łatwo się domyślić, spożywa niezliczone ilości alkoholu i zupełnie się nie przejmuje stanem upadającego, coraz bardziej zaniedbanego królestwa.

Przykładowa strona z komiksu „Furia” / fot. Kultura Gniewu
Przykładowa strona z komiksu „Furia” / fot. Kultura Gniewu

Szczęśliwie to nie on jest głównym bohaterem Furii. Na pierwszym planie znajduje się bowiem Ysabelle – jedna z córek Artura, której rękę obiecał swojemu dawnemu przyjacielowi, nieco obskurnemu baronowi Kumbrii, mającemu lada dzień zjawić się na królewskim dworze. Jak się jednak szybko okazuje, Ysabelle nie ma zamiaru wychodzić za natrętnego starszego człowieka, któremu towarzyszy bardzo podejrzany giermek. Postanawia odnaleźć swoją zaginioną starszą siostrę, która przed laty, znajdując się w identycznej sytuacji, tuż przed ślubem z tym samym baronem, uciekła z królewskiego dworu.

Przeczytaj również:  „W głowie się nie mieści 2” – Pixar wraca do gry! [RECENZJA]

Ysabelle nie wyrusza jednak sama. Ucieczkę dostrzega nie kto inny, jak magiczny miecz Artura, odpowiedzialny za jego bohaterskie czyny. Miecz ten, jako że potrafi mówić, a także wykonywać wiele innych czynności, pomaga księżniczce w ucieczce. Stawia przy tym jeden warunek: chce uciec razem z nią, ponieważ ma już dość bycia zabawką w rękach wiecznie pijanego króla. Ostrzega jednak, że im dalej będzie od Artura, tym bardziej zmniejszać się będzie jego magiczna moc. Połączeni są bowiem zaklęciem. Isabelle idzie więc na kompromis i wspólnie z magicznym mieczem wyrusza w pełną przygód podróż w nieznane.

I choć teoretycznie Furia wydaje się być typowym przedstawicielem powieści drogi, w rzeczywistości trudno zamknąć ten komiks wewnątrz ram jednego gatunku. Towarzyszymy co prawda bohaterom w wędrówce, jednak to nie ona stanowi główny element opowieści. Komiks ten jest bowiem pełen interesującej akcji, którą okrasza nietuzinkowy, często wulgarny humor, przeplatany poważnymi przemyśleniami bohaterki. Wszystko to wynika z licznych (mniej lub bardziej udanych) interakcji, w które Ysa wchodzi przede wszystkim ze spotykanymi na drodze postaciami. Jednoczenie Ysabelle musi podjąć wiele trudnych decyzji, walcząc przy tym z licznymi pokusami, stając naprzeciwko nie tylko wszelkim przeciwnościom losu, ale i samej sobie.

Przykładowa strona z komiksu „Furia” / fot. Kultura Gniewu
Przykładowa strona z komiksu „Furia” / fot. Kultura Gniewu

Niestety w komiksie nie zachwyciła mnie charakterystyczna, dość prosta kreska, której momentami wyraźnie brakowało szczegółów (zwłaszcza w tłach). Początkowo ratowała ją ciesząca oko intensywna paleta kolorów, lecz pod koniec lektury czułem już lekki przesyt i delikatne zmęczenie spowodowane pewnego rodzaju monotonnością kolejnych plansz. Sam komiks porusza wiele tematów i  prawdopodobnie właśnie to zróżnicowane sprawia, że tempo akcji, które otrzymujemy w Furii, jest bardzo nierówne, a poszczególne rozdziały niekoniecznie prezentują taki sam poziom.

Przeczytaj również:  „Kolacja pożegnalna” – pożegnanie pandemii? [RECENZJA]

Najważniejsze jest jednak to, że czytając Furię, bardzo dobrze się bawiłem. Kiedy towarzyszyłem głównej bohaterce w podróży, na mojej twarzy wielokrotnie pojawiał się uśmiech, któremu raz po raz wtórowało zdziwienie, gdy Geoffroy Monde wprowadzał kolejne zwroty akcji. Furia to bardzo pomysłowa historia, pokazująca, że wciąż można stworzyć coś ciekawego i oryginalnego w znanej wszystkim, teoretycznie wydrenowanej już do granic możliwości scenerii. A pozornie lekka i komediowa historia może nieść za sobą całkiem poważny przekaz i obraz dojrzewającej bohaterki, walczącej zarówno z całym otaczającym ją światem, jak i z własnymi demonami.


Korekta: Aleksandra Kowalewska

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.