FilmyKinoRecenzje

„Monster” Hirokazu Koreedy – Wielki Kolaps emocji [RECENZJA]

Norbert Kaczała
fot. „Monster" / mat. prasowe Best Film

Wybaczcie zaczynanie po raz kolejny od truistycznej mądrości, ale znów do mnie dotarło, że niewiele rzeczy w życiu da się przewidzieć. Planów nie udaje się zrealizować, statusu quo utrzymać, ludzi szczerze poznać, a marzeń spełniać. Ale bywają też pozytywne zaskoczenia. Pochwała w pracy, spontaniczne spotkanie z dawno niewidzianym znajomym. Czasami jest to z kolei seans filmu, który zabiera Was w najtrudniejszą filmową przejażdżkę waszego życia, po której aż musicie iść wypłakać się w kinowej łazience. Choć renomę i dorobek Hirokazu Koreedy znam całkiem dobrze, nie spodziewałem się, że on zna tak dobrze mnie.

Pierwszymi bohaterami naszej opowieści są Saori (Sakura Ando) i jej syn Minato (Soya Kurokawa). Gdy kobieta dowiaduje się, że jej pociechę prześladuje jeden z nauczycieli, postanawia zainterweniować. To tutaj rozpoczyna się dojmująca podróż w świat pomówień, półprawd, kurtuazji i sekretów, których do pewnego momentu nie dane nam będzie poznać. Sztywne i oficjalne gesty potęgują wszechobecne napięcie, a każde puszczone mimo uszu pytanie z ust Saori coraz bardziej uwiera. Poczucie niesprawiedliwości narasta z każdą chwilą, a my, widząc z jaką czułością kobieta obejmuje swojego synka, nie możemy się nadziwić, dlaczego świat jest tak niesprawiedliwy. Pierwsza część filmu jest jednak tylko jedną z perspektyw, bowiem w pewnym momencie historii zupełnie zmieniamy swój punkt widzenia. Koreeda prezentuje nam pozornie jednoznaczną konfrontację ucznia z wymagającym panem Yorim, każąc co chwilę zastanawiać się, kto faktycznie zawinił. O ile faktycznie możemy znaleźć tutaj jakiegoś winowajcę.

fot. „Monster” / mat. prasowe Best Film

W scenariuszu Yuji’ego Sakamoto nie chodzi jednak o obiektywnie stwierdzenie po czyjej stronie leży wina. Monster i jego bohaterowie są jak system naczyń połączonych, przez które ciągle przepływa żółć. Silne emocje prowadzą do wybuchu agresji. Ten zostaje źle zinterpretowany przez postronnych żądnych sensacji. Głuchy telefon przekazuje dalej poprzekręcane fakty. W mediach całość zostaje wystawiona na światło dzienne. To prowadzi do narastania silnych emocji, a zamykające się koło pędzi coraz szybciej. Niezwykłą siłą tej opowieści jest przede wszystkim to, jak wiarygodne są prezentowane w niejwszystkie zajścia. Nie ma tutaj taniego podkręcania dramaturgii dla samego efektu sensacji. To dobitnie realistyczne sceny, bez względu na to czy rozgrywa się je dialogiem, czy gestami i spojrzeniami. Ta powszechność negatywnych emocji jest aż do bólu przejmująca. Na naszych oczach rozwija się niemała tragedia, której nikt nie będzie w stanie zapobiec ani jej cofnąć. Czy chcemy, czy nie, każdy z nas doświadczył kiedyś podobnych incydentów albo samemu był ich uczestnikiem lub nawet prowodyrem. Głupi był człowiek, o coś mu chodziło i teraz z perspektywy kinowego fotela próbuje zrozumieć o co.

