Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„365 dni” – Skrajnie erotyczna wizja, w której ludzie nie mają znaczenia [RECENZJA]

Joanna Kowalska
365 dni
fot. Materiały prasowe, Next Film

„Polski Grey” – tak w skrócie można prześmiewczo nazwać 365 dni w reżyserii Barbary Białowąs i Tomasza Mandesa. Niestety ironia ta nie jest już wymierzona w stronę ekranizacji wątpliwego dzieła literackiego autorstwa E.L. James. Dlaczego? Pięćdziesiąt twarzy Greya to przy 365 dniach filmowy majstersztyk. Przyczyn można szukać dosłownie na każdym etapie produkcyjnym, ale prawdziwy problem leży nieco głębiej.

365 dni przedstawia niesamowicie prostą historię, która wydaje się być dziwnie znajoma… Laura Biel (Anna Maria Sieklucka) to wschodząca bizneswoman. Nie cieszą ją jednak liczne sukcesy zawodowe, gdyż jej małżeństwo cierpi na brak namiętności. W trakcie pobytu na Sycylii poznaje tajemniczego mężczyznę imieniem Massimo (Michele Morrone), który uważa, że Laura jest mu przeznaczona. Postanawia więc porwać kobietę i dosłownie więzi ją twierdząc, że 365 dni wystarczy, aby zrodziło się między nimi uczucie. Dalszą część fabuły łatwo sobie dopowiedzieć, dlatego nie trzeba się nad nią rozdrabniać. Zresztą po obejrzeniu jedynie zwiastuna dokładnie wiadomo, jak będzie przebiegała cała opowieść.

Obecne w filmie scenariuszowe uproszczenia są tak bardzo widoczne, że praktycznie żadnego elementu historii nie można wziąć na poważnie. Oczywiście miała ona być skrajnie nieprawdopodobna, ale w obecnej formie przypomina raczej erotyczną fantazję, w porównaniu z którą nawet przerwane sny potrafią mieć więcej sensu. W zachowaniu ciągłości fabularnej z pewnością nie pomagają liczne przerywniki muzyczne (ponad 20 w całym filmie). Ich częstotliwość przyczyniła się do powstania schematu „kilkanaście sekund piosenki – dwa zdania dialogu – dalsza część utworu” i tak przez dwie godziny. Trzeba również wziąć pod uwagę, że podczas seansu widz czuje się tak, jakby oglądał przypadkowo zmontowane ze sobą sceny. Całość nieporadnie składa się na przydługi teledysk do kompilacji znanych i lubianych radiowych hitów. Wiadomo już, na co poszła znaczna część budżetu.

Przeczytaj również:  "Wujek Frank", czyli wzruszająca opowieść o akceptacji [RECENZJA]
365 dni
fot. Materiały prasowe, Next Film

Może chociaż postacie napisane zostały na tyle ciekawie, że będzie można skupić na nich swoją uwagę? W tym przypadku również bez większych zaskoczeń. Bohaterowie są jednowymiarowi, posiadają maksymalnie dwie konkretne cechy charakteru i nie reprezentują sobą niczego więcej. Laura jest niepewna, początkowo walczy z ogromnym pożądaniem tylko po to, żeby ostatecznie porzucić swoją niezależność i spędzić resztę swojego życia w umięśnionych ramionach niepokornego Włocha. Massimo natomiast próbuje znaleźć w sobie delikatność, na którą wcześniej nie pozwalała wyznawana przez niego zasada, że wszystko należy załatwiać przemocą i groźbami. Nie ma w tym wszystkim iskry, a jak wiadomo tylko ona mogła rozniecić ogień pożądania. Podobno właśnie ten gorący erotyzm miał wieść prym w 365 dniach. Niestety, brak chemii między aktorami oraz fakt, że cytują oni jedynie słowa zapisane w scenariuszu, skutecznie niweczą jedyną szansę na to, żeby ta produkcja zyskała miano czegoś „wyjątkowego w polskim kinie”. Można odnieść wrażenie, że postacie stanowiły tylko ludzki pierwiastek w procesie tworzenia seksualnej utopii.

365 dni miał być przełamaniem pewnego tabu. Mówić głośno i dosadnie o czymś, o czym w Polsce obecnie nawet zakazuje się wypowiadać. Tak przynajmniej przedstawiała to w wywiadach Blanka Lipińska, autorka książki o tym samym tytule. Kobieta z pewnością niestroniąca od kontrowersji. Nie ma nic złego w tym, że ktoś chce otwarcie opowiadać o ludzkiej seksualności. Co więcej, jest to niesamowicie aktualnie potrzebne. Tak istotne poglądy trzeba jednak potrafić przedstawić w taki sposób, aby zachęcały do podjęcia dyskusji, większych przemyśleń i przede wszystkim głębszej analizy.

Przeczytaj również:  "Opowieści z kasztanowego lasu", czyli pełna nostalgii, artystyczna podróż do przeszłości [RECENZJA]
365 dni
fot. Materiały prasowe, Next Film

Tutaj natomiast nie ma nawet nad czym się zastanawiać, ponieważ niezwykle ważny w 365 dniach seks został pokazany jak mechaniczny proces. W filmie pożądanie to więzienie, do którego kobieta wciągana jest siłą i zachowuje przy tym uśmiech na ustach. Powierzchowność myślenia w tym temacie jest wręcz porażająca. Erotyzmowi często daleko do delikatności, dwójka osób uprawiających seks to zazwyczaj nie piękny, wyidealizowany obrazek, owszem, ale nie jest to także tania pornografia. Kobieta nie musi rezygnować z całego swojego dotychczasowego życia dla „silnego mężczyzny” i seksualnego spełnienia. Progresywne przekonania idą ramię w ramię z zaprzeczeniem feministycznych poglądów, a to tworzy mieszaninę niemożliwą. Można przecież mówić o seksie w sposób niebudzący zażenowania, co między innymi zrobiła w swojej książce Anja Rubik.

W 365 dniach zamierzano pokazać naturalizm, piękno ludzkiego ciała w jego najczystszej formie. Pójście w przesadę jednak nie było dobrym pomysłem, gdyż obecne w filmie sceny seksu stają się wręcz absurdalne. Chęć namalowania odważnego aktu, ostatecznie zaowocowała powstaniem karykatury. Twórcy przedstawiają wizję związku destrukcyjnego, mechanicznego, pozbawionego fundamentów emocjonalnych. Jedno „kocham cię” nie wystarczy, żeby w odpowiedni sposób przedstawić rozwijające się głębokie uczucie oraz powiązane z nim seksualne napięcie. Zaskakująco pozytywnym elementem filmu są jedynie zdjęcia Bartosza Cierlicy, natomiast całą resztę śmiało można, a nawet powinno się, puścić w zapomnienie.

Ocena

1 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.