FilmyKinoRecenzje

„Challengers” – emocje godne Wielkiego Szlema

Jakub Trochimowicz
Challengers
fot. „Challengers" / mat. prasowe MGM

Mam mieszane odczucia wobec ostatnich filmów Luki Guadagnino. Tamte dni, tamte noce mi się podobały, Suspiria bardzo rozczarowała, a Do ostatniej kości smakowicie zaskoczyło. Tak doszliśmy do Challengers, którzy z powodu strajku aktorów zostali przesunięci o blisko rok. Czy warto było czekać? Tak. Najnowszy film włoskiego reżysera to najlepsza produkcja z grona wyżej wymienionych. Trzymając się tenisowej terminologii – jest niczym któryś z turniejów Wielkiego Szlema przy zawodach rangi Masters i niżej.

Oto mamy historię prostego jak rakieta trójkąta emocjonalnego, w którego skład wchodzą tenisiści: Tashi (Zendaya), Patrick (Josh O’Connor) oraz Art (Mike Faist). Rozpisaną na dwie godziny historię Guadagnino opowiada w kilku planach czasowych, przy czym jasno wyróżnione jest, kiedy dzieje się akcja poszczególnych scen, tak, że widz nie gubi się w nielinearnej opowieści. I tak zaczyna w teraźniejszości; Tashi i Art są małżeństwem, mają córkę i starają się doprowadzić bohatera Mike’a Faista do formy, by mógł wygrać ostatni wielki skalp w tenisie – US Open. W scenach z przeszłości widzimy zaś, jak cała trójka się poznaje, jakie łączą ich relacje i co się zmienia od czasu juniorskiego US Open sprzed 13 lat, aż do 2019 roku, kiedy to Art i Patrick mierzą się w finale Challengera (turniej małej rangi) na jednej z amerykańskich prowincji.

Guadagnino swobodnie skacze między wątkami i miesza przeszłość z teraźniejszością, ale robi to w tak idealnych momentach, że nie ma się poczucia konsternacji. Jest to w dużej mierze zasługa kapitalnego montażu, którego rytm przypomina najlepsze tenisowe wymiany. Pełne emocji rozmowy bohaterów są przełamywane kolejnymi punktami rozgrywanymi przez Patricka i Arta. Tenisowych analogii w strukturze Challengers jest o wiele więcej; skacząca szaleńczo kamera od twarzy do twarzy w trakcie dialogów jest niczym odbijana piłka – unaocznia się to w najbardziej emocjonalnych scenach, gdy ma się ochotę kręcić głową od lewej do prawej, zupełnie jak podczas oglądania prawdziwego meczu na korcie. Jednocześnie nie brakuje spokojniejszych, kręconych na jednym ujęciu scen. Kojarzycie ze zwiastuna zbliżenie trójki bohaterów na łóżku? Tutaj wszystko jest ograne spokojnie, bez cięć. Guadagnino pokazał w poprzednich filmach, że po mistrzowsku potrafi oddać napięcie seksualne między bohaterami i gotującą się od emocji krew w żyłach, a tutaj – dzięki wsparciu wspaniałych aktorów – ponownie wypada to fantastycznie. Ta jedna scena pokazuje także niesamowitą charyzmę Zendai, która przyćmiewa, wręcz bawi się z postaciami swoich ekranowych kolegów.

Przeczytaj również:  „Nie chcemy innej ziemi" – Zbierając okruchy godności | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024
Challengers
fot. „Challengers” / mat. prasowe MGM

Sam dobór obsady wypada bez zarzutu. Wspomniana Zendaya znakomicie spisuje się jako tenisowa femme fatale, urzekająca zarówno pewnością siebie, jak i bezwzględnością w relacji z oboma chłopakami, a później mężczyznami. Art i Patrick są z kolei całkowitymi przeciwieństwami; to dwójka najlepszych przyjaciół, których różnice można dostrzegać od fizjonomii (blondyn i brunet) po charakter. Art to spokojny chłopak, któremu trudno jest postawić na swoim, spełnia się za to na korcie. Patrick natomiast jest bezkompromisowy, nie zważa na konwenanse i ma w sobie coś zwierzęcego, lecz jednocześnie nie odnosi tak dużych sukcesów jak bohater Faista. Ta mieszanka charakterów przy nielinearnej narracji funduje ogromne emocje, choć w gruncie rzeczy cała historia jest dosyć prosta, gdyby opowiedzieć ją w klasyczny sposób. Kilka planów czasowych, tenisowe realia i wyczucie Guadagnino sprawiają jednak, że nie ma to znaczenia.

Co zaś tyczy się samego tenisa, Tashi w pewnym momencie mówi, że „tenis to związek”, odnosząc się w ten sposób do wymian, do połączenia na korcie. W filmie tenis jest afrodyzjakiem – to poprzez grę Art i Patrick zadurzają się w Tashi. To na korcie dziewczyna idzie się wypocić po niedoszłym stosunku. Tam wydobywa z siebie największe emocje. Nawet mimo poważnej kontuzji, która stopuje jej karierę, sport ten pozostaje największym stymulantem w jej małżeństwie. U Guadagnino tenis stanowi grę wstępną, sam stosunek oraz scenę prymitywnej, samczej rywalizacji o względy kobiety. Potęguje to atletyzm aktorów, znakomite przedstawienie meczów i treningów, a także zmieniająca się perspektywa, agresywny montaż, zbliżenia na pełne emocji i potu twarze bohaterów oraz okazjonalne slow-motion podkreślające napięcie. Nie mam wątpliwości, że w Challengers najlepiej ukazano realia na korcie, i to pamiętając o świetnych scenach z ‌Borg McEnroe. Między odwagą a szaleństwem. Oglądanie meczu, szczególnie końcówki, powoduje autentyczne usztywnienie i oczekiwanie na to, co się wydarzy; zaciskanie rąk i nerwowe przebieranie nogami niczym bohaterka Zendai. To wszystko podkreśla kapitalna ścieżka dźwiękowa przygotowana przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Gdy ją usłyszycie, długo nie wyjdzie Wam z uszu i zagra odpowiednio, choć wydawać by się mogło, że nie pasuje do poszczególnych scen. Muzyka jest pulsująca, rytmiczna, momentami nerwowa, podbijająca emocje towarzyszące temu, co oglądamy na ekranie.

Przeczytaj również:  Nasze ulubione filmy queerowe | Zestawienie z okazji Pride Month
Challengers
fot. „Challengers” / mat. prasowe MGM

Zmierzając ku końcowi – Challengers są jak legendarny finał Australian Open z 2012 roku pomiędzy Novakiem Djokoviciem a Rafaelem Nadalem. To film trzymający w napięciu, hipnotyzujący, sprawiający, że siedzisz na krawędzi fotela i nie możesz oderwać wzroku od każdej sceny czy spojrzenia. Komuś może jednak nie przypaść do gustu zakończenie. Mnie nie przypadł finał Australian Open (team Nadal), ale zakończenie Challengers było jak jednoręczny backhand Rogera Federera po linii – idealne. Na tenisowych kortach zdarzają się szarpane mecze, obfitujące w piękne akcje. Najnowszy film Guadagnino przypomina właśnie taką pełną zwrotów i efektownych zagrań wymianę, po której wygraniu krzyczysz z radości, bierzesz głęboki oddech i uśmiechasz się sam do siebie. To Wielki Szlem w karierze Luki Guadagnino.

Korekta: Zuzanna Ledzion

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.