Przeczytaj również:  „Trzeba zabić w sobie poczucie cringe'u” rozmawiamy z Pauliną Pecio, autorką komiksów i ilustratorką

Głębia, z jaką scenarzysta i reżyser prezentują swoich bohaterów uwikłanych w małe wielkie dramaty, zasługuje na szczególne uznanie. W przeciągu kilku minut chcemy przytulić osobę, którą scenę wcześniej poczęstowalibyśmy soczystym policzkiem. Jednak ani przez chwilę nie czujemy nad nimi moralnej wyższości, bo przecież właśnie zobaczyliśmy, dlaczego zachowali się właśnie tak, a nie inaczej. Żadne z ich działań i reakcji nie funkcjonuje w próżni. Każda akcja rodzi reakcję, a prześledzenie pierwotnego źródła nadchodzącego Wielkiego Kolapsu należy szukać u samych narodzin Wszechświata. Jednak prowadzi to nie tylko do większego zrozumienia, ale i narastającego gniewu. W scenariuszu ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy główni bohaterowie mogą nosić miano protagonistów. Pomiędzy konkretnymi aktami filmu nasze pojmowanie ich czynów oraz ich samych znacząco się zmienia. Postępek w pełni uzasadniony nagle okazuje się aktem samolubstwa, aby potem przybrać formę samoobrony. Co zatem począć? Nie sposób nie przeklinać fundamentalnych zasad rządzących światem i przez zaciśnięte zęby pytać, dlaczego tak jest. Jak można tak potraktować bliską osobę? Jakim prawem kłamie się w żywe oczy? Dlaczego wszyscy przymykają oko na niesprawiedliwość? I wreszcie czemu to wszystko jest tak niepokojąco znajome?

fot. „Monster” / mat. prasowe Best Film

Koreeda i Sakamoto pokazali nam wycinek rzeczywistości, który zostaje z nami na zawsze. Bez względu na przyjęcie perspektywy młodego ucznia, opiekuńczej matki czy sfrustrowanego nauczyciela, sami kiedyś zrobiliśmy podobnie. Na sielskie chwile spędzone z przyjaciółmi nagle kładł się cień wyrachowania. Komu z nas nie zdarzyło się wyciąć komuś niewinnego psikusa? Gorzej, jeśli jego konsekwencje zostały z ofiarą do dziś i utrudniają mu normalne funkcjonowanie. Podobnie jak nam, kiedy z ust nauczycielki padło o jedno zdanie za dużo, które do dziś niesie się echem po korytarzach naszego pałacu pamięci. Ale z drugiej strony ukazane są tu też te ulotne chwile, które dla postronnych mogą wydawać się zupełnie bez znaczenia. Zwykły spacer do domu ze szkoły, ukrywanie się w tajnej bazie, ulubiony odcinek programu w telewizji albo nawet smaczny posiłek zjedzony w miłym towarzystwie. Koreedzie znowu udało się uchwycić ten ulotny zachwyt codziennością, który we wprawnych rękach reżysera staje się najpiękniejszym obrazem na świecie. Ogromną zasługę ma w tym również ś.p. Ryuichi Sakamoto, którego kompozycje stanowią nie tylko idealne tło dla wydarzeń, ale i małe, niezależne arcydzieła. Tętniące życiem sekwencje nabierają dodatkowych znaczeń, prowadząc nas za rękę pośród uliczek anonimowego japońskiego miasta. Towarzyszy nam uczucie, jakbyśmy doskonale znali tę trasę, pokonując ją nieraz samemu lub w towarzystwie przyjaciół, których nie widzieliśmy od lat. Jednak w tamtej chwili nie zdawaliśmy sobie sprawy, że pokonujemy ją właśnie ostatni raz.

Przeczytaj również:  „Nieśmiertelny Hulk" - Piekło jest w nas [FELIETON]

Od naprawdę dawna żaden z oglądanych przeze mnie filmów nie przywołał tak kolosalnej fali emocji. W ciągu kilku chwil z cynicznego uśmieszku, poprzez grymas dezaprobaty, przeszedłem do walki z własnymi łzami. Koreeda w Monsterze dał radę skondensować wszystkie blaski i cienie nie tylko dzieciństwa, ale i życia w ogóle. Znalazł idealny balans między dojrzałym krytycyzmem zachowań samego siebie oraz otoczenia a nieco nostalgiczną tęsknotą za czasem, kiedy nie rozumieliśmy jeszcze wagi swoich czynów. Pokazał mi wszystko, co chciałbym w życiu zapamiętać, ale też to, o czym pragnąłbym na zawsze zapomnieć. Nie wiem, które z nich ze mną zostanie, bo tak, jak w scenariuszu Sakamoto, wszystko zależy od przyjętej perspektywy.

Ocena

10 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